Przy okazji Marszu Niepodległości okazało się, że w Kolbuszowej jest Młodzież Wszechpolska. No, przynajmniej z bannerem z nazwą Kolbuszowa i Młodzieżą Wszechpolską tam łaził.
Pogooglałem i okazało się, że faktycznie, jeszcze w 2007 była. No ok. Zmartwiła mnie tylko jedna rzecz. Kolbuszowscy Wszechpolacy na MN posługiwali się herbem powiatu, zaś ich logo wygląda tak:
Niby twarzowo, ale trzeba zadać to pytanie: chłopaki, czemu wstydzicie się herbu naszego sztejtełe?
czwartek, 15 listopada 2012
Jest robota
Nie jest tak, że pracy dla poetów w Polsce ni ma. Jest jej od metra. Do obowiązków należy jedzenie śniadania i pisanie powieści o Poncjuszu Piłacie. Dla mnie bomba.
środa, 14 listopada 2012
Prof. X, czyli dyskryminacja chłopa
Pani prof. X siedzi ze swoją psiapsiółką, dr Y i radzą o czemśtam, uczonym zapewne. Musze się przed frontem pluton u egzekucyjnego w składzie babskim z czegośtam tłumaczyć. Romantyczna wersja byłaby taka, że nie mogę jechać w Beskid Niski robić badań teraz, tylko latem, bo mi się syn urodził. Ale wersja realna była pewnie taka, że nie uporałem się na czas z jakimiś administracyjnymi pierdołami typu odfajkowanie jakichś straszliwie ważnych godzin czy złożenie podania o pozwolenie na oddychanie w obrębie uczelnianych budynków lub Królewskiego Stołecznego Miasta K. w samej jego cesarsko-królewskiej osobie, ale też z powodu synowego porodu.
No to się tłumacze. Pani prof. X łaskawie się zgadza, po czym rzuca wybornym żarcikiem ,,Ale trzeciego chyba nie planujecie''. Po czym następuje wspólny rechot X i Y.
Tego rechotu nie zapomnę nigdy.
W sumie nie wiem, czemu. W końcu cały tzw. trzeci stopień studiów piąty już rok jest jednym wielkim pasmem szarpaniny z wielkim, bezrozumnym administracyjnym stupokojowym i stubiurkowym debilem, przetykanym (pasmem, nie debilem, oczywiście) spotkaniami z mądrymi ludźmi. Nawet takie kurioza jak zdanie mgr Elżbiety Barszczewskiej, starszego referenta administracyjnego ,,Ja wiem, że to absurd, ale takie są przepisy'' wspominam nawet miło, jako anegdotę dobrą do piwa lub opowiadania w pociągu, o ile oczywiście nie jedziemy ze sztudenciakami ze słuchawkami srajfonów na uszach.
Może chodzi o to, że jako osobowość neurotyczna biorę takie duperele za wpierdalanie się ciągnikiem marki Białoruś w moją sferę intymną.
A może chodzi o to, że to był zwykły seksistowski tekst dyskryminacyjny. Jakoś czuję, że studentce-matce prof. X by czegoś takiego nie powiedziała, bo matka jest w Polszcze świętością i słusznie, bo jest tylko jedna i sratatata, a poza tym równouprawnienie, dżender i inne wytrychy. Studentowi-ojcu już można pojechać, ojcu można, ojciec, który chce się zajmować dzieci to po prostu chłop z fanaberiami, które można mu wybijać z głowy.
To był pierwszy raz. Do tego momentu jako chłop byłem dyskryminowany jak reszta chłopów - czysto kulturowe. A to miganie się od wojska czy upokarzająca komisja poborowa, a to funkcjonowanie w kulturze przemocy, w której bije się mężczyzn bądź wywiera na nich presję, żeby bili - ok, to mnie nie ruszało jakoś, bo to dzieliłem z innymi chłopami.
Ale w sytuacjach dyskryminacyjnych jako ojciec chłop jest sam, przeciwstawiony zdychającemu patriarchatowi, rechoczącemu matriarchatowi i pierdyliardowi głupich instytucji.
No to się tłumacze. Pani prof. X łaskawie się zgadza, po czym rzuca wybornym żarcikiem ,,Ale trzeciego chyba nie planujecie''. Po czym następuje wspólny rechot X i Y.
Tego rechotu nie zapomnę nigdy.
W sumie nie wiem, czemu. W końcu cały tzw. trzeci stopień studiów piąty już rok jest jednym wielkim pasmem szarpaniny z wielkim, bezrozumnym administracyjnym stupokojowym i stubiurkowym debilem, przetykanym (pasmem, nie debilem, oczywiście) spotkaniami z mądrymi ludźmi. Nawet takie kurioza jak zdanie mgr Elżbiety Barszczewskiej, starszego referenta administracyjnego ,,Ja wiem, że to absurd, ale takie są przepisy'' wspominam nawet miło, jako anegdotę dobrą do piwa lub opowiadania w pociągu, o ile oczywiście nie jedziemy ze sztudenciakami ze słuchawkami srajfonów na uszach.
Może chodzi o to, że jako osobowość neurotyczna biorę takie duperele za wpierdalanie się ciągnikiem marki Białoruś w moją sferę intymną.
A może chodzi o to, że to był zwykły seksistowski tekst dyskryminacyjny. Jakoś czuję, że studentce-matce prof. X by czegoś takiego nie powiedziała, bo matka jest w Polszcze świętością i słusznie, bo jest tylko jedna i sratatata, a poza tym równouprawnienie, dżender i inne wytrychy. Studentowi-ojcu już można pojechać, ojcu można, ojciec, który chce się zajmować dzieci to po prostu chłop z fanaberiami, które można mu wybijać z głowy.
To był pierwszy raz. Do tego momentu jako chłop byłem dyskryminowany jak reszta chłopów - czysto kulturowe. A to miganie się od wojska czy upokarzająca komisja poborowa, a to funkcjonowanie w kulturze przemocy, w której bije się mężczyzn bądź wywiera na nich presję, żeby bili - ok, to mnie nie ruszało jakoś, bo to dzieliłem z innymi chłopami.
Ale w sytuacjach dyskryminacyjnych jako ojciec chłop jest sam, przeciwstawiony zdychającemu patriarchatowi, rechoczącemu matriarchatowi i pierdyliardowi głupich instytucji.
wtorek, 13 listopada 2012
Setne byty folkloru
W telewizorze bulwers, bo Mazowsze śpiewa na prywatnej imprezie byznesmena pieśń ku jego czci. Smutne, bo, po pierwsze, nie myślałem, że można mieć na tyle kompleksów, żeby wynająć sobie Mazowsze do śpiewania pieśni na cześć własną, wydawało mi się, że ten poziom żenady daje się znieść tylko gdy jest się Kim Ir Senem czy innym Adolfem.
Po drugie, kończy się jakiś byt folkloru. Nie był to byt, który mnie jarał, ale zawsze końcowi bytu towarzyszyć powinien smutek i takie tam. Formuła zespołu pięści i tańca się wyczerpała. Nawet po wioskach zespoły są traktowane trochę jak piąte koło u wozu, coś, czym można po niskich kosztach opędzić dożynki czy akademię. Kupa zapału i energii marnuje się z braku pomysłu na zagospodarowanie, urywają się kolejne nitki bezpośredniej transmisji folkloru. Już na festiwalu w Kazimierzu jest osobna kategoria dla zespołów rekonstruowanych, które korzenie musiały sobie odkopać. Takich zespołów będzie więcej, transmisja rwie się coraz bardziej.
Ale jednocześnie folku coraz więcej jest. Szukanie muzyki do audycyj to zawsze ciekawe przeżycie. Kaszubski folkpunk, tabuny rekonstruowanych zespołów klezmerskich, niesamowite mieszanki - wszystko sprawia, że bardziej niż Mazowsza żal mi jednak tego sponsora.
Po drugie, kończy się jakiś byt folkloru. Nie był to byt, który mnie jarał, ale zawsze końcowi bytu towarzyszyć powinien smutek i takie tam. Formuła zespołu pięści i tańca się wyczerpała. Nawet po wioskach zespoły są traktowane trochę jak piąte koło u wozu, coś, czym można po niskich kosztach opędzić dożynki czy akademię. Kupa zapału i energii marnuje się z braku pomysłu na zagospodarowanie, urywają się kolejne nitki bezpośredniej transmisji folkloru. Już na festiwalu w Kazimierzu jest osobna kategoria dla zespołów rekonstruowanych, które korzenie musiały sobie odkopać. Takich zespołów będzie więcej, transmisja rwie się coraz bardziej.
Ale jednocześnie folku coraz więcej jest. Szukanie muzyki do audycyj to zawsze ciekawe przeżycie. Kaszubski folkpunk, tabuny rekonstruowanych zespołów klezmerskich, niesamowite mieszanki - wszystko sprawia, że bardziej niż Mazowsza żal mi jednak tego sponsora.
Brejking nius
Trwają przygotowania projektu 555 do urodzin Hudaków. Żeńska część projektu przebywa z męską częścią, co wywołuje liczne załamania i depresje.
Jednocześnie w Kolbuszowej pojawia się morderca z Milczenia owiec. Oferuje ciuchy z dziewczynki.
Jak żyć?
Jednocześnie w Kolbuszowej pojawia się morderca z Milczenia owiec. Oferuje ciuchy z dziewczynki.
niedziela, 11 listopada 2012
Gimbaza nadaje
1500 egzemplarzy
to jest jak na obieg współczesnej poezji całkiem dużo. Od stu do kilkuset
egzemplarzy jak na obieg współczesnej poezji polskiej - normalnie. Jak na
38-milionowy kraj teoretycznie nie. Wszystko zmierza ku zagładzie, będzie sodomagomoraiapokalipsa.
Ale nie jest
źle. Wiem, jak będzie wyglądał świat po upadku cywilizacji. jak będą żyli ludzie,
których kultura duchowa spadła do poziomu nieznanego ludzkości. Jednym słowem,
wiem, co piszo gimnazjaliści w necie.
Polecam, bo to,
wbrew pozorom, krzepiąca lektura. Po pierwsze, pokazuje, że Pambuk wszystko
potworzył po coś i że nawet piszący w Internetach gimnazjaliści mogą głosić
niechcący chwałę Stworzenia. Po drugie, no właśnie.
Wchodzimy sobie np.
na jutuby i szukamy ciekawych wykonawców do audycji. Schodzimy na manowce linków
i trafiamy na polski hiphop. Wyłączamy dźwięk i czytamy komentarze.
Pod klipem
ansamblu wykonującego utwór słowno-muzyczny z refrenem „Moja pierwsza
dziewczyna to nie byłą dziewica, moja pierwsza dziewczyna zimna suka-ulica”
połowa gimbazy tłumaczy drugiej połowie, że to nie chodzi o pierwszą dziewczynę
i błonę jej dziewiczą w sensie dosłownym, ale to przenośnia. Słowo „metafora”
nie pada, ale widać, że jedna połowa podskórnie czuje, o co kaman i próbuje
drugą uświadomić.
Krzepiące to. Po
pierwsze, pokazuje, że w człowieku, choćby nawet został przepuszczony przez
gimnazjum, tkwi potrzeba kontaktu z poezją. Oczywiście, zaspokaja ją, jak może,
chwytając się tego, co popadnie. Ale ta potrzeba jest, chyba, immanentna. Co
więcej, człowiek nie dość, że potrzebuje poezji, potrzebuje o niej porozmawiać,
potrzebuje jakiegoś aparatu krytycznego, jak nie ma języka do mówienia o
poezji, to go próbuje tworzyć. Dzięki gimnazistom wiem, że nawet jak pieprznie
jakiś meteor i wrócimy do poziomu jaskiniowców, to ci pierwsi jaskiniowcy jak
się tylko otrzepią z meteorowego kurzu i upolują mutanta popromiennego, to
siądą przy ognisku, będą go piec i snuć pieśni o łowach i meteorytach. A jak za
jakiś czas odkopią skrawek Miłosza, to się nim zachwycą, nie ma to tamto. Miłosz
ci wszystko wybaczy, z zagładą nuklearną/meteorytową włącznie.
piątek, 9 listopada 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)




