Jakoś tak ostatnio zgadaliśmy się z Franciszkiem, że każdego dnia trzeba zrobić coś dla pokoju na świecie. I tak na przykład ostatnio zapytałem młodych ukraińskich poetów i pisarzy o ich najdziwniejsze lub najważniesze podróże w życiu. Wyniki TUTEJ
czwartek, 28 lipca 2016
niedziela, 3 lipca 2016
Dziennik wyprawy do Warmii
Joannie Lewandowskiej
I tak stało się roku Pańskiego 2016, że, opuściwszy znajome, spokojne wody Przyrwy i Zyzogi puściliśmy się na wody niezbadane i nietknięte stopą żadnego galicyjskiego cadyka. Ani w ogóle kogokolwiek innego, kto po wodzie chodzi. Częściowo konno
Dotarliśmy w końcu na Warmię. Ludność tamtejsza trudni się rybołówstwem i nauczycielstwem, jest przyjaźnie usposobiona i w ogóle. To, co przeczytacie w żywocie Brunona z Kwerfurtu to gruba przesada.
Zrazu zgodnie z wielowiekową tradycją wzięliśmy się za poszukiwanie skarbów. Niestety, znaleźliśmy jedynie miejsce, gdzie, jak można sądzić z tajemnych znaków, templariusze zamurowali, nie wiedzieć po co, pawia. A na cholerę nam zamurowany paw?
Udało się nam znaleźć za to mózg. Ludność miejscowa, jak widać, polecała, to jak było nie brać. Zwłaszcza że tanio. A skoro mózg już został znaleziony, można się było wziąć za głoszenie.
A głosiliśmy to, co głosić trzeba zawsze. Że diabeł, owszem, działa. Na krótką metę może mu się coś nawet udać, może sprawić, że ludzie będą toczyć pianę i mówić Czesława Miłosza po aramejsku. Albo może ich przekonać, że uznawanie tonących dzieci za coś dobrego i sposób na obronę cywilizacji to coś nie tylko nie ohydnego, ale i chwalebnego nawet. Owszem, takie rzeczy mogą mu wychodzić i takie robi z przytupem, jak to posiadacz kopyt, co nie?
Ale są i rzeczy większe. Są cały czas i w każdej sekundzie gesty bezinteresownego, zupełnie bezsensownego dobra. Od poświęcenia ostatecznego po zupełnie proste, ludzkie odruchy. I one się nie biorą znikąd. Za każdym z takich gestów stoi siła tak wielka, że trudno się o niej nawet myśli bez lekkiego drżenia. I że, tak ostatecznie, to z niej pochodzą rzeczy naprawdę trwałe, jak chwila czyjejś ulgi czy podtrzymana przez moment nadzieja. Myśl o tym to może i nie jest jakaś najlepsza broń przeciwko rozpaczy, ale to jedyna, jaka jest.
No i tageśmy głosili, a co, a jak. Powymądrzalim się, powymądrzalim, a tu praktyka czekała tuż, tuż za rogiem Bugu. Jedziemy sobie po ekspresówce, a tu nagle hyc i okazuje się, że wleczemy za sobą malowniczy niezwykle pióropusz dymu. Nie dymu z rury wydechowej normalnego, o nie. Byliśmy Hutą Katowice na kołach, mobilnym koncertem kapeli z lat osiemdziesiątych, kometą, którą Halley gorzko opłakiwał, sprzedając.
Ewakuacja, szukanie, trójkąta, gaśnicy i inne rozrywki takich okazji to był jednak tylko wstęp do rozrywek właściwych. Bo się okazało, że jak się dym rozwiał, to się dobrzy ludzie pojawili. Wodę przynieśli. Dzieci w maliny wpuścili. A gdy już, dzieci wyprawiwszy do chałpy, spokojnie na lawetę czekałem, mając zamiar poczytania wreszcie nowego numeru Frazy, to czytać nie mogłem, bo się co i rusz ktoś zatrzymał i pytał, czy nie trza mi pomocy jakiej, chociaż kto mnie zna wie, żem urodziwą dziewoją, zgodnie ze stereotypami takie reakcje wywołującą, nie jest.
Ewakuacja, szukanie, trójkąta, gaśnicy i inne rozrywki takich okazji to był jednak tylko wstęp do rozrywek właściwych. Bo się okazało, że jak się dym rozwiał, to się dobrzy ludzie pojawili. Wodę przynieśli. Dzieci w maliny wpuścili. A gdy już, dzieci wyprawiwszy do chałpy, spokojnie na lawetę czekałem, mając zamiar poczytania wreszcie nowego numeru Frazy, to czytać nie mogłem, bo się co i rusz ktoś zatrzymał i pytał, czy nie trza mi pomocy jakiej, chociaż kto mnie zna wie, żem urodziwą dziewoją, zgodnie ze stereotypami takie reakcje wywołującą, nie jest.
I o tymem właśnie dumał, lawetą przez Nowy i Stary Nart jadęcy. O tym, że spalona turbina to nieduża cena jak za tyle dobra naraz. I o tej czopce piniendzy, co ją trza bedzie panu od lawety zapłacić.
Ale w chałupie czekał mejl od Remigiusza Mazura-Hanaja, że w konkursie na pieśń dziadowską nową wygrałem czopkę piniendzy. Dokładnie tyle, ile pan od lawety przed chwilą był ode mnie wziął. Dokładniuśko. I tak to właśnie działa.
środa, 22 czerwca 2016
Bogactwo, sława, dziadostwo
Podczas gdy sianokosy mają się ku końcowi, kraj nasz wstrzymuje oddech, śledząc pasjonujące zmagania. Chodzi oczywiście o III Konkurs na Pieśń Dziadowską Nową.
Tak więc ten, teges. Jak normalnie nie wysyłam nic na żadne konkursy na wiersze, to żem nie mógł się oprzeć. I co? I pisze do mnie dziś Szymek, że jest ta oto lista.
I nie mówię, umim się cieszyć.
Niedługo będę miał papiery na dziadostwo (Nowe).
Tak więc ten, teges. Jak normalnie nie wysyłam nic na żadne konkursy na wiersze, to żem nie mógł się oprzeć. I co? I pisze do mnie dziś Szymek, że jest ta oto lista.
I nie mówię, umim się cieszyć.
Niedługo będę miał papiery na dziadostwo (Nowe).
piątek, 17 czerwca 2016
Baśń traktorowa
Był raz Wojtek, co traktorem orał. I coś mu nie pasowało, coś nie bardzo mu dobrze szło to oranie, pług jakiś nie taki, nie tak ustawione. Coś by trzeba zrobić, cięgna poprawić. Zsiada więc Wojtek, ale silnika nie gasi, nad pługiem się pochyla. A ten wał, co przenosi ruch na wałek mocy się kręci. I nagle czuje Wojtek, jak go coś za kołnierz łapie, jakby łapą jakąś wielką i ku traktorowi ciągnie. Wie już, że kurtka mu się na wal nawinęła, ale zdjąć jej nie zdanża, bo już ucho ma przy metalu, już go całego moc silnika na wał nawija, już go w tryby wkręca i niesie dalej, dalej, hen popod podłogą ku silnikowi. Rozgląda się chłopak, bo nigdy przecież w traktorze nie był. Wreszcie wpada do jakiejś wielkiej komnaty przeogromnej. - Musi to komora spalania - pomyślał, bo ściany okopcone miała. Przyżegnał się, splunął przez ramię i widzi, widzi, a tu na środku komory karzełek na stołku siedzi. - Ktoś ty? - pyta karzełka. A karzełek się uśmiecha i tak mu powiada. - Jam jest Duch Silnika. Dobrym traktorzystom pomagam, a złym psoty czynię. Ale ty dobry jesteś chłopak - głaszcze się karzełek po brodzie. - Na wysokich obrotach nie piłowałeś, powolutku robiłeś. Rozrusznika nie zajeżdżałeś, oleju dolewałeś. Daruję ci i wypuszczę na powierzchnię. A nawet i więcej, bo ty dobry chłopak jesteś, cesarzównę księżycową zobaczysz. A teraz idź już, czas na ciebie - mówi karzełek i unosi Wojtka siła jakaś, w rurę u góry komnaty pcha i oto wylatuje nasz chwat przez komin na świat Boży. A tam widzi z góry, znad komina, sponad traktora, jak karetka miga na polu jego i jak za traktorem się uwijają w czerwonych ubraniach ratownicy. - Jak krasnale jakie - myśli Wojtek patrząc z wysoka.
A budzi się na łóżku, rurki z niego rosną jak z ziemniaka w komorze pędy białe, zamiast barku ma skrzydło gipsowe, białe, jak łabędzie. Piszczy wszystko, miga jak lampki na choince. ozmywa sie to wszystko w kolorowym wirze i zapada ciemność.
Znów budzi go parskanie znajome. Oczy otwiera i wie już, że nie śni. Na ramię patrzy i widzi, że mylił się wcześniej, nie skrzydło gipsowe ma u ramienia, a prawdziwe, łabędzie zamiast ręki mu wyrasta. Za oknem parska i prycha traktor jego wierny. Wstaje Wojtek z łóżka, do okna podchodzi i widzi grzbiet znajomy, garb kierownicy tyloma dotknięciami wyślizgany. Okno otwiera, po kablu od internetu schodzi bezgłośnie. Traktor schodki podstawia, siodełko nachyla. Nie namyśla się Wojtek, wskakuje i zaraz z kopyta ruszają. Jadą, jadą, jadą przez pola ciemne, przez drogi znajome. Wreszcie do tego miejsca mokrego dojeżdżają, gdzie woda zawsze stoi na drodze. Zagląda Wojtek z siodełka, a tam miesiączek się odbija, a w miesiączku cesarzówna księżycowa się przegląda, na drutach coś dzierga. Parska cicho traktor i cesarzówna głowę podnosi. - Chodź - do Wojtka mówi. - Koszulkę z pokrzywy ci wydziergałam, postać prawdziwą ci przywróci, chodź. Zsiada chłopak z traktora, do wody wchodzi, przed cesarzówną księżycową staje. Koszulkę pokrzywową z rąk jej bierze, na siebie zakłada. I kurczy się nagle, szyja mu się wydłuża, nos spiczasty staje. Czasu mija mało-wiele, a przed cesarzówną księżycową łabędź najprawdziwszy skrzydłami trzepoce, dziób w skardze niemej rozwiera.
- Postać prawdziwą ci przywróciłam, junaku - cesarzówna mu mówi. - Tylko łabędziem można być naprawdę - po szyi go głaszcze, bułkę w mleku rozmoczoną daje.
A budzi się na łóżku, rurki z niego rosną jak z ziemniaka w komorze pędy białe, zamiast barku ma skrzydło gipsowe, białe, jak łabędzie. Piszczy wszystko, miga jak lampki na choince. ozmywa sie to wszystko w kolorowym wirze i zapada ciemność.
Znów budzi go parskanie znajome. Oczy otwiera i wie już, że nie śni. Na ramię patrzy i widzi, że mylił się wcześniej, nie skrzydło gipsowe ma u ramienia, a prawdziwe, łabędzie zamiast ręki mu wyrasta. Za oknem parska i prycha traktor jego wierny. Wstaje Wojtek z łóżka, do okna podchodzi i widzi grzbiet znajomy, garb kierownicy tyloma dotknięciami wyślizgany. Okno otwiera, po kablu od internetu schodzi bezgłośnie. Traktor schodki podstawia, siodełko nachyla. Nie namyśla się Wojtek, wskakuje i zaraz z kopyta ruszają. Jadą, jadą, jadą przez pola ciemne, przez drogi znajome. Wreszcie do tego miejsca mokrego dojeżdżają, gdzie woda zawsze stoi na drodze. Zagląda Wojtek z siodełka, a tam miesiączek się odbija, a w miesiączku cesarzówna księżycowa się przegląda, na drutach coś dzierga. Parska cicho traktor i cesarzówna głowę podnosi. - Chodź - do Wojtka mówi. - Koszulkę z pokrzywy ci wydziergałam, postać prawdziwą ci przywróci, chodź. Zsiada chłopak z traktora, do wody wchodzi, przed cesarzówną księżycową staje. Koszulkę pokrzywową z rąk jej bierze, na siebie zakłada. I kurczy się nagle, szyja mu się wydłuża, nos spiczasty staje. Czasu mija mało-wiele, a przed cesarzówną księżycową łabędź najprawdziwszy skrzydłami trzepoce, dziób w skardze niemej rozwiera.
- Postać prawdziwą ci przywróciłam, junaku - cesarzówna mu mówi. - Tylko łabędziem można być naprawdę - po szyi go głaszcze, bułkę w mleku rozmoczoną daje.
środa, 15 czerwca 2016
Pierwszy parytet w historii Kolbuszowej (nadejszła wiekopomna chwiła)
Jan Baron przybył, poczytał, porozmawiał, trawę pokosił, na żarnach pomełł. Ja oczywiście, durny, nie przewidziałem, że oba czytania wypadają wtedy, kiedy jest mecz otwarcia Euro i wszyscy fani poezji grają na wuwuzelach. Ale udało się, ludzie przyszli. Jednym słowem umiarkowane bo umiarkowane, ale coś na kształt zwycięstwa mimo wszystko.
W Kolbuszowej na spotkanie przyszli uczestnicy warsztatów Sekcja wiersza. Przed nami jeszcze tylko jedno spotkanie przed wakacjami, więc robię małe podsumowanie.
Gdy to wszystko się w grudniu zaczynało, przewidywałem rychłą klapę. Nie przypuszczałem, że znajdą się ludzie chcący raz na dwa tygodnie pogadać o jednym współczesnym polskim wierszu. Okazało się, że są. A jeszcze później okazało się, że co dwa tygodnie to dla nich za rzadko i wolą co tydzień.
To jest ważne. Cieszę się też z innej rzeczy. Na początku założyłem sobie, że będę mniej więcej zachowywał parytet. Czyli raz babkę, raz chłopa czytamy. Żeby ludzie z warsztatów mieli świadomość, że tak babki, jak i chłopy mają coś do powiedzenia i mogą się z tym przebijać. W tę niedzielę policzyłem. Jak na razie czytaliśmy siedem babek i pięciu chłopów. Za tydzień jeszcze jeden chłop i z planowanym wynikiem 7:6 kończymy mecz z lekką przewagą babeczek. Proszę odnotować w annałach, że pierwsze zastosowanie parytetu w Kolbuszowy się udało.
Te miesiące przypomniały mi też o rzeczach podstawowych. A takie mianowicie, że zajmowanie się poezją jest strasznie ważne. Bo poza tym że warto dla samej poezji, dla wartości estetycznych, to są jeszcze inne sprawy.
1. Poezja uczy nas rozumieć i odczytywać emocje innych ludzi i swoje własne.
2. Kontakt z poezją jest naturalną potrzebą człowieka.
Tyle tylko że człowiek zostawiony przez szkołę z poczuciem, że poezja (zwłaszcza współczesna) to coś trudnego niefajnego i nie dla mnie zaspokoi ją Popkiem. Tak że ten, teges. Rodzicu, jeśli ktoś Ci nie uświadomił jeszcze, że jedyną alternatywą dla frazy jesień idzie Panie, a ja nie mam domu jest pizda nad głową, kręć dupą swoją, to ja Ci uświadamiam.
W Kolbuszowej na spotkanie przyszli uczestnicy warsztatów Sekcja wiersza. Przed nami jeszcze tylko jedno spotkanie przed wakacjami, więc robię małe podsumowanie.
Gdy to wszystko się w grudniu zaczynało, przewidywałem rychłą klapę. Nie przypuszczałem, że znajdą się ludzie chcący raz na dwa tygodnie pogadać o jednym współczesnym polskim wierszu. Okazało się, że są. A jeszcze później okazało się, że co dwa tygodnie to dla nich za rzadko i wolą co tydzień.
To jest ważne. Cieszę się też z innej rzeczy. Na początku założyłem sobie, że będę mniej więcej zachowywał parytet. Czyli raz babkę, raz chłopa czytamy. Żeby ludzie z warsztatów mieli świadomość, że tak babki, jak i chłopy mają coś do powiedzenia i mogą się z tym przebijać. W tę niedzielę policzyłem. Jak na razie czytaliśmy siedem babek i pięciu chłopów. Za tydzień jeszcze jeden chłop i z planowanym wynikiem 7:6 kończymy mecz z lekką przewagą babeczek. Proszę odnotować w annałach, że pierwsze zastosowanie parytetu w Kolbuszowy się udało.
Te miesiące przypomniały mi też o rzeczach podstawowych. A takie mianowicie, że zajmowanie się poezją jest strasznie ważne. Bo poza tym że warto dla samej poezji, dla wartości estetycznych, to są jeszcze inne sprawy.
1. Poezja uczy nas rozumieć i odczytywać emocje innych ludzi i swoje własne.
2. Kontakt z poezją jest naturalną potrzebą człowieka.
Tyle tylko że człowiek zostawiony przez szkołę z poczuciem, że poezja (zwłaszcza współczesna) to coś trudnego niefajnego i nie dla mnie zaspokoi ją Popkiem. Tak że ten, teges. Rodzicu, jeśli ktoś Ci nie uświadomił jeszcze, że jedyną alternatywą dla frazy jesień idzie Panie, a ja nie mam domu jest pizda nad głową, kręć dupą swoją, to ja Ci uświadamiam.
czwartek, 2 czerwca 2016
Wielka trasa Jana Barona po duchowych i intelektualnych centrach Podkarpacia
Klamka zapadła. Łajka przypięta pasami odlicza po rosyjsku od dziesięciu do zera, zupełnie odwrotnie niż Kaszpirowski. Jan Baron, autor Korekty i Układu scalonego przyjeżdża z ziemi śląskiej do tych pagórków leśnych i łąk zielonych.
W piątek 10 czerwca o 18 czyta w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Kolbuszowej.
W piątek 10 czerwca o 20.30 spotykamy się z kolei w Królestwie Bez Kresu, herberciarni w Rzeszowie. Po spotkaniu Jana zagra kapela Wczorajszy, w której mam zaszczyt i przyjemność obsługiwać bas u boku dobrych i miłych ludzi: Anny Kwas, Konrada Stefiuka i Szymka Węglowskiego.
Wstęp na obie imprezy wolny.
W piątek 10 czerwca o 18 czyta w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Kolbuszowej.
W piątek 10 czerwca o 20.30 spotykamy się z kolei w Królestwie Bez Kresu, herberciarni w Rzeszowie. Po spotkaniu Jana zagra kapela Wczorajszy, w której mam zaszczyt i przyjemność obsługiwać bas u boku dobrych i miłych ludzi: Anny Kwas, Konrada Stefiuka i Szymka Węglowskiego.
Wstęp na obie imprezy wolny.
poniedziałek, 30 maja 2016
Kiedy przyjdą podpalić
Chodzimy po byłej wsi Caryńskie. Kasia opowiada dzieciom, dlaczego wieś jest była i trzeba ją sobie wyobrażać. Łucja bardzo przeżywa to, że ludziom, jak ich wyganiali, jak ładowali na wozy i wywozili do bydlęcych wagonów, to zabrali też owce. Bo Łucja sama ma owcę i bardzo ją kocha. Myśli, myśli, myśli.
- To ja bym wzięła owieczkę na rączki i poszła sobie do wagoniku.
Serce mi pękło i nie może się złożyć.
- To ja bym wzięła owieczkę na rączki i poszła sobie do wagoniku.
Serce mi pękło i nie może się złożyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





