poniedziałek, 12 marca 2018

Jak wypromować książkę na Podkarpaciu, czyli jak wygląda sukces

Pamiętacie, jak ogłaszałem tutej zbiórkę na książkę m.in. Korobczuka, którą byłem przetłumaczyłem? No to już mówię, jak z tym było. Otóż, osiągnęliśmy sukces. Jest to jednakowoż sukces w wersji polskiej, czyli połowiczny i nie wiadomo, czy gdzieś nas zaprowadzi. 

Więc: książki niedługo trafią do drukarni. W jednej z następnych notek będą fajerwerki i podziękowania, bo to naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Ale nie czas jeszcze na fety. Imprea z Ewokami po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci dopiero się szykuje. My na razie jeszcze jesteśmy na etapie tłuczenia kamieniami o potężne nogi maszyn bojowych Imperium. 

Tak więc: jest za co książki wydać. Ale trzeba je jeszcze wypromować. Mediałorkerze, bibliotekarzu, blogerze, listonoszu-gaduło, który czytasz ten post. Dej znać, jeśli chcesz mieć u siebie fajną imprezę/fajne materiały do tekstu. jotradwanski[maupa]gmail.com, 

sobota, 10 marca 2018

10 lat kryzysu

Czytam właśnie Wzgórze Psów Żulczyka. Punkt wyjścia jest taki że główni bohaterowie znajdują się w sytuacji kryzysowej i skrajnej. Są poddani próbie która zagraża wszystkiemu czym są w co wierzą i ich relacjom. Słowem: przeprowadzają się. Do powiatowego miasteczka w Polsce B. Czo ta polska proza to ja nawet nie.

środa, 28 lutego 2018

Rok temu jeszcze byłem młody

Tak paczę po archiwum ty strony i paczę. W chaotycznym materiale widać jakieś prawidłowości dopiero teraz, z oddalenia. Równo rok temu miałem jakąś fazę na przekonanie, że ludzie, którzy robią rzeczy niegodne, męczą się z tym i już-już rychło je zapewne z powodu tego poczucia robić przestaną.
Ten poziom naiwności wypada przypisać temu, że jeszcze rok temu byłem młody.
Albo że jestem idiotą.
Albo jedno i drugie, jedno drugiego nie wyklucza.

No więc tak - można robić rzeczy niegodne radośnie i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, czerpiąc z tego poczucie spełnienia życiowego i satysfakcji.

Męczy mnie patrzenie, jak ludzie robią rzeczy niegodne, nie zdając sobie z tego sprawy.

wtorek, 13 lutego 2018

Jak kolbuszowskie getto samo się nie obrabowało.

Muszę na chwilę przywrócić temu blogowi życie i dawną funkcję. A więc - czytasz na Kolbuszowa Lokalnie, a potem czytasz tutaj jak było naprawdę.

A więc fala antypolskiego hejtu w moim wykonaniu wygląda tak, że kilkakroć napisałem że teza z tekstu Andrzeja Wesołowskiego o tym że inicjatorami i wykonawcami grabieży majątku kolbuszowskich Żydów byli  si Żydzi z historycznego punktu widzenia się nie broni. Może i rzeczywiście zohydzam w ten sposób wszystko co polskie, ale zatrzymajmy się nad tym chwilę. Bo może jednak nie.

Z początku byłem myślałem że to jakiś skrót myślowy który Paweł Gałek zamiast z panem Andrzejem obgadać i przerwdagować wyciągnąłbna nagłówek. Ale chyba jednak nie. Więc potraktujmy to zdanie serio.

Nikt na ogół nie pisze ze zlo, jakie spotykało Żydów w gettach bylo dziełem Żydów, bo były w nich żydowskie służby porządkowe. Może na tej samej zasadzie na jakiej nikt nie mówi ze Polacy okupowali się sami w Generalnym Gubernatorstwie, bo w GG była granatowa polska policja (co więcej, złożona z wolnych ludzi, mająca swobodę poruszania i broń palną). Czyli: oba te sposoby ujęcia tematu byłyby równie absurdalne.

Dlatego też w literaturze historycznej nie używa się sformułowań w rodzaju ,,Żydzi ograbili getto',  ,,Żydzi zlikwidowali getto" czy ,,deporowali się do obozów zagłady". Podmiotem tych działań byli Niemcy i dobrze, żeby tak też się o tym mówiło. Chyba że chcemy pewnego dnia przeczytać ze Polacy okupowali Generalne Gubernatorstwo.

O co mogło chodzić z tym, że Żydzi byli inicjatorami rozgrabienia żydowskiego majątku? Tego nie wiem.

Tyle zohydzania wszystkiego co polskie na dzisiaj. Idę spać, mam nadzieję że będę miał sen, w którym będzie można w Kolbuszowej nie zgadzać się z wypowiedzianym przez kogoś sądem i nie będzie to uznawane za atak na wszystko co drogie i święte na tym łez padole.

wtorek, 6 lutego 2018

Weźcie się ogarnijcie, ludzie

Kiedyś przyjdzie jakieś otrzeźwienie. Kiedyś to wszystko się skończy. Zostaną internety, które nie płoną. Serio, nie warto, ludzie.



piątek, 26 stycznia 2018

Na koniec Digarta

Zamykajo Digarta, takie miejsce w sieci, na którym trzymałem czystopisy wierszy i na którym poznałem sporo ludzi, a część tych znajomości przeniosła się do reala i zmieniła moje życie.

Ale, ale. Było to też miejsce ciekawych dialogów. Zanim zakmkną na amen, muszę przekopiować na wieczną reczy pamiątkę najciekawsze.

Nojsampiyrw standardowy, odkrywający moje prawdziwe ja:

,, mogę stwierdzić, iż wszelkie wyższe wartości, które wyznaje nie tylko Naród Polski są tobie tak naturalnie obce, że nie potrafisz ich zrozumieć – czemu się nie dziwię. Twój wstyd, zażenowanie i niemożność pogodzenia się z tym, że w sposób mentalny (jak być może też biologiczny) należysz do innej grupy etnicznej niż my Polacy, sprawia że upust swej żydowskiej nienawiści odreagowujesz poprzez różnego rodzaju komentarze, które odzwierciedlają twoją głupotę, chamstwo i lawinę kompleksów".

I rozmowa, która przywróciła mi wiarę w sens poezji:

cześć mam na imię Kamil
1485***
własnie przeglądam digart
1485*** (8-09-2009 19:07)
przeczytałem twój wiersz
1485*** (8-09-2009 19:07)
zresztą bardzo dobry
1485*** (8-09-2009 19:08)
mam takie pytanie
Ja (8-09-2009 19:08)
?
1485*** (8-09-2009 19:08)
jaki dałbyś slogan reklamowy piekarni
Ja (8-09-2009 19:08)
zajebisty chlebek, zajebiste bułki, zajebistego pieczywa mamy pełne połki:D
1485*** (8-09-2009 19:08)
hahahaha
1485*** (8-09-2009 19:08)
dobre
1485*** (8-09-2009 19:09)
ale tak serio
1485***(8-09-2009 19:09)
coś w stylu "dobry polski chleb"


Śpij słodko, Digusiu.

piątek, 22 grudnia 2017

Czy Maja Staśko jest nieoliberałką?





Czy Maja Staśko jest nieoliberałką? 

Clickbaitowy tytuł mamy za sobą. Teraz asekuracyjny początek i kolejny punkt jazdy obowiązkowej będzie za nami. Więc: poezja i krytyka zaangażowana są ważne i świetnie, że są w polskim dyskursie. Zwrócenie uwagi na etyczny aspekt literatury było potrzebne. Niezbędbe. Cudnie, że jest.
I teraz jest to ale, które musi nastąpić. Ale. Język, którym posługuje się Maja Staśko jest obosieczny.
Po pierwsze: mówiecnie o pracownikach literatury z jednej strony zwraca uwagę na sytuację ludzi zaangażowanych w powstawanie książek, o których się nie mówi, nie myśli i które się w tym okołoksiążkowym dyskursie pomija - redaktorów, tłumaczy etc. Z drugiej strony kryje się w tym pułapka, bo jeśli poeta/poetka jest pracownikiem, to wytwarza produkt. No przecież nie cud, bo wiersz nie jest cudem. A jeśli wytwarza produkt, to on podlega prawom rynkowym. Jeśli nikt produktu nie kupuje, to dlaczego pracownik literatury ma oczekiwać jakiegokolwiek wsparcia? Dlaczego się po prostu nie przekwalifikuje, nie przeprowadzi, nie dostosuje produktu do potrzeb rynku? 
Tak że wiecie, jak się człowiek za bardzo skupi na myśleniu o tym, że wiersz nie jest cudem, to może wpaść od drugiej strony w tę samą pułapkę, co zawsze. 
Po drugie: w koncepcji nieistnienia sztyki niezaangażowanej, w myśleniu o sztuce nieangażującej się politycznie jako o sztuce angażującej się przez sam ten gest rezygnacji z zangażowania po stronie dyskursu dominującego (czyli niefajnego w 99 na 100 przypadków) luki nie ma. 
Ale jest mi z tym myśleniem niefajnie jednak, bo mam wrażenie, że w tej koncepcji literatura jest zredukowana do wyboru ideologicznego leżącego gdzieś tam w tekście albo i poza nim. Nieważne jest to, że rzuciła cię dziewczyna, umarł ci chomik albo ładnie ci krzaki kwitną pod blokiem - tekst o tym, co się dzzieje z tobą i w tobie jest neoliberalny albo antyneoliberalny, w zalezności od tego, kto dzierży dyskurs w łapce i komu szpili w nią nie wbijasz tekstem o chomiku, dziewczynie, krzakach. 
Życie składa się z relacji władzy i własności, ale nie tylko. To, co jest poza tymi relacjami znika w tym sposobie myślenia o literaturze i trochę mnie to martwi. 

No, i tyle.