niedziela, 30 grudnia 2012

Wszystko jest folkiem, czyli nowo Masłosko.

Jakiś czas temu w audycji mówiliśmy o tej dyskusji. Tematem dysputy było pytanie, czy folk szkodzi muzyce ludowej. Dyskusja owszem, ciekawa, ale chwilami przypomina trochę dialogi mieszkańćó Konstantynopola na temat tego, czy lepiej przyprawiać koninę zielonymi czy czarnymi oliwkami, toczone w sytuacji, gdy ostatni koń już dawno zjedzony, drzewka oliwne poszły na opał, a pierwsi Turcy właśnie dorzynają obrońców na murach.

Sytuacja wygląda tak: już ponad 60 procent Polaków mieszka w miastach. Odkąd pierwszy pralechita zapuścił na tej ziemi wąsy i zaśpiewał ,,Nic się nie stało'', czyli od tysiąca lat z hakiem istnienia naszej zbolałej Ojczyzny tak nie było. Prosty wniosek jest taki, że w przeciągu XX wieku swoje korzenie straciła przytłaczająca większość Polaków - część przez ruchy powojenne (popatrzmy na mapę dialektologiczną, ile mamy tzw. terenów gwar mieszanych, czyli terenów poniemieckich bez własnych gwar praktycznie), część przez migracje wieś-miasto. Na wsi też nie jest dobrze, bo erozja tradycyjnej kultury chłopskiej trwała sobie całe dwudzieste stulecie jak dzika. Polak to wykorzeniony chłop, no.

W tej sytuacji rozważanie nad wpływami folku złemi na muzykę in crudo są trochę fantastyczne. Bo szansa na to, że rodzący się np. teraz w tej chwili Jaś Kowalski zetknie się z muzyką in crudo są bliskie zero. Nawet jeśli weźmie za jakiś instrument, to prędzej za nówki skrzypki ze sklepu niż sukę biłgorajską. Nawet jak zajara się muzyką źródeł, to prędzej słuchając po dobrym lolku wczesnej Kapeli ze wsi Warszawa czy Village Kollectivu niż swojego dziadka pod gruszą. A jeśli sam zacznie ją grać, to ze spontanicznego grania prędzej wyjdzie coś folkowego właśnie, do rekonstruowanej muzyki in crudo droga przed nim będzie długa.

Jaś Kowalski urodzony 30 grudnia 2012 to wykorzeniony chłop. Folk jest muzyką wykorzenienia, jest muzyką postapokaliptyczną. Ergo - to właśnie folk będzie dla Jasia naturalnym sposobem na nawiązanie kontaktu ze swoimi korzeniami. Bo Jaś nie dostanie jakiejkolwiek tożsamości do ręki. On se ją będzie musiał skonstruować. Można odwrócić pytanie i zapytać, ironicznie tylko oczywiście, czy muzyka in crudo nie szkodzi folkowi

I tu dochodzimy do tematu właściwego, czyli do ,,Kochanie, zabiłam nasze koty Masłowskiej. Już debiutancka ,,Wojna polsko-ruska'' była w jakiejś mierze książką o konstruowaniu tożsamości, o samonieświadomym składaniu siebie z tego, co się znajdzie pod ręką.

,,Kochanie...'' jest, jak dla mnie, książką bardzo folkową, bo o wykorzenionych bohaterach, klecących siebie z czego się da mówiącą. Taką kwintesencją samplowania jest Gosza, bohaterka snobująca się na pochodzenie z trzeciego świata, który, jako Amerykanka, sytuuje w Polsce, czyli na Bałkanach. Bohaterowie Masłowskiej są jak syreny ze snów jednej z bohaterek, budujące swój świat z resztek i śmieci naszego świata. Napisana świetną, lekką frazą książka z diagnozą, którą można wyczytać w pracach socjolingwistycznych od kilkudziesięciu już chyba lat: sypie się nasze ja zbiorowe, a sztukowane czymkolwiek wygląda właśnie jak coś sztukowanego czymkolwiek.

Czy słuchanie Village Kollectivu po lolku to dobra metoda na nawiązanie kontaktu z korzeniami?





sobota, 29 grudnia 2012

Wieś widmo

Jechał ja wczoraj pekaesem przez miejscowość, który ni må. Tutej jest zdjęcie na dowód:


Nie ma takiej miejscowości, jak Karczowiska. Korczowiska, owszem, jeszcze lepiej - Korcowiska. Podobnie, jak nie ma Osiej Góry, tylko Łosia Góra.

Może czas na dwujęzyczne tablice? Zielònkå. Korcowiska. Uośå Góra. Huta Przedborskå, etc. Tylko z pozoru brzmi nierealnie. Ale są już stanowiska (np. u Jolanty Tambor - dużo ciekawych prac tej pani na temat Śląska jest w internacie), znoszące rozróżnienie między grupą etniczną a etnograficzną. Gdyby jeszcze uświadomić miejscowym samorządowcom, że za tym poszłyby konkretne pieniądze (np. subwencja dla szkoły mniejszościowej jest większa niż dla zwykłej), sami zaczęliby w sukmanach na sesje przychodzić. 


piątek, 28 grudnia 2012

wtorek, 25 grudnia 2012

Litania do świętych niedoszłych

Nie płaczcie, idę szczęśliwy do ojczyzny! Was wszystkich serdecznie pozdrawiam raz jeszcze. Niech Bóg  wkrótce obdarzy Was pokojem, a mnie niech da szczęśliwe odejście do ojczyzny. Wiem, że w każdym wypadku jestem w ręku Boga. On tę sprawę należycie ułoży i wspaniale zakończy.  Będzie też chyba moja sprawa wyjaśniona ludziom później, być może dopiero w lepszym życiu. Jestem w radośnie podniosłym nastroju. Cóż mamy do stracenia? Nic, jak tylko nasze biedne życie, duszy nie mogą oni przecież zabić. Jaka nadzieja!

grenadier Otto Schimek, rankiem przed egzekucją. 



Jeśli Kościół kiedykolwiek taką litanię zatwierdzi, powinno ją otwierać wezwanie do Ottona Schimka. W zasadzie 19-letni grenadier Wehrmachtu, rozstrzelany w podtarnowskich Lipinach za odmowę rozstrzeliwania polskich zakładników kandydatem na ołtarze powinien wydawać się pewnym. Tym bardziej, że w kategorii ,,drugowojenni objectorzy-męczennicy'' wszelkie inne europejskie wyznania na głowę biją, jak się zdaje, Świadkowie Jehowy. Beatyfikacja Schimka byłaby dobrą okazją do pokazania, że wśród katolików też byli ludzie niepoddający się wszechobecnej paranoi. 

Schimek miał pecha. O dziwo, o ile w latach osiemdziesiątych strona polska chętnie widziałaby dziewiętnastolatka ze swastyką na czapce na ołtarzach, skrewiła strona austriacka. Jedynymi żyjącymi świadkami męczeństwa Schmimka byli bowiem jego zabójcy i ich koledzy. Zarówno komilitoni Schimka z ósmej kompanii 1083   regimentu Grenadierów Krajowych Wehrmachtu, jak i odprowadzający go kapelan, jak i skazujący sędzia, nie pamiętają żadnego rozstrzeliwania cywilów. Schimek miał być rozstrzelany za tchórzostwo w obliczu wroga, czyli za dezercję. Stronę świadków wzięła austriacka opinia publiczna wierząca w latach '80 w mit o rycerskim Wehrmachcie i złym SS, które pospołu z Ukraińcami mordowało bez wiedzy żołnierzy w feldgrau. W dyskusjach prasowych padały nawet argumenty, że jeśli Schimek odmówił zabijania, nie ma się czym chwalić, bo byłą wojna, a na wojnie zabijać trzeba, a nie myśleć. 

Ostatecznie sprawa utknęła w martwym punkcie. Żołnierze- świadkowie bohaterstwa Schmika, którzy wiosną 1945 roku przyszli do jego matki, by o nim opowiedzieć, nie żyją. Większość relacji świadczy przeciw Schimkowi, za to za czystością Wehrmachtu. Nikt już chyba nie podejmie znowu prób beatyfikacji Schmika, chłopak pozostanie zatem świętym niedoszłym. 

sobota, 22 grudnia 2012

Źródło

Czasami wydaje mi się, że Jacek Kleyff powiedział już wszystko, co powiedzieć by należało. 




Szymku, na pytanie o istotę folku odpowiadam tak. W szesnastym wieku na tzw. kresach  po reformie kalendarza bywało tak, że katolicy obchodzili post wielki według swojego kalendarza, prawosławni według swojego. Ale bywało, że ludzie zaczynali według prawosławnego, a kończyli według katolickiego, poszcząc krótko. A bywało, że na wszelki wypadek zaczynali według katolickiego, a kończyli według prawosławnego i żywili się rybą dwa miesiące. I to jest właśnie istota folku. 

środa, 19 grudnia 2012

Co się odradza w Polsce - c.d.

Głupio mi tłumaczyć rzeczy podstawowe, ale czasem trza. Zatem: krótka historia neofaszyzmu w Polsce, po '89. Czemu po '89? Bo piszę tylko to, co sam pamiętam, co widziałem, co znam z pierwszej ręki.

Na początku był subkulturowy, skinheadowski, biologiczny rasizm. Skini tropili Murzynów i Żydów, a jako że jednych i drugich w Polsce jak na lekarstwo, a w dodatlu Żydzi mało rzucają się w oczy, obrywało się wszystkim, którzy się jakoś wyróżniali. Pankom, hipisom, a za mojej pamięci i metalom - pojawienie się nazimetali skini ogarnęli z pewnym poślizgiem, ale jednak. Brzmi jak relacja z subkulturowych przepychanek, ale było poważnie. Jeszcze za mojej pamięci zginął w Kielcach chłopak, ksywa Zielony. Dostał bagnetem na koncercie od jakiegoś miłośnika białej rasy. Miał czternaście lat.
Potem, oczywiście, ginęli ludzie, byli bici i okaleczani, ale łysi nie potrzebowali już ideologicznych pretekstów. Bili i zabijali dresiarze, nie skini.
Ale wróćmy do naszych, nomen omen,  baranów. Pierwsza dekada nowego wieku to był dziwny czas. Ludzie, których się znało z antyfaszystowskich koncertów, przykładni pankowcy, szanowani metale, etc. golili się na łyso i zaczynali mówić o Polsce dla Polaków. Młodzież Wszechpolska oferowała wolność od myślenia i wolność do bicia ludzi.
Jakoś na początku XXI wieku narodowcy ogarnęli bowiem, że antysemickie odjazdy a'la Leszek Bubel robią z nich pośmiewisko całej wioski, z braku Żydów i Murzynów. Nowym wspólnym wrogiem zagrażającym Polsce, religii, Europie i okolicom byli geje. Ludzie, których, wydawało mi się, znałem i bliżej mi nieznane barany zaczęły jeździć do Krakowa na parady równości, żeby pokrzyczeć i dać komuś po pysku. Mam relacje z pierwszej ręki, więc wiem, że w ramach obrony katolicyzmu i świata całego biło się ludzi, najlepiej w przewadze liczebnej i ustronnym miejscu. W rocznicę pogromu skandowali Polska dla Polaków jak delegacja z Izraela składała kwiaty, etc. Ale priorytetem było tropienie gejów.
Fiksacje na punkcie homoseksualistów miał krakowski NOP. Z dużym rozbawieniem obserwowałem akcje NOP-u sprowadzające się na wieszaniu wszędzie plakatów przestrzegających przed pandemią homoseksualizmu w kosmosie i ryczeniu ,,Chłopak dziewczyna - normalna rodzina'' na marszach równości. Było to osobliwe, bo chłopaki i dzeiwczyny były po drugiej stronie, po stronie NOP-u ani jednej baby wtedy, w 2005 czy 2006 nie widziałem. A widok miałem dobry, bo obie strony uparły się robić dymy w okolicach czytelni polonistyki.
Z gejami jednak nie chwyciło. Tzn. taka przaśna homofobia zjednała narodowcom blokowiska itd., ale to za mało, żeby wejść do mainstreamu i powalczyć o władzę.
Teraz można zobaczyć, jak NOP, ONR i reszta nacjonalistycznej prawicy próbuje wyjść z subkulturowego getta. Nacjonaliści znaleźli dobrą metodę, sprawdzoną przez NSDAP - trzeba wypłynąć na kryzysie. Drugi patent to podpinanie się pod wszelkie słuszne tematy. NOP demonstrował przeciwko ACTA, bo też i wszyscy demonstowali. Manifestacje przeciwko zdechłej komunie i rządowi, którego w Polsce z definicji nikt nie lubi to patent naprawdę dobry. Reakcja Dominika jest wzorcowa - nie podoba ci się manifestacja organizowana przez nacjonalistów. To Boga w sercu nie masz, Polski nie kochasz, etc., etc. Narodowcy stosują moralny szantaż i na tym wygrywają, wchodzą w dyskurs publiczny, w którym jeszcze dziesięć lat temu nie było dla nich miejsca korzystając z świadomej i nieświadomej pomocy ludzi, którzy się na ich arcysłuszne hasła łapią.
Nic na to nie poradzę, falanga zawsze będzie mi się kojarzyła z gettem ławkowym i cięciem żyletkami żydowskich studentek przed wojną, sorry. Nawet jeśli pod tą falangą protestuje się, trzydzieści lat za późno, przeciwko stanowi wojennemu.

Jeszcz krótsza odpowiedź Domonikowi Dzióbie

Dominiku. Uspokój się, zaparz melisę, wypij i przeczytaj mój post raz jeszcze. wskaż miejsce, w którym piszę coś o uczestnikach marszu. Nie udało się? Nic dziwnego, bo piszę o organizatorach podpisanych pod wskazanym przez Ciebie linkiem, co zresztą argumentowałem. 

Teraz strzel jeszcze jedną meliskę i wskaż miejsce, w którym nazywam faszolami, cytuję  ,,osoby chcące uszanować pamięć o poległych w czasie stanu wojennego, osoby dla których patriotyzm jest sensem istnienia, osoby trzymające w dłoni flagi Polski lub Solidarności, wojskowych i osoby, które oddały by życie dla kraju, i wreszcie osoby, które dostrzegają kłamstwa i obłudę jaką serwuje nam obecny rząd''



Pytasz: 

,,Pytanie nasuwa się tylko jedno: coś Ty brał człowieku, że Cię tak popaprało?''

Ostatnio tylko meliskę, co i Tobie polecam, w dużych ilościach. 

Dobranoc.