czwartek, 12 grudnia 2013

Rewolucji ni bedzie. O zaletach wyrzucania gnoju

Lubow Jakmczuk na swoim nowym blogu radzi rewolucjonistom w razie ataku gazowego ratować oczy zwilżoną szmatką, odradza przemywanie ich coca-colą, bo i takie rady krążą po Euromajdanach. Doradza też przemywanie oczu czymś o odczynie zasadowym. Z chemii z rzeczy o odczynie zasadowym zapamiętałem ług. Ale to chyba trza odradzić.

A Kolbuszowski Magiel nawołuje lud młody kolbuszowski do rewolucji. To może ja w skrócie wyjaśnię, dlaczego rewolucja jest niemożliwa. Nie tylko w Kolbuszowej.

Magiel kusi lud kolbuszowski wizją Kardysia, z zawodu starosty dwadzieścia lat temu wyrzucającego kurzyniec z kurnika. Zaiste, wzruszające. Magiel kusi lud kolbuszowski wizją Kardysia, z zawodu starosty dwadzieścia lat temu wyrzucającego kurzyniec z kurnika. Zaiste, wzruszające. Ale są i wizje bardziej chwytające za serce – oto dwajścia lat temu z okładem wraca Krzysztof Klecha młody z dyplomem studiów wyższych do swojej gminy. Ma ten dyplom i łeb na karku, więc zostaje wójtem na lat najbliższych wiele, w dwa miesiące zarabiając tyle, ile dzisiejszy absolwent przez rok. Fajnie, co?

Ale to se nevrati. Gdyby Klecha urodził się dwadzieścia lat później, ze swoim dyplomem i głową na karku mógłby co najwyżej śmigać po kursach dla bezrobotnych albo zasuwać gdzieś za ułamek swojej obecnej pensji. Nie dlatego, że byłoby z nim coś nie tak, ani z Dzikowcem, ani Podkarpaciem. Po prostu, dwudziestoparolatków z dyplomem i łebem na karku jest zatrzęsienie, a system nie ma jak ich wchłonąć. Lata dziewięćdziesiąte to był taki fajny czas, kiedy ludzi mających parę sprawnych zwojów mózgowych i którzy liznęli trochę wiedzy chociaż brakowało wszędzie. Administracja była nowa, firmy były nowe, no w ogóle fajno. Wiadomo, był głód, nędza, plan Balcerowicza etc., ale wtedy prawdopodobieństwo kariery typu ,,od wyrzucania kurzyńca do starostowania” były wtedy bardziej możliwe.

Jesteśmy pokoleniem ludzi zbędnych, mających fenomenalne, nikomu do niczego niepotrzebne kwalifikacje, pracujących pi razy oko za tyle samo niezależnie od tego, co kończyli i czy kończyli w ogóle cokolwiek i realizujących się poza pracą. W tym systemie dla roczników osiemdziesiątych i okolicznych nie ma miejsca. Jeśli rzucimy okiem na moich pi razy oko rówieśników, którzy weszli w lokalną politykę, robi się smutno. Zasada jest prosta – albo starasz się być większą świnią niż świnie okoliczne, albo twoje możliwości zrobienia czegokolwiek są na tyle ograniczone, że masz wątpliwości co do sensu całej tej zabawy.

Są jednak rzeczy w naszym grajdołku, które się udają. Co ciekawe, nie wymagają żadnej rewolucji, a innych rzeczy. Urodziny Hudaków są co roku fajniejsze, a wszystko dzieje się bez rewolucyj. Po prostu Hudacy with a little help from friends muszą się ozapierdalać.

Udaje się Kuźnia i Kuźniowe działania. Warto się przyjrzeć, na jakich działaniach zasadach działa. Ludzie z Kuźni nie rywalizują, a współpracują. Z niczym nie konkurują. Nie jestem i nie byłem członkiem stowarzyszenia, a zawsze mogłem liczyć na pomoc i dobrą energię ze strony ludzi z Kuźni i, mam nadzieję, że to się dało i da odczuć, vice versa.

Kimkolwiek jest przyszły Kardyś wyrzucający kurzyniec powinien wiedzieć, że wyrzucanie kurzyńca jest szlachetniejszym zajęciem niż starostowanie. Wszystkie fajne rzeczy powstają poza systemem, w rzeczywistości alternatywnej.

Tak się będzie tworzyło społeczeństwo obywatelskie w tym grajdołku i poza nim. Synergia zamiast konfrontacji, ewolucja zamiast rewolucji, współpraca zamiast ścigania. O ile oczywiście wcześniej wszystkiego szlag nie trafi i Puszcza Sandomierska nie wróci na swoje miejsce.

czwartek, 5 grudnia 2013

Gdzie kupić Chałwę?



W razie jakby ktoś szukał oryginalnego prezentu na święta dla teściowej, szefa albo tego buca co  mieszka piętro wyżej i zawsze puszcza Bałkanicę na fulla w piątek, niech zajrzy pod linki:

Do księgarni ,,Poezja'' - tam jest Chałwa zwyciężonym, jest i RED z Księgą wyjścia awaryjnego trza kliknąć tutej

Chałwa jest też dostępna w księgarni Frazy w Rzeszowie, mieście innowacji, korków i wielkiej cipy. Jeśli masz, drogi kliencie, upodobanie w którymś z powyższych, kliknij tutaj .[Uwaga, jak każde czasopismo literackie w Polszcze, Fraza boryka się z rzeczywistością i aktualizuje stronę z poślizgiem, więc książeczki nie widać]

Można też sięgnąć do źródeł, czyli do olkuskiego wydawcy TUTEJ, nie mam pojęcia, gdzie konkretnie trza kliknąć, wierzę, że Czytelnicy tego blo są bardziej ogarnięci ode mnie, co nie jest znowu takie trudne.

środa, 4 grudnia 2013

Lawina i kamienie, czyli neverending story (1)


Skończyłem czytać ,,Lawinę i kamienie'' Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Wrrrróć. Skończyłem słuchać. Bo to do słuchania książka była, przy wyrzucaniu gnoju i gnaniu zwierząt z pastwiska. Audiobooki są ostatecznym narzędziem emancypacji chłopa, bo może żywić, bronić i jeszcze książki wchłaniać.
Ale nie o to idzie. Książka lat temu parę była pisana nie tylko jako kawał porządny historii literatury, miała aktualną warstwę polityczną, która się zdezaktualizowała, a jednocześnie wątki, które się zaktualizowały na nowo.
Końcówka książki jest pomyślana jako głos w dyskusji o lustracji, która się była skończyła i nie ma temperatury dawnej. I tak gdy się czyta sążnistą rozmowę autorek z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim zaskoczonym informacją, że Herbert się z ubekami spotykał, chociaż nic im nie powiedział istotnego meritum tej rozmowy wydaje się mało istotne w perspektywie współczesnego dyskursu okołopolitycznego. Chociaż w perspektywie tegoż dyskursu skurwienia można się pozachwycać postawą Grudziskiego, który nie dość, że się spotyka z dziennikarkami Wyborczej, z którymi się nie zgadza zupełnie, nie dość, że rozmawia z nimi dwakroć i długo, to jeszcze na łamach prasy z tym wywiadem polemizuje. Mimo że mógł rozmowę w autoryzacji okroić, okaleczyć, trudne wątki i swoje zaskoczenia wyrzucić czy w ogóle posłać rozmowę do kosza. Zgodnie z prawem prasowym miał do tego pełne prawo. Klasa.
Uaktualniły się za to inne wątki. Na wykład wchodzi grupa rosłych młodzieńców, przerywa go głośnymi okrzykami i zarzuca prelegentowi, że nie rozliczył się ze stalinizmem, za który jest odpowiedzialny. Baumann na Uniwersytecie Wrocławskim? A guzik, Wiktor Woroszylski na tajnym wykładzie o poezji rosyjskiej w latach siedemdziesiątych. Młodzieńcy byli nasłani przez SB. Biedni narodowcy, nie dość, że ich istnienie Baumann przewidział w ,,Globalizacji'', zanim oni wiedzieli o jego istnieniu, to jeszcze ich metody i argumenty zostały wymyślone przez Służbę Bezpieczeństwa jeszcze przed narodzinami większości z nich. Smuteczek. Nie tylko ten incydent jest żywcem wyjęty ze współczesności, autorki cytują obficie komunistyczną prasę krytykującą utwory dysydentów ze środowiska KOR-u. Za każdym razem, kiedy krytyka jest prowadzona z punktu widzenia narodowego i patriotycznego, można zrobić kopiuj-wklejkę i wrzucić spokojnie na dowolny portal nacjonalistyczny czy innej tam Gazety Polskiej. Takie choćby atakowanie Konwickiego za babranie się w narodowych kompleksach, winach, wadach, etc. Już czterdzieści lat temu pisali mądrzy ludzie, że Konwicki tak nie powinien, bo społeczeństwo dużo wycierpiało i potrzebuje innego rodzaju sztuki, a nie ciągłego kajania się. Wystarczyłoby dodać modną we współczesnym prawicowym dyskursie frazę ,,pedagogika wstydu'' i recenzje mogłyby być publikowane też i dzisiaj. Przejęcie dyskursu endeckiego przez partię zauważył Miłosz bardzo szybko, a używanie ojczyzny jako wygodnej pały do lania bliźniego po łbie okazało się trwalsze niż partia i w ogóle chyba jest ponadczasowe. A do wątku Herbertowego jeszcze tu wrócę.

sobota, 30 listopada 2013

Krew jak wino. Euromajdan i wiersz Tarasa Malkowycza



Jest źle. Mówią, że do Kijowa przyleciały dwa samoloty OMON-u. Do autobusów jadących na Euromajdan nie wpuszczają kobiet. Pojawiają się apele, by nie przychodzić tam z dziećmi. Ljubow Jakymczuk pisze, że jeśli pójdzie, to tylko jeśli da radę z kimś zostawić syna i zabierze ze sobą kask. Ukraińcy są przekonani, że ich władza nie cofnie się przed niczym i autentycznie boją się tego, że wszystko skończy się rozlewem krwi i państwem policyjnym. Z drugiej strony, jak mówi Ljubow, ludzie są zjednoczeni, panuje nastrój euforii. Nigdzie nie ma partyjnych flag - tylko ukraińskie i unijne.

Do złych wieści - dobry wiersz. Taras Malkowycz. Jak mówi sam autor, wiersz w kontekście informacji o wydarzeniach może być symboliczny, bo bici i krwawiący ludzie chronili się dziś w Soborze Michajłowskim i to waśnie tam jest teraz drugi Euromajdan.

***
... i w ogóle
możemy zniknąć krusząc się na wszystkie strony
jak rozsypywany popiół
tylko że rozwiewać będą się plewy
bo jeśli chleb – to ciało Boga
a my stworzeni na jego podobieństwo,
to nasze ciało – chleb z plew
więc nie takie mocne
ale daje nam to możliwość
bycia giętkimi, bo kiedy zginamy się
albo uginamy
plewy naszych chlebowych ciał
mogą lekko i bez przeszkód krążyć
gnane winem, które jest nasza krwią
co prawda, czasem wino łączy plewy
i my dostrzegamy jedno w drugim, że
nasze wargi są ulepione z najbardziej przesiąkniętych z nich.

piątek, 29 listopada 2013

Euromajdan, czyli niestety, ale jest lepiej

Przede wszystkim trzeba odkryć tę dziejową prawdę - raz w historii stosunkó wzajemnych i nieodwzajemnionych ukraińscy poeci mają lepiej niż polscy. Podczasy gdy moi rówieśnicy w Ukrainie zaliczają już drugą rewolucję w ciągu jednego, krótkiego życia, roczniki osiemdziesiąte ( a dziewięćdziesiąte też zaczynają) narzekają na brak przeżycia pokoleniowego. Co najmniej, jakby praca za 1600 brutto przeżyciem pokoleniowym nie była, ale mniejsza. Trzeba powiedzieć sobie jasno: pod czysto literackim względem piszący Ukraińcy mają lepiej.
Pod innymi względami jednak - przerypane. 

,,Wszyscy, słyszycie, wszyscy, nie zapominajcie o naszym zjednoczeniu, jakiego dokonaliśmy w 2004. Euromajdan - to ponowne zjednoczenie naszych pragnień, naszej wiary, naszej miłości'' - pisze Lubow Jakymczuk. Znaczy, drodzy państwo, smuta. A tłumacząc to zdanie i w ogóle gmerając w komentarzach poetów ukraińskich do sytuacji miałem dziwne, trudne do opisania wrażenie. Bo wicie, rozumicie, jak się czyta polskie internety i prasę, to można nabrać przekonania, że żyjemy pod straszliwą okupacją, co to każe banany prostować, a dzieciątka nasze na drogi szatana sprowadza ucząc w przedszkolach, że chłopcy mogą bawić się w gotowanie. Zuo i piekła czeluści. A za tym kordonem wschodnim ludziom autentycznie na tym zależy. Serio, hasła takie jak ,,eurointegracja'' czy ,,zachód'' w ukraińskim dyskursie nie trącą jeszcze sztucznością czy egzaltacją. Nie są zgrane. To jest właśnie fajne w czytaniu ukraińskiej literatury i w ogóle do przykładania ucha do tego, co się tam dzieje. Ta kultura jest tak bliska, że idzie ją zrozumieć, a jednocześnie tak odmienna, że każe popatrzeć na wszystko z boku, z góry, a czasem z ukosa i sobie przenicować różne rzeczy. 

Możliwości są dwie: albo Ukraińców pogięło z tą Unią, albo my malkontencimy na potęgę. Raczej to drugie, niestety. 
Obawiam się, że doszło do tragedii. U nas jest dobrze. To za oknami, to właśnie jest ,,dobrze''. Innego ,,dobrze'' może już nie być. Innego śmietnika odzyskanego ogarniać nam dane nie będzie.



Edit:

Już po popełnieniu tej noci milicja brutalnie rozpędziła Euromajdan. Jakby jeszcze ktoś miał ochotę zestawiać Majdan z Marszem Niepodległości, to zapraszam. 


wtorek, 26 listopada 2013

Taras Malkowycz: ,,A ja tak marzyłem, żeby zobaczyć wszystkie sny''

A w Ukrainie Euromajdan. W Kijowie znów oddziały specjalne milicji rozbijają miasteczko namiotowe, ludzie koczują na zimnie, znów władza robi różne dziwne prowokacje.

,,Zostałem poproszony o poczytanie wierszy na Euromajdanie. I dosłownie przed chwilą Janusz Radwański przysyła mi tłumaczenie jednego z nielicznych moich wierszy, które mógłbym tam przeczytać, gdyby zaszła taka potrzeba. Przekład na polski jest na czasie jak nigdy - wiersz mogą teraz przeczytać koledzy w Eurosojuzie'' - pisze Taras Malkowycz na swoim FB.

No to, koledzy z Eurosojuzu, czytajmy, bo chwilowo niewiele więcej można zrobić dla bitych i zmarzniętych.

********
A ja tak marzyłem, żeby zobaczyć wszystkie sny
tłumacza-Kartagińczyka z tatuażem -
rozpostartymi skrzydłami papugi.
Wyobrażałem sobie, że zasypiam
i widzę go
papuzie skrzydła rozłożone ale
na prawym brakuje piór
Co drugie jest wyrwane
jak czarne i białe klawisze pianina
namalowane na czarnym tle
Pytam tłumacza:
„twoja papuga ma rozpostarte skrzydła-
kartagińskim zwyczajem ty pewnie
znasz więcej niż jedną mowę”?
„Tak, mówi, znam trzy”
„A czemu skrzydło papugi wyskubane?” - pytam.
„To mnie tak ukarano” mówi. Pewnego razu
poproszono mnie o tłumaczenie nabożeństwa
w cerkwi, gdzie pop był jąkałą
Zacząłem tłumaczyć i nagle zrozumiałem
że boję się coś przekręcić. Starałem się
zacinać tyle razy, ile on
a jak doszedł do słów „Zmiłuj się nad nami”
zobaczył łzy na ikonie.
Moje plecy zabolały,
jakby co kilka milimetrów
wyrywali z niego maleńki pasek skóry
A kiedy wróciłem do domu
żona powiedziała o tym, co widzisz teraz ty:
papuga na moich plecach ma wyrwane pióra z prawego skrzydłami -
jedno pióro za każde przeciągnięte przeze mnie słowo nabożeństwa.

niedziela, 24 listopada 2013

Brzydota nasza pospolita


Co się na Hudakach działo, tego oko nie widziało, ucho nie słyszało, a wątroba nie przerabiała. I ja tam byłem, nic nie piłem, bo prowadziłem, a co widziałem i słyszałem, tego na stu skórach wołowych by nie spisał, bo to nie jest temat na skóry wołowe. To jest temat na musical katastroficzny i to oscarowy.
Sława tym, którzy zrobili w sobotę coś wymagającego energii. Sława Szymkowi, który poprowadził następnego dnia Kuźniowe warsztaty o bębnach dla dzieci. Ojczyzna mu tego nie zapomni.

O tym, do czego są urodziny hudackie pisał Pewien Znany Mazur na Twarzoksiążce. ,,Tego wieczoru zobaczyliśmy po raz kolejny, że można tworzyć rzeczy dobre i piękne, że prócz wrzeszczącego i zadławionego chęcią zysku, głupotą i marazmem świata istnieje coś jeszcze.''

Pryz okazji impreza to okazja do przypomnienia i przemyślenia sobie znanej i nieznanej muzyki łemkowskiej. Wychodzi mi na to, że wszystkie piosenki o miłości czy innych nieszczęściach ruszają mnie mniej niż standard ,,Dobri w Hameryci''. Musiałem byłem zrobić sobie szybką autopsychoanalizę, bo to objaw niepokojący. Wszystko w porządku. Idzie o tekst.

,,Dobrze w Ameryce, jak idzie robota
ładnie się ubierzesz, jak przyjdzie sobota
Ładnie się ubierzesz, ładnie się umyjesz
bo ty się nie boisz, że ci w polu gnije
że ci w polu gnije, że woda zabierze...''

Mieszanka radości i tęsknoty w piosence łapie mnie za serce, ile razy to słyszę. To jest jeden z nielicznych w sumie kawałków, w których mowa bardzo wprost o tym, z czego kultura ludowa wyrastała, a wyrastała, z głodu, biedy i niedoboru wszystkiego. Wszystko, co w niej fajnie i niefajne bierze się z braku albo przeciwko brakowi jest wymierzone.

Na przykład brzydota wsi potransformacyjnej. Te wszystkie sajdingi. Kostki. Dostawiane i pasujące jak gówno do buta kolumienki. Przyklejane do kostek typowogierkowskich wieżyczki ze śwagrem z pustaków uklejone. Wszystko to jest, owszem, brzydkie, ale nie do końca. Bo jak się spojrzy na te brzydactwa jak na manifestację stanu względnej sytości, efekt pierwszego w historii polskiej wsi czasu, gdy widmo głodu, takiego podstawowego i fizycznego nie jest czymś powszechnym, to robi się cieplej na duszy. Czulej się patrzy na to wszystko, jak się pomyśli, że za takim tympanonikiem ni w pizdę ni w oko stoją setki lat niedojadania, chłodu i, przeważnie, niewoli.

Na Kielecczyźnie pod koniec XX stulecia, jak się ludzie dorabiali na truskawkach i saksach, powstał zwyczaj budowania domów dużych i murowanych, meblościankami nowiutkimi meblowanych i w kolorowe telewizory wyposażanych i gnieżdżenia się w starych chałupach i letnich kuchniach. Odświętne domy otwierano na święta, uroczystości rodzinne typu ślub, komunia albo pogrzeb i jak ktoś przyjechał.

Już za około stu lat takie domy będą w skansenie w Kolbuszowej. Obok chałupek obitych sajdingiem i gargameli z pustaków. I nikogo to nie będzie oburzać, tako wieszczę AD 2013, pamiętaj o tym, droga potomności.