Z okazji rocznicy porozumień sierpniowych i niusa o engryberdsach wpadłem w jesienną zadumę. W niusie o engrybrdsach chodzi o to, że ludność tubylcza w Bolandzie dziwi się, że musi towar wyszukiwać, o towar zabiegać, towar układami towarzyskimi pozyskiwać, w kolejce stać i w ogóle, że nasz biedakapitalizm wygenerował im sytuację jak nasz biedakomunizm, chociaż chodziło tylko o maskotki w promocji, a nie o srajtaśmę.
Niespodzianka nie powinna być taka niespodziana, bo to, że teraz się stoi w kolejce po engryberdsy, a nie po srajtaśmę, nie znaczy, że sytuacje się przestały generować. A guzik!
Robił ja ostatnio materiały edukacyjne dla dzieci na zlecenie Firmy. W materiałach miało być o tym, że owoce i warzywa zdrowe są. Ale nic o tym, że są zdrowe być jednocześnie nie mogło, bo Firma nie miała np. badań dowodzących, że jak zjemy kilo selera, to nie umarniemy marnie, tylko żyć będziemy nawitaminizowani jak wagon Nimm2. I któś mógłby Firmę pozwać. Więc oczywiście językiem Ezopowym, mową aluzji, międywierszową szeptaniną o zdrowotności warzyw trzeba było pisać, jak normalnie jacyś Filomaci, Filareci i inni Filateliści. Inną razą musiałem dokonać autocenzury i wykreślić z materiałów wzmiankę o kotach pijących mleko, bo Firma mleka nie produkuje, więc i promować go nie będzie. I inne takie wesołe wesołości.
I oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie tego cenzurą, bo pracując dla klienta mam obowiązek przyjmować jego uwagi i ja się z tym zgadzam - uwaga klienta, choćby najbardziej absurdalna, jest święta. Ale właściwie, dlaczego nie? Czemu ograniczanie tego, co powiedzieć można ze względów politycznych ma być czymś innym, niż ograniczanie ze względu na to, kto nam i za co płaci albo za co nas może pozwać? W czym polityka miałaby być lepsza od ekonomii?
Warto nad tympodumać tym bardziej, że sytuacja jest kuriozalna. Prezydenta można spokojnie nazywać ruskim pachołkiem, o premierze mówić, że zamordował pospołu z Putinem prezydenta byłego i żyć sobie jak pączek w maśle, łażąc od jednej niepokornej redakcji do drugiej. Można jęczeć, że żyjemy w dyktaturze i za to jęczenie dostawać fajne pieniądze. Nie można natomiast napisać, że w tatarze Sokołowa jest chemia, bo kajdany, kibitka i Sybir, panie. Jest dokładnie tak - granic wolności słowa nie wyznacza już cenzor czy jakiekolwiek polityczne uwarunkowania, tylko zasobność portfela delikwenta i korporacji naokoło.
Tak że tego, panie dzieju, są engryberdsy i srajtaśma, a wolności, cóś mi się zdaje, tyle, co zawsze było. A w moim przypadku nawet jeszcze mniej, bo za komuny to ja se nawet mogłem lekarkę obsikać na przeglądzie dwulatka i nikt mi nic nie mówił. A teraz bym spróbował!
sobota, 31 sierpnia 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
Taras Malkowycz ***(Możliwe, że urodził się podsłuchiwaczem telefonicznych rozmów)
Tarasa Malkowycza czytelnicy tej stronki znają, więc bez szczypania zapodaję drugi tekst tego autora z wydanej w 2013 książki ,,Ten, kto lubi długie słowa''. Tarasa będzie można posłuchać w grudniu w Krakowie na żywo, poprzednio zapomniałem dodać. Szczegóły, jak będą, to będą.
********
Możliwe, że urodził się podsłuchiwaczem telefonicznych rozmów
pił i słuchał
rozumiał mechanizm
czuł jak telefoniczne kable
stają się mimowolnymi świadkami drżeń głosów
nie na darmo małe dzieci czasem przyczepiają je sobie
bawiąc się w ogoniaste diabełki
Tak, coś w tym jest, dzieci nie wiedzą,
że te kable, zanim odcięli je od słuchawek
były wypełnione ludzkimi sprawami
które potem przesączały się przez dziurki na ich końcach
i wylewały w dźwiękach dzwonków na pasach,
którymi przepasują się mali kolędnicy
ich dźwięki przypominały dźwięk dzwonka
starego telefonu
Potem temu podsłuchiwaczowi wybili okna
Później pił i słuchał
jak wiatr dzwoni w kawałkach okiennego szkła
Ale nie usłyszał,
co zadźwięczało w odpowiedzi
Czy można przełożyć ,,małankę'' jako jasełka? Chiba tak, dzięki temu tekst ludzie spoza ukraińskiej (białoruskiej, rosyjskiej) diaspory skumają bez przypisu, a i sam autor ucieszył się na wieść, że w Polsce jest podobny zwyczaj. Dzieci chodzą po domach, przebierają się i dostają łakocie. Coś Wam to przypomina? Ha, Słowianie mieli Halołiny zanim to było modne.
Edit: słuszna uwaga anonima, że odpowiednikiem małanki jest raczej kolędowanie, biję się w piersi, bo kolędowanie miałem na myśli, a mózg mi wyrzucił jasełka.
środa, 28 sierpnia 2013
Dziadek dedykowany do orzechów
Skaner dedykowany do fotografii. Samochód dedykowany do transportu miejskiego. Papier dedykowany do dupy. Jeszcze trzy-cztery lata temu dedykowany mógł być utwór, dzieło artystyczne. Tako rzecze SJP PWN, tako rzecze Doroszewski. Ale tak ze dwa-trzy lata temu dedykowane zaczęły być różne sprzęty. Na to słówko zacząłem trafiać właśnie w opisach rozmaitych urządzeń. Nie przypuszczałem, że ten idiotyzm zrobi taką karierę, ale dzisiaj pani w aptece użyła zwrotu tran dedykowany dla dzieci i w tym momencie rozwarło się sklepienie przybytku owego i przyszedł jasny szlag i wziął i mnie trafił.
Jak coś ne funguje, to znaczy, że wina systemu. Jasne, w pierwszym odruchu ukułem taką teorię. Oto dawno, dawno temu polscy biedapracodawcy zlecali tłumaczenia zagramanicznych opisów sprzętów studentom anglistyki nieznającym polskiego. Albo jeszcze inaczej - w ramach oszczędzania na tłumaczeniu zlecali to pierwszemu lepszemu pracownikowi sklepu foto, który wpisał sobie w CV znajomość angielskiego, polski znając jedynie w stopniu komunikatywnym. Albo sami tłumaczyli, polszczyznę znając głównie biernie. I tak oto znalazłem dowód na kolejną zbrodnię kapitalizmu przeciwko ludzkości, ale cóś mnie tknęło. Wpisałem frazę dedicated scanner w google translate. Maszyna wypluła skaner dedykowany.
Prawda jest straszna. Polszczyzny nie niszczy tylko biedakapitalizm. Niszczy ją biedakapitalizm i tłumaczący globalny robot. Bunt maszyn, normalnie. Dedykowanych do rozdupcania języka.
Jak coś ne funguje, to znaczy, że wina systemu. Jasne, w pierwszym odruchu ukułem taką teorię. Oto dawno, dawno temu polscy biedapracodawcy zlecali tłumaczenia zagramanicznych opisów sprzętów studentom anglistyki nieznającym polskiego. Albo jeszcze inaczej - w ramach oszczędzania na tłumaczeniu zlecali to pierwszemu lepszemu pracownikowi sklepu foto, który wpisał sobie w CV znajomość angielskiego, polski znając jedynie w stopniu komunikatywnym. Albo sami tłumaczyli, polszczyznę znając głównie biernie. I tak oto znalazłem dowód na kolejną zbrodnię kapitalizmu przeciwko ludzkości, ale cóś mnie tknęło. Wpisałem frazę dedicated scanner w google translate. Maszyna wypluła skaner dedykowany.
Prawda jest straszna. Polszczyzny nie niszczy tylko biedakapitalizm. Niszczy ją biedakapitalizm i tłumaczący globalny robot. Bunt maszyn, normalnie. Dedykowanych do rozdupcania języka.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Psy 4, czyli ultimatum,
A pani na poczcie mówi, że w paczce nie można wysyłać broni, materiałów wybuchowych, fajerwerków ani żywych zwierząt. Co mi przypomina o ważnej rzeczy.
Psy oddam w dobre ręce. Niestety, na razie konwencjonalne sposoby oddawania nie przyniosły spodziewanych efektów – cztery psy przybłąkane się rozeszły, pięć zostało. A nie po to upilnowałem swoją sukę, od defloracji jak oka w głowie strzegąc, żeby pięć psów dwumiesięcznych mieć na stanie, o nie.
Więc drodzy Czytelnicy – to już nie są psy. To są zakładnicy. Jeżeli do 1 września, do pamiętnej i tak bolesnej dla wszystkich Polaków rocznicy pójścia każdego z nas do szkoły, nie znajdzie się przynajmniej jedna osoba chcąca przygarnąć psiaka, zasób bębnów (bębenków, bo to szczeniaki) obręczowych używanych przez Hadrę zacznie się zwiększać, jeśli wiecie, o co chodzi. I tak co tydzień. Ultimatum zostało przedstawione.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Dziennik wyprawy do Ślązaków
Pracowity i
pobożny lud śląski ma różne osobliwe zwyczaje. Na przykład nie
pije alkoholu na podwórku.
A w witrynach
sklepów umieszcza krótkie formy wierszowane. „Strzelając tuby na
różne okazje” - brzmi jak początek jakiegoś eposu, ta urocza
oldskulowa inwersja, bo przecież taki zdanie powinno iść w szyku
zdania złożonego jako drugie najwcześniej, co nie? Co z tego, że
brzmi bez sensu. Może nasze czasy dobrze opisze epos, który będzie
bez sensu?
piątek, 23 sierpnia 2013
Aleja Trzech Druidów, czyli ostatnia wioska Galów
Zaczęło się od zdania ,,Jak przyjadę do Polski, to się pouczę polskiego, bo głupio chociaż trochę nie znać'' i mojej pierwszej myśli, że oj tam, oj tam, tylu Polaków ma z tym językiem problemy i żyje. Chociaż owszem, fajnie umieć coś w języku sąsiadów, a porozumiewanie się po angielsku ze Słowianami to obciach.
Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno obciach? Czy patrzenie z wyższością na ludzi, którzy żądają w czeskim Cieszynie menu po angielsku nie wynika z jakiegoś folkowo-słowianofilskiego snobizmu. Biję się w piersi i robię rachunek sumienia. Wynika.
Gadanie z czeskimi kelnerami po angielsku to postawa racjonalna. Jeszcze sto lat temu z ogonkiem Edward Sapir przekonywał, że angielski nie nadaje się na język uniwersalny, bo jest w nim zbyt wiele kategorii niemających żadnego wykładnika formalnego, a zatem niedostępnych dla kogoś, kto nie jest native-speakerem. Tak jest na przykład z kategorią rodzaju - u nas, jak coś ma końcówkę -a, to wiadomo, że baba, przynajmniej gramatycznie. W angielskim tak nie ma i póki nie obejrzymy Sensu życia według Monty Pythona z napisami nie wiemy, że death jest po angielsku rodzaju męskiego. A jakiego rodzaju jest np.puzon? Za czorta się nie dowiemy. Sapir nie przewidział powstania simple english. Jak to było możliwe przy jego wkładzie w językoznawstwo, nie wiem, ale nie przypuszczał, że takie kategorie, jak rodzaj gramatyczny będą użytkownikom zbędne, podobnie jak np. te wszystkie dziwne angielskie czasy. Nieangielscy użytkownicy stworzyli simple english, możliwe, że jeden z najpopularniejszych języków na Ziemi. Tuż po angielskim, zwłaszcza w wersji simple jest mandaryński Potem jest hindi, potem arabski, na piątym miejscu hiszpański. Polski i ukraiński są na 26 i 27 miejscu najczęściej używanych języków, daleko za kantońskim (13 miejsce) czy wietnamskim (12), niedaleko za tureckim (21).
Jeśli za dwa tysiące lat będzie jeszcze jakieś inteligentne życie na ziemi i jeśli będzie zajmować się przeszłością, to zainteresowanie tego życia skupi się najwyżej na pierwszej piątce języków. Z tej perspektywy przekładanie wierszy z polskiego na ukraiński albo na odwrót czy w ogóle walka o czytelnika posługującego się tymi językami nabiera rysu takiej szlachetnej donkiszoterii. Owszem, urocze, ale na dłuższą metę bez sensu albo na odwrót - owszem, bez sensu, ale urocze. Jesteśmy w miejscu, w którym byli galijscy druidzi czy tam inne Kakofoniksy. Siedzimy na obrzeżach Imperium i śpiewamy dla garstki ocalałych jeszcze Galów, podczas gdy mainstream cywilizacji dzieje się gdzie indziej. Aleja Trzech Wieszczów w Krakowie to powinna być Aleja Trzech Druidów.
Co mi przypomina o druidzie Mickiewiczu. Nie wiem, czy cały ten mesjanizm, poza przyczynami oczywistymi, jak leczenie porozbiorowych traum i kompleksów nie miał przypadkiem źródeł we właściwym rozeznaniu sytuacji - Polska z roli kulturowego, powiedzielibyśmy dzisiaj, trendsettera w XVI wieku przeszła do roli papugi narodów. Galowie przy ognisku, Siouxowie zasłuchani w szamana, etc. Mickiewicz i w ogóle romantycy (bo co miał na myśli Norwid mówiąc, że bronią języka-arcydzieła?) zdawali sobie sprawę z tego, że kultura musi być konkurencyjna. Podoba mi się Mickiewicz z Ksiąg narodu i pielgrzymstwa, bo w nich jednym z głównych problemów jest pytanie, co Polacy mogą wnieść do kultury ludzkości. Co unikatowego, niepodrabialnego. Mickiewiczowi wyszło, że idea wolności. A co powinno wyjść teraz?
Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno obciach? Czy patrzenie z wyższością na ludzi, którzy żądają w czeskim Cieszynie menu po angielsku nie wynika z jakiegoś folkowo-słowianofilskiego snobizmu. Biję się w piersi i robię rachunek sumienia. Wynika.
Gadanie z czeskimi kelnerami po angielsku to postawa racjonalna. Jeszcze sto lat temu z ogonkiem Edward Sapir przekonywał, że angielski nie nadaje się na język uniwersalny, bo jest w nim zbyt wiele kategorii niemających żadnego wykładnika formalnego, a zatem niedostępnych dla kogoś, kto nie jest native-speakerem. Tak jest na przykład z kategorią rodzaju - u nas, jak coś ma końcówkę -a, to wiadomo, że baba, przynajmniej gramatycznie. W angielskim tak nie ma i póki nie obejrzymy Sensu życia według Monty Pythona z napisami nie wiemy, że death jest po angielsku rodzaju męskiego. A jakiego rodzaju jest np.puzon? Za czorta się nie dowiemy. Sapir nie przewidział powstania simple english. Jak to było możliwe przy jego wkładzie w językoznawstwo, nie wiem, ale nie przypuszczał, że takie kategorie, jak rodzaj gramatyczny będą użytkownikom zbędne, podobnie jak np. te wszystkie dziwne angielskie czasy. Nieangielscy użytkownicy stworzyli simple english, możliwe, że jeden z najpopularniejszych języków na Ziemi. Tuż po angielskim, zwłaszcza w wersji simple jest mandaryński Potem jest hindi, potem arabski, na piątym miejscu hiszpański. Polski i ukraiński są na 26 i 27 miejscu najczęściej używanych języków, daleko za kantońskim (13 miejsce) czy wietnamskim (12), niedaleko za tureckim (21).
Jeśli za dwa tysiące lat będzie jeszcze jakieś inteligentne życie na ziemi i jeśli będzie zajmować się przeszłością, to zainteresowanie tego życia skupi się najwyżej na pierwszej piątce języków. Z tej perspektywy przekładanie wierszy z polskiego na ukraiński albo na odwrót czy w ogóle walka o czytelnika posługującego się tymi językami nabiera rysu takiej szlachetnej donkiszoterii. Owszem, urocze, ale na dłuższą metę bez sensu albo na odwrót - owszem, bez sensu, ale urocze. Jesteśmy w miejscu, w którym byli galijscy druidzi czy tam inne Kakofoniksy. Siedzimy na obrzeżach Imperium i śpiewamy dla garstki ocalałych jeszcze Galów, podczas gdy mainstream cywilizacji dzieje się gdzie indziej. Aleja Trzech Wieszczów w Krakowie to powinna być Aleja Trzech Druidów.
Co mi przypomina o druidzie Mickiewiczu. Nie wiem, czy cały ten mesjanizm, poza przyczynami oczywistymi, jak leczenie porozbiorowych traum i kompleksów nie miał przypadkiem źródeł we właściwym rozeznaniu sytuacji - Polska z roli kulturowego, powiedzielibyśmy dzisiaj, trendsettera w XVI wieku przeszła do roli papugi narodów. Galowie przy ognisku, Siouxowie zasłuchani w szamana, etc. Mickiewicz i w ogóle romantycy (bo co miał na myśli Norwid mówiąc, że bronią języka-arcydzieła?) zdawali sobie sprawę z tego, że kultura musi być konkurencyjna. Podoba mi się Mickiewicz z Ksiąg narodu i pielgrzymstwa, bo w nich jednym z głównych problemów jest pytanie, co Polacy mogą wnieść do kultury ludzkości. Co unikatowego, niepodrabialnego. Mickiewiczowi wyszło, że idea wolności. A co powinno wyjść teraz?
środa, 21 sierpnia 2013
Przedwczesne komórki rakowe
Na ogół jestem miły dla telesprzedawców. W każdym razie nie rzucam kurwami, pytanie, skąd mają numer to zwyczajowy szczyt mojej perfidii, bardzo zresztą rzadki. Ten system jest tak skonstruowany, że jest mnóstwo ludzi, których można bezkarnie opierdalać (ludzie pracujący na słuchawkach, kelnerzy, hostessy, dziennikarze), a nikogo opierdalać ni ma sensu. Więc kiedy dzwoni telesprzedawca pamiętam, że jest ofiarą tego systemu i w ogóle, że w systemie oszukańczej sprzedaży kołder za tryliard złotych czy innych cudowności jest nie dla własnej przyjemności ani z własnej woli, pamiętam, że kiedyś, w lepszym świecie to szefowie szefów tych ludzi będą za karę spać pod tymi kordłami i leczyć się magicznym elektronapierdalatorem usuwającym kurzajki.
No właśnie, a'propos elektronapierdalatora - zadzwoniło dziewczę i zaczęło namawiać mnie na wyjazd do Medyni Głogowskiej na badania magicznym czymśtam prądowym leczącym wszystko (z wyjątkiem akurat jąkania, co by mnie żywo interesowało) i wrodzona ciekawość wzięła górę. Po informacji, że aparat wykrywa, cytuję ,,przedwczesne komórki nowotworowe'', nie wytrzymałem i zapytałem: ,,Ale jak to przedwczesne''?
Czyżby aparat rozróżniał raki na przedwczesne i raki w sam raz? Czyżby człowiek mógł wyjść z aparatu z wynikiem fenomenalnym, a potem zawinąć się w pół roku, bo aparat uznał, że jego komórki nowotworowe nie są przedwczesne, wręcz przeciwnie, są w sam raz i najwyższy czas na ciebie, dziadu?
Pytanie zbiło panią z tropu i zakończyło ciekawie zapowiadającą się wymianę myśli.
No właśnie, a'propos elektronapierdalatora - zadzwoniło dziewczę i zaczęło namawiać mnie na wyjazd do Medyni Głogowskiej na badania magicznym czymśtam prądowym leczącym wszystko (z wyjątkiem akurat jąkania, co by mnie żywo interesowało) i wrodzona ciekawość wzięła górę. Po informacji, że aparat wykrywa, cytuję ,,przedwczesne komórki nowotworowe'', nie wytrzymałem i zapytałem: ,,Ale jak to przedwczesne''?
Czyżby aparat rozróżniał raki na przedwczesne i raki w sam raz? Czyżby człowiek mógł wyjść z aparatu z wynikiem fenomenalnym, a potem zawinąć się w pół roku, bo aparat uznał, że jego komórki nowotworowe nie są przedwczesne, wręcz przeciwnie, są w sam raz i najwyższy czas na ciebie, dziadu?
Pytanie zbiło panią z tropu i zakończyło ciekawie zapowiadającą się wymianę myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


