sobota, 7 lipca 2018

Kalenberek-podsumowanie

O. pyta, i to zupełnie serio, czy można pogodzić się z porażką. ja jej odpowiedziałem też zupełnie serio, ale to na falach privu, tam, gdzie nikt nie zagląda jeszcze bardziej niż tutaj.
I jakoś tak z myślenia nad odpowiedzią przeszło mi się do podsumowania roku życia książki i mojego, bo to Kalenberkowi stuknie niedługo rok, a mnie trochę dłużej.

Przez ten rok książka doczekała się czterech dobrych recenzji i jednej sympatycznej wzmianki, a też i jednej rozmowy. Cztery razy czytałem ją na żywca - Warszawa, Kraków, Rzeszów i Mielec. Jak na polskie warunki - i tak nieźle.

Kalenberek ugruntował moją pozycję w niszy chłopacy z zadupia piszący rymowanki o dzieciach i wierzętach. Nie jest to może jakaś szczególnie prestiżowa nisza, ani też specjalnie oblegana przez kolezenstwo po piórze. Ale, do licha, jest moja i na tyle, na ile mogę, będę się po niej rozglądał. Tyle, ile się da w niej zrobię, potem wrócę do chałupy i obiore ziemniaki. Bo nisza niszą, sztuka sztuką, ale ziemniaki ziemniakami.

Tak to mniej więcej widzę, droga O., z tym godzeniem się.

piątek, 15 czerwca 2018

Jak zrobić muzykę ludową

Więc to było tak: Jan Cebula grał na skrzypcach oberka. Ja się go nauczyłem na harmonijce, oczywiście, prościej i inaczej, bo jednak inne dźwięki dobrze leżą na skrzypcach, a inne na harmonijce - np. przejście z E na Fis na skrzypcach to jeden ruch palca, na organkach diatonicznych to już konieczność wykonania podciągu, a na tremolo w stroju C tego dźwięku ni ma. Po roku od grania z Cebulą zagrałem go Wojtkowi, jageśmy grali w składzie: akordeon plus basy. Oczywiście zagrał go inaczej, a do tego doszła ogrywka improwizowana, bo przy próbach nauczenia się ogrywki pierwotnej taka się zrobiła. W efekcie powstał oberek podobny do wyściowego, ale inny, nowy, taki z 2018. Ale jakby co, to moje dzieci wiedzą, że jeśli za 70 lat jaki badacz wsi będzie je pytał, mają iść w zaparte, że na Kalenberku grali go, odkąd pamiętają. Z resztą to jest mniej więcej prawda. 
Badacze wsi uwierzą, bo, umówmy się, badacze wsi szukają takich rzeczy, a jak czegoś szukają, to i zawsze znajdą. Tylko Wy będziecie wiedzieli, jak jest naprawdę. 

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Jak odnaleźć sens życia za pomocą warsztatów zdobienia serów kozich

Dużo ostatnio myślę o sensie wszystkiego. Na przykład sensie warsztatów tańczenia kozich serów i wędzenia oberków. Przerabiania starych stodół na nowe agroturystyki. I tak dalej.
Że to wszystko wynika z tęksnoty za niezapośredniczonym, prawdziwym doświadczeniem. Tęsknoty niemożliwej, bo ze stanu samoświadomości i kompetencji kulturowych przefiltrowujących każde doświadczenie przez teksty kultury nie da się wyjść ot tak, po prostu, zabrawszy swoje zabawki, płaszczyk i czapeczkę. Człowiek z przebodźcowanym mózgiem nie jest w stanie już siedzieć i po prostu patrzeć w trawę przed sobą, którą zjada jego krowa.
W sumie jest to coś w stanie kultu cargo - w kulturze, w której siedzenie i patrzenie albo po prostu siedzenie i doświadczanie rzeczywistości było możliwe, wędziło się oberki i tańczyło kozie sery, spało w stodole nieprzerobionej na agroturystykę. W związku z tym wytwarza się w ludziach przekonanie, że jeśli będa odpowiednio długo wędzić oberki, to będą mogli też siedzieć i patrzeć i tej rzeczywistości doświadczać tak se ło. 
Może i tak, może i nie. Oberki same w sobie są tylko ruchem po kole, podobnie jest z tańczeniem serów kozich. I jedno, i drugie to jest nic bez całego zaplecza, wyrwane z kontekstu są tylko robieniem kółek i dymieniem, albo robieniem kółek z dymu. Zaplecze tego całego wędzenia stodoły i spania w oberku jest wizja świata, w którym są rzeczy ostatecne, sąd, niebo i piekło, dlatego to, co się robi, choćby było to głupie tańczenie koziego sera, ma znaczenie, dlatego rzeczywistość sama w sobie jest wystarczająco cieakawa, bo za nią się chowają rzeczy wieczne i nieodwołalne. 

Nie wiem, czy da się do tego dotrzeć przez wędzenie oberków. Możliwe, ale na pewno nie przez samo w sobie. Pamiętajcie o tym, tańcząc sery. 

piątek, 18 maja 2018

Po co czytać wiersze, czego to uczy i w ogóle.

Miało o tym być w notce poprzedniej, ale poprzednia miała być bardziej informacyjna i marketingowa, bo, wiadomo, trzeba robić propagandę, ma być frekwencja i tak dalej. No bo frekwencja jest miernikiem czegoś na pewno, kiedyś się dowiemy, czego. Kiedyś będzie nam to ukazane, na razie robimy frekwencję, bo tak. 

A miało być w tej notce o tym, czego mnie nauczył Radek Wiśniewski. A nauczył mnie między innymi, żeby nie pić niczego z lodówki w pokoju hotelowym, czyli rzeczy bardzo przydatnej, o ile oczywiście jeszcze kiedykolwiek w życiu będę w hotelu z lodówką. 

Ale do ad remu. Spotkanie rzeszowskie z Radkiem przypada w drugiej połowie mistrzostw świata w piłce. Mistrzostwa odbywają się w Rosji. Przypadek? Nie sądzę. Pomyślmy o tym tak, jak pomyślałby Zenon Kałuża, podmiot liryczny ostatniej Radkowej książki. 

Zenon (tak to sobie wyobrażam, to nie Radkowy Zenon, to mój Zenon zinternalizowany, wskutek czytania Radkowego Zenona wytworzony) pomyślałby sobie o olimpiadzie w Berlinie, w 1936. I zaraz złapałby się na banalności tego skojarzenia. A potem zacząłby drążyć. 

Sprawa nie jest taka prosta. Kiedy ogniem pryniesionym z Grecji zapalali znicz w Berlinie, od trzech lat funkcjonował już KL Dachau. Już obowiązywały przepisy ograniczające prawa Żydów. Ale nikomu nie przychodziło jeszcze do głowy, jak to wszystko się skończy. Chyba że ktoś czytał Adolfowego twittera i brał wszystkie wpisy na poważnie. 

Zenon Kałuża zadałby sobie pytanie, jak Putin AD 2018 w porównaniu z Adolfem w 1936 wypada. A wypada nieciekawie. Od czterech lat trwa wojna Rosji z Ukrainą. Nie znamy dokładnej liczby ofiar, najostrożniejsze szacunki mówią o kilkunastu tysiącach zabitych, dziesiątkach tysięcy okaleczonych i ok. dwóch milionach uchodźców wojennych. Od trzech lat rosyjskie samoloty bombardują Syrię. Nikt nie ma pojęcia, ilu ludzi w ten sposób zabiły, nikt po prostu tego nie liczy. 

O jakimś bojkocie mistrzostw nieśmiało zaczęła przebąkiwać Wielka Brytania po tym, jak Władimir Władimirowicz użył broni chemicznej na jej terenie, żeby zabić dwoje ludzi. Bojkot miał polegać, o ile pamiętam, na niewysyłaniu do Rosji delegacji takiej oficjalnej z rojal bejbisami na trybuny. Członkowie rodziny królewskiej będą oglądać mecze  na plazmie w pałacu, żeby Putin wiedział, że nieładnie mordować ludzi. 

Oczywiście nikt nie myśli o tym, żeby nie wysyłać piłkarzy. Każdy z tych facetów to przecież biegająca przestrzeń reklamowa ich dziewczyny to przestrzeń reklamowa, to szansa na sprzedaż rzeczy, to szansa na wytworzenie w ludziach nowych potrzeb posiadania. Nikomu nie opłaca się tej maszyny zatrzymać, zresztą żadnego życia by to nie uratowało, co najwyżej poczucie godności, które bierze się z nazywania morerców mordercami a morderstwa - morderstwem. Nie wiem, czy mając to poczucie człowiek jest szczęśliwszy, niż patrząc, jak jego drużyna wchodzi do jednej ósmej finału. Nie wiem, czy ktoś przeżył obie te rzeczy i jest w stanie porównać. Może Zenon Kałuża wie? Spytam 29 czerwca. 

poniedziałek, 14 maja 2018

Radek Wiśniewski 29.06. w Rzeszy!

Młyny mełły, mełły, ale zmełły. With a little help from my friends (no dobra, Staszek Dłuski ogarnął wszystko) udało się - 29 czerwca Radek Wiśniewski będzie czytał wiersze w Jameson Pubie w Rzeszowie. Będę go pytał o rózne rzeczy. O wiersze też, ale nie tylko. 

Bo z Radkiem to jest tak, że w latach 90. rozkręcił w maleńkim Brzegu Stowarzyszenie Żywych Poetów, które żyje do dzisiaj. I wydawał w małym miasteczku kwartalnik literacki o ogólnopolskim zasięgu i co najmniej środkowoeuropejskim poziomie. I czytał wiersze więźniom. I wciągnął poetów w pomoc tybetańskim uchodźcom i więźniom politycznym zamiast, jak normalny człowiek, kibicować naszym na olimpiadzie w Pekinie. Wydaje książki prozatorskie i poetyckie ludzi różnych zamiast wydawać piniondze. Jeśli jest jakaś przegrana sprawa na tym świecie, to możesz być pewny, że Radek jej kibicuje, co w zasadzie w dużej mierze wyjaśnia jego przywiązanie do poświęcania czasu i energii polskiej literaturze. 

Taki też jest Zenon Kałuża, podmiot liryczny ostatniej Radkowej książki. 

I Radka, i Zenona, będę pytał o to, jak żyć. 

Będzie dużo radości. 

Czekajcie na dalsze instrukcje. 

środa, 9 maja 2018

Jak zrobić wiersz o wsi

A żem z Maćkiem Frońskim i Zytą Bętkowską wiersze oceniał. O wsi. I napisaliśmy po wielu sporach i wielu bronach w plecy i sójkach w bok takie uzasadnienie, preambułę, amplitudę. Wklejam, żeby nie zapomnieć, bo chyba parę rzeczy sensownych tam jest.

Dziękujemy wszystkim uczestnikom konkursu na „Wiersz wiejski”. Wpłynęło 16 tekstów, w tym dwa rymowane wiersze humorystyczne, oraz dwie prozy poetyckie. Po burzliwej naradzie jury w składzie: Zyta Bętkowska, Maciek Froński i Janusz Radwański postanowiło przyznać zwycięstwo autorowi posługującemu się pseudonimem Worlach za wiersz pod tytułem „Ogień”, a dwa równorzędne wyróżnienia – Januszowi Pyzińskiemu za wiersz pod tytułem „Pamiętam” oraz uczestniczce, posługującej się pseudonimem Cytra za wiersz pod tytułem „Zza firanki (Śliwiczki)”. 

W polskiej kulturze funkcjonują przeważnie dwa obrazy wsi, tak z grubsza: sielankowy i groteskowy. Może to być groteska zabawna (vide „Konopielka” Edwarda Redlińskiego), może być i ponura („Dom zły” Wojtka Smarzowskiego), w każdym razie mieszkaniec wsi to albo nośnik tradycyjnych wartości, szlachetny dzikus i wypiekacz tradycyjnego chleba, albo wiecznie pijane półbydlę, co by tylko żarło i ruchało. Dlatego też wieś jest albo sielsko-anielska, albo groteskowa, a najłatwiej o niej mówić, używając zgranego do granic możliwości przeciwstawienia: dobre stare - złe nowe. Niestety w tekstach konkursowych przytłaczająca większość to jest taka właśnie sztampa. Mieszkańcy wsi pieką chleb, robią kartoflankę, piorą kijankami, młócą cepem, a jak już umrą, to ich się kładzie na mogilnik. No niestety, teksty konkursowe stanowią w dużej mierze przykład tego, jak daleko mentalnie od wsi znajduje się współczesny użytkownik języka, piszący wiersze i jak słabo jest owa wieś zarysowana w literaturze. Ten człowiek, który musi dowozić dziecko na zajęcia używanym golfem dwójką, bo pekaesy rzadko chodzą, ten młody chłopak, któremu się CS loguje nocą, bo sieć jest wolna, a alternatyw dla łojenia w CS-a ma mało, bo w domu kultury w jego wsi jest instruktor na ćwierć etatu – oni w tych wierszach nie istnieją. 

Zwycięski wiersz stanowi chlubny wyjątek, bo autor nie uciekł w kliszę, wybrał się w sobotę na wieś, na której, jak jednemu z jurorów powiedziała pewna informatorka w czasie badań etnograficznych ze dwa lata temu, „teraz to jest, kurwa, nuda”. I tę kurwę-nudę czuje się w wierszu. 

Jednakże wśród pozostałych wierszy, mimo że obciążonych grzechem pierworodnym polegającym na tym, że o wsi nie mówią nic (mówią za to o chłopomańskiej tęsknocie za wsią, na której chłop młóci cepem i lata w lnianych portkach, a po pięćdziesiątce zdycha od harówki i ubogiej diety – klisze, klisze, klisze…) jury dostrzegło fragmenty zdradzające wrażliwość poetycką, jak choćby „widziałem śmierć biedronki w wieku dwóch kropek”, „pasły się w trawie dorodne grusze i jabłonie” i „ojciec wciąż klepie kosę i biedę” Janusza Pyzińskiego czy „O! Są koty! Wylegują się na tarasie, nagrzane jak brukowa kostka czy anonimowa trawa” Cytry, by ograniczyć się do utworów wyróżnionych. 

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich uczestników konkursu i zachęcamy do dalszych prób. 

A wiersze se można poczytać TUTEJ

czwartek, 3 maja 2018

Jak odwołać koncert

A w Rzeszowie odwołali koncert metalowy. Kto ciekawy, niech pogugluje.

Radość zapanowała na Podkarpaciu, a najbardziej w Kolbuszowej, bo to koncert miał być w klubie zarządzanym przez chłopaka z Kolbuszowy a wiadomo że o ile cudza klęska cieszy, to klęska sąsiada podwójnie, a sąsiada co gdzieś poza grajdołkiem wspólnym coś robi to nawet w trójnasób.

Ale w każdym wesołym tłumie jest ktoś smutny. A u nas to tym kimś na bank będę ja. Nie inaczej jest i teraz.

Bo ludzie się cieszą, a ja sobie myślę.
Myślę o tym, że jest w Rzeszowie ktoś kto może służbom odpowiedzialnym za zdrowie i takie tam zająć się przeszkadzaniem w koncercie.

Myślę sobie ze sa w Rzeszowie służby które zamiast sprawdzać czy nie dostaniesz sraczki w kebabie wchodzą we współpracę z wlamywaczem.
Myślę sobie, że jest teraz w Rzeszowie ktoś, kto zamiast dostać zawiasy za włamanie dostał nagrodę.
Myślę sobie że jest teraz w Rzeszowie ktoś kto wie już że może zrobić wszystko i nie odpowiadać za nic.

Mnie to jednak niepokoi.