poniedziałek, 20 marca 2017

Zradomoha

Piątkowe spotkanie WYGLĄDAŁO TAK. Mnie wiele rzeczy ujeło za serce, od gościnności Przestrzeni Książki Ukraińskiej w Rzeszowie poczynając. Ale tak z osobna trzeba wymienić sprawy językowe. Mianowicie przywiezione przez Jarosławę słowo ZRADOMOHA, będące połączeniem słów zrada ('zdrada') i peremoha ('zwycięstwo'). Słowo to oznacza sytuację, w której połowa narodu czuje się zdradzona, a połowa czuje się zwycięska, potem na odwrót, potem znowu na odwrót, aż w końcu wszyscy nie wiedzą, czy zwyciężyli, czy zostali zdradzeni i czują się i tak, i tak naraz. Piękne.
Jarosława przywiozła też swoje słyszenie polskiego języka, w którym wiele rzeczy jest uroczych, jak na przykład słyszenie ,,język anielski", zamiast ,,język angielski". Od dziś wpisuję sobie w CV, w rubryce ,,Języki obce" ,,anielski w stopniu komunikatywnym".

Dziękuję!

środa, 15 marca 2017

Jak się zwija Kolbuszowa, czyli czwarta rocznica

W cieniu, ciszy i bez blasku fleszy minęła czwarta rocznica wydarzeń, które przeszły do historii Kolbuszowszczyzny jako Bitwa pod Emdekiem, czyli odwołania koncertu ansamblu Bracia Figo-Fagot.

Przypomnę tło wydarzeń. Dorian Pik zorganizował koncert. Ksiądz zaczął rozsyłać łańcuszek, w którym domagał się odwołania wulgarnego i rasistowskiego zespołu. Emdek odwołał wydarzenie. Lud się burzył. Burmistrz z ręką na atomowym guziku i niepokojem w sercu obserwował wydarzenia. Przez internety i rynki sztetlu przetoczyła się dyskusja o granicach żartu, o tym, czy rasistowskie żarty opowiadane ironicznie są rasistowskie (rasizm był wtedy jeszcze czymś złym  - przyp. red.), jakie są obowiązki domu kultury, jakie kompetencje księży, o poziomie artystycznym i swobodzie wypowiedzi.

Z okazji czwartej rocznicy tych pamiętnych dni zadumałem się nad naszym sztetlem.
Oto wyniki:

1) W 2013 roku były w naszym sztetlu jeszcze możliwe wydarzenia niejednoznaczne, w wypadku których nie dało się z góry powiedzieć, kto zajmie jakie stanowisko.
2) Mechanizmem rozwiązaywania problemów nie było jeszcze wzmożenie moralne w oparciu o wspólny front idejowo-idejowy (a w każdym razie nie było jedyne możliwe i wszechwładne)
3) Media informowały, media się nie oburzały.
4) Dyrektor miejskiej placówki kulturalnej pozwalał na organizację wydarzenia bez uprzedniego zastanawiania się nad potencjalnymi grupami obrażonych.

I w zasadzie tyle. Zauważmy, minęły zaledwie cztery lata, a ŻADEN z elementów nie mógłby się w warunkach dzisiejszej Kolbuszowy powtórzyć. Polecam nad tym podumać. Wynikami podzielimy się na najbliższej wieczornicy.

niedziela, 12 marca 2017

Jarosława Łytwyn w Rzeszowie

Już w piątek 17 marca o 18 na Okulickiego 3 w Przestrzeni Książki Ukraińskiej w Rzeszowie Jarosława Łytwyn poczyta trochę prozy i odpowie na pytanie ,,Jak żyć", bo nie wykluczam, że i takie zadam.

Do zobaczenia!

PS

(do 6 osób z Kolbuszowej mogę zabrać).

PPS

(Sprzedam samochód mieszczący całą kolbuszowską publiczność spotkań poetyckich. Info na mail).

wtorek, 7 marca 2017

Zemsta

Kierowco Neobusa, który całą drogę trąbiłeś na wszystkie tirówki. I ty, który do drugiej w nocy puszczałeś dico-polo. Zemsta moja będzie jak grypa żołądkowa. Niespodziewana i bezlitosna.

A będzie to tak. Będziecie sobie jechać gdzieś przez Polskę. I zobaczycie szyld: 100% chłopskie jadło. I, marząc o golonce, skręcicie. A tam, za kontuarem, będę już ja. Poprosicie o ,,Zestaw chłopski dnia". Zerknę na kalendarz, mruknę ,,postny przednówek" i przyniosę gotowaną młodą pokrzywę.

A gdy zapytacie, czy mamy coś dla klienta premium, gdy wyłożycie kilku Jagiełłów na ladę, zegnę się w pół, powiem, ,,Jak se łojce krzesne życo" i przyniosę boszcz na zakwasie z zimiokami przemarzniętymi z kopca, maszczony olejem lnianym.

Zemsta jest jak zimioki z kwaśnym mlykiem. Najlepi smakuje na zimno.

niedziela, 5 marca 2017

Łódzka historia dla Hani

Róg Radwańskiej i Piotrkowskiej. To stąd dawno, dawno temu, drogie dziecko, prapradziadek Twój, Józef Radwański wyruszył z praprababcią Franciszką do Puszczy Sandomierskiej. Nie żeby żyło im się tu źle, nie, przecież wyrwali się ze wsi, z gospodarek. Trafili do miasta, w którym można było spełnić swoje marzenia i zbudować pałac, oczywiście o ile się było fabrykantem, ale, powiedzmy sobie, już samo to, że dzień zaczynało się od zebrania do fabryki, a nie od oporządzania chudoby o świtaniu i przeniosło do świata, w którym co prawda nie było czasu świętego, ale był czas wolny, to już było coś.
No ale ostatecznie nigdy nie może być tak, żeby nie mogło być lepiej. No i wyjechali z tego rogu do Stalowej Woli, która nie była jeszcze Stalową Wolą, bo jeszcze co prawda robiło się na tych frezarkach cudeńka techniki XX wieku, ale mieszkało w drewnianej chałupie kątem u chłopa. Ale za to płacili trzy razy tyle, co w Łodzi i tu uprzedzę nieco wydarzenia, jak prapradziadek przyniósł pierwszą wypłatę, to prapababka kazała mu ją odnieść, bo wystraszyła się, że zaszła jakaś pomyłka i taką górę pieniędzy nie swoich strach trzymać w domu nawet przez chwilę.
Tak ich widzę właśnie, jak wychodzą z bramy kamienicy: Józef, Franciszka, dziesięcioletni Janusz i ośmioletnia Barbara. Nie mają dużo bagażu, same najpotrzebniejsze rzeczy. Idą na pociąg. I, matko, jaki ten Józef musi być teraz zadowolony z życia: wszystko zaplanował i ułożył świetnie. Tam, na końcu drogi, za stacją Rozwadów czeka ich dobra praca, z czasem i nowe mieszkanie, dużo lepsze od tego łódzkiego, z wygodami, o jakich się w kamienicy nie śni nikomu. Ma fach w rękach, ma głowę na karku, umie zadbać o rodzinę i nie boi się niczego. Pakują się z rzeczami na dorożkę w lekkich, letnich ubraniach. Jest czerwiec 1939 roku.

wtorek, 28 lutego 2017

Wstaniętyzkolan umysł

Czytam Zniewolony umysł, żeby zobaczyć, co się z Miłosza i totalizmu zestarzało, a co nie. Generalnie wstawanie z kolan to nowy murti-bingizm.  To jest sprawa jasna, bierzesz nową tabletkę murti-binga i już jesteś zkolanwstanięty, żadne smutki i troski cię nie dotykają. A nawet jak cię dotkną, to wiesz, kto jest temu winien i że stoi za tobą/obok ciebie siła, która już wstaje z kolan, a jak wstanie z tych kolan wreszcie na amen, to temu komuś/czemuś z tego kolana w jaja przywali.

Są i różnice. Inna jest geografia – u Miłosza jest Centrala i jest spoglądanie z nadzieją na zachód. To się zmieniło. Centrali ni ma – każdy chce wstawać z kolan na własną rękę, na zachód też żadnego z nadzieją patrzenia być nie może, bo przecież zachód też chce być zkolanwstanięty. Rosja oczywiście w tyk układzie też występuje, ale jako przykład li tylko dla innych z kolan wstających, Rosja bowiem jako pierwsza z kolan sobie wstała. Ofiary jak na razie trzeba liczyć w dziesiątkach tysięcy, ale to przecież zachodnich (w tym i naszych) miłośników zkolanwstawania nie odstrasza, zkolanwstawanie wymaga niskiej empatii, a zkolanwstający nigdy nie zakładają, że jednym z tych trupów mogą być kiedyś oni lub ich dzieci. Kilkadziesiąt tysięcy cudzych trupów każdemu wydaje się za zkolanwstanięcie ceną możliwą do zapłacenia.

No i wszelkie rozważania na temat relacji murti-bingizmu ze sztuką są już przestarzałe. To nie te czasy, kiedy państwo mogło kontrolować wszystkie publikatory. Teraz wystarczy nie dać dotacji komu trzeba i wychodzi mniej więcej na to samo, zresztą nowy murti-bingizm, w przeciwieństwie do starego, nie boi się tak sztuki jak stary. Ma ją za coś w rodzaju młotka, a nie groźnego bóstwa, które trzeba obłaskawiać. Rząd dusz wygrywa sie teraz memami w internetach, czyli odpowiednio podgrzewając emocje.

A z tymi murti-bingizm radzi sobie dobrze. Odpowiednia mieszanka poczucia wyższości i strachu przed obcym działa cuda. Tutaj też niczego nowego nie ma. Aktualne jest jeszcze Miłoszowe zastanawianie się nad tym, jak intelektualiści przyjmują tabletkę murti-binga i dlaczego ją przyjmują.
I tutaj też Zniewolony umysł czyta się jak opis rzeczywistości zaokiennej.
Wszystko się bierze z kryzysu chrześcijaństwa, które mało kto, a już najmniej jego tzw. obrońcy, traktuje serio. Tę pustkę, która po nim pozostaje, wstanięcie z kolan zapełnia całkiem nieźle, oczywiście, nie za darmo, o czym jeszcze będzie. Ale na razie zostańmy przy plusach. Nowy murti-bingizm, tak jak i stary, daje złudzenie przywracania znaczenia gestom i słowom, czyni życie ważnym i potrzebnym. Sztuka znów staje się ważna, prasa znów staje się ważna, dokonywane wybory znów stają się ważne. Człowiek znów ma szanse uczestniczyć w walce absolutnego dobra z absolutnym złem. Przy czym jest to walka, która niczym nie grozi, przecież wszędzie, gdzie wstawanie z kolan stało się popularną ideologią, jest to walka większość z mniejszością. Naprawdę, wstanięcizkolan, mając po swojej stronie państwo, szkołę, kościół i większość populacji nie ryzykują niczego. Ale poczucie stania na posterunku i walki z nawałą wstanięciezkolan daje i tak. Układ idealny.

Oczywiście nic za darmo. Przejście kuracji Murti-Binga wymaga zawieszenia dotychczasowego rodzaju racjonalności i estetyki i podporządkowania ich ideologii. Wszystko – od faktów historycznych po czysto biologiczne i fizyczne, jak to, czy smog szkodzi, czy klimat się ociepla etc. stają się zależne od ideologicznej interpretacji. Dlatego (i tu opisy Miłosza są fenomenalne) ludzie w trakcie kuracji się szarpią i męczą.

Tu Miłosz jest aktualny. Idealną metaforą Polski wydaje mi się koncert Tadka Firmy na gali wręczenia Wenclowi nagrody Zasłużony dla polszczyzny. Ludzie słuchają wersów Tak wspaniałe jest życie dzięki tobie/ty dbasz o mnie w zdrowiu i w chorobie i część ludzi cieszy się, że wreszcie jest na fali sztuka, którą rozumieją. Część, która przeszła już skutecznie kurację i wie, że jedynym liczącym się kryterium estetycznym jest kryterium ideologiczne, aprobuje. Ale część, która kuracji jeszcze skutecznie nie przeszła, męczy się, bo z jednej strony wie, że to jest słabe, ale z drugiej strony wie, że powinna uważać, że jest dobre. Ale przecież nie powie tego głośno. I te męki, przyznaję z pewnym wstydem, są przyczyną mojej schadenfreude, ale i pewnej nadziei. (Tu mała prywata – Paweł, co prawda demaskujesz wroga klasowego przy udziale miejscowego aktywu partyjnego, ale robisz to anonimowo, co jest, wbrew pozorom, pocieszające. Oczywiście, może to wynikać z wielu czynników, ale wolę zakładać, że wynika to z niestłumionego poczucia obciachu, co daje jakieś szanse powrotu do pionu).

I teraz moje ulubione pytanie – co będzie dalej? Ano, to, co zawsze w wypadku murtibingizmu. Wszystko pierdolnie. W wersji optymistycznej wtedy, kiedy ludzkości zgromadzonej bokiem wyjdzie produkowana przez Metodę kulturalna i duchowa nadbudowa. W wersji pesymistycznej wtedy, kiedy okaże się, że nie da się zmurtibingizować praw fizyki i wstanięte z kolan krainy zacznie zalewać podnoszący się ocean.





poniedziałek, 27 lutego 2017

Jak kupić siekierę w Puszczy Sandomierskiej

Sobota. Normalny, tradycyjny lasowiacki shopping. Przychodzę z siekierą do kasy sklepu z narzędziami.
- Świetny wybór. To bardzo dobra siekiera.
Zdębiałem. W sklepie z narzędziami zawsze się kupowało narzędzia i wychodziło. To nie jest bank, żeby być miłym dla klienta. Poza tym mają raptem dwa rodzaje siekier - cięższą i lżejszą.
- Dziękuję - wydukałem.
- A, przepraszam bardzo, do czego ma służyć? - pyta dalej sprzedawca.
Tu już osłupiałem kompletnie. Powtarzam - nie jesteśmy w banku. Jesteśmy w sklepie, gdzie robi się normalne rzeczy - kupuje to, co potrzebne i wychodzi.
- Muszę zarąbać pewną lichwiarkę, żeby sprawdzić, czy jestem nadczłowiekiem - odpowiedziałem.
- To bardzo dobrze. Gdyby miała być do rozłupywania kloców, musiałaby mieć kliny - tłumaczy sprzedawca.
- Tak, mamy taką z klinami. Ta ma być tylko na lichwiarkę.
- Dorze, że jest pan bardzo świadomym klientem. Wie pan, czego potrzebuje. Kartą?

W domu, analizując tę sprawę z Kasią stwierdziliśmy, że albo robili im jakieś szkolenie z markietingu i psychologii sprzedaży, albo mają akcję ,,Bądź miły dla klienta z siekierą w ręce". Tertium not datur,