piątek, 19 sierpnia 2016

Ilu twoich znajomych przejdzie test Voighta-Kampffa?

A co, jeśli tak jest, że tylko oni są tak naprawdę empatyczni? Jesli tylko oni oglądają wiadomości i naprawdę widzą w tych pikselach ludzi, naprawdę są się w stanie z nimi utożsamić? Co, jeśli tylko oni nie widzą w tej plamie na ekranie plamy na ekranie, tylko Patryczka sąsiadów, któremu pustaki z typowego gierkowskiego domku-kostki zmiażdżyły nóżkę i nikt nie ma pomysłu, jak go spod tego domku wyciągnąć? Co, jeśli  tylko oni widzą tę plażę w telewizji i umieją sobie wyobrazić, że to jest plaża w Mielnie, gdzie w zeszłym roku rozstawiali parawany, a teraz leżą pod folią ciała? Co, jeśli tylko oni umieją wyobrazić sobie ten kuter, którym płynęli na morską wakacyjną przejażdżkę z dziećmi oblepiony ludźmi i przewracający się gdzieś parę kilometrów od bezpiecznego brzegu koło Ystad? Co, jeśli tylko oni potrafią tak naprawdę wypobrazić sobie to spuszczanie na wodę kupionego w Tesco w lepszych czasach trzyosobowego pontonu na basen i kierowanie go z pięcioosobową rodziną dziobem w stronę Szwecji? Co, jeśli to ostatni ludzie, którzy wyobrażają sobie, że to ich dzieci teraz właśnie szukają ich nocą, na granicy albo na już bezpiecznym brzegu, że wałęsają się bez opieki, głodne, że są sprzedawane do burdeli, giną w innych nieznanych okolicznościach z tysiącami pozostałych dzieci z sąsiedztwa, Brajanków, Dżesik, Julek?

I muszą ten wynikający z takiego utożsamienia wstrząs jakoś przepracować, bo ta świadomość jest nie do wytrzymania. Jej zniesienie przekracza możliwości człowieka. Przyjęcie prawdy, która jest nieludzka wymaga pozbycia się człowieczeństwa albo przytłumienia go w jakimś stopniu, albo przynajmniej odmówienia człowieczeństwa tym pikselom, tym plamom na ekranie.

Więc nazywają te piksele falą, która zalewa, więc mówią o nich jak o zarazie, jak o zwierzętach, gdzieś tam w głębi duszy mając świadomość, że przyznanie się przed sobą, że samemu się jest po drugiej stronie ekranu tylko wskutek zbiegu okoliczności może zabić. Jedyną alternatywą jest niedająca się opisać rozpacz.

Co, jeśli rasiści to ostatni naprawdę empatyczni ludzie?

niedziela, 14 sierpnia 2016

Hipisi wyklęci

Przeżyłem już fazę na Jana Pawła II, modę na Powstanie Warszawskie, szał na Żołnierzy Wyklętych. Wiem już, że rynkiem gadżetów patriotycznych i usług zawładnie ten, kto przewidzi, wokół czego skupi się następna fala wzmożenia patriotyczno-religijno-ojczyźnianego.
Przeanalizowałem całą historię powojnia pod kątem zapomnianych bohaterów, tzn. pod kątem tego, kto miał najgorzej. Wyszło mi, że jest jedna grupa, która miała tak przerąbane, że jak przyszedł stan wojenny, to specjalnie tego nie odczuła, gdyż, jak pisze Tarzan Michalewski, oni stan wojenny mieli zawsze. Bicie, więzienie, zamykanie w psychuszkach, szykany milicji, zomo i gitowców - wszystko to sprawia, że następną grupą, której martyrologia będzie monetaryzowana w popkulturze będą hipisi.
Tak będzie, drogie dziatki. Już możecie się przygotowywać na te fale gniewnych młodzianów z naszywkami ,,ŚMIERĆ WROGOM HIPIZMU" na kurtkach.  Na koszulki z właściwymi dla estetyki nas interesującej przedstawieniami: wyraziste barwy, zacięte, gniewne twarze np. Ryśka Ridla czy Jimiego Hendrixa i do tego jakieś hasło, koniecznie rymowane, np. NA ŻYŁACH NOSILI BLIZNY KU CHWALE OJCZYZNY. Bądźcie gotowi na rekonstrukcje historyczne  ataków gitowców na hipisów obozujących w Częstochowie na pielgrzymce albo zamykania hipów za włóczęgostwo na 48. I, oczywiście, na niekończące się dyskusje rekonstruktorów na temat czy w 1978 roku były już takie koraliki czy owakie oraz czy pacyfa skórzana na szyi jest kanoniczna na początek lat 80. czy ni chu chu, bo wegetarianizm i ahimsa.
 A szefem IPN-u zostanie Kamil Sipowicz. I w szkołach będą akademie ku czci ofiar kompotu, a dzieci będą się bawić w bycie pałowanymi przez zomo. Pion Edukacyjny zorganizuje ruchomą wystawę poświęconą nieszkodliwości narkotyków miękkich. Będą bale i murale. Będzie fajnie, poczekajcie. 

sobota, 6 sierpnia 2016

O wyższości literatury nad sportem

Mam takie warsztaty czytania wierszy. I zdolna młodzież w wieku różnym na nich jest. I cieszę się, że to jest młodzież, która się zajmuje literaturą. Wyobrażam sobie, co by było, gdyby się zajmowała np. piłką nożną. O, wiem. gdyby zajmowała się piłką, zebrałbym ją i powiedział tak. 

,,Cieszę się, że tu jesteście. Sport to piękna droga, to, prawda, teges, droga do gwiazd. Wiadomo, że przez ciernie, ale wiecie, rozumiecie, pokonywanie słabości i tak dalej, i tak dalej. O, cieszę się, że połowa ma koszulki z Messim, a połowa z Ronaldo. Ale, wiecie, rozumiecie, Messich i Ronaldów jest dwóch. 

A w samej tylko Polsce piłkarzy jest parę tysięcy. A polska liga wcale nie jest jakoś tam szczególnie ważna, chociaż są ludzie, którzy się w jej sprawie zabijają. 

I wiecie, wiążąc pierwszy raz korki, musicie być przygotowani na ten moment, który raczej przyjdzie niż nie przyjdzie. Kiedy wiecie, że po etapie zapowiadającego się młodzika i zdolnego jurora  przyszedł czas gry w seniorach i razem z nim ta chwila po latach seniorowania, w której zdajecie sobie sprawę, że powyżej tej ligi, do której kosztem kontuzji wielu i wielu litrów potu się dostaliście, nie zagracie. Że teraz, z tego trzecioligowego klubu, no, z ławki rezerwowych w drugiej lidze, nie zajdziecie już do Primera Division. Lepsze jutro miało być wczoraj. Z powodu warunków odwołano. 

I to będzie ten moment, gdy, żeby uniknąć tego duszącego przerażenia wynikającego z patrzenia w przód, zaczniecie patrzeć wstecz, żeby sprawdzić, czy nadaremno łękotki wam latają, a w kolanach chrupie przy kucaniu. A tam z tyłu obraz niewyraźny. Czy okiwany przez was napastnik Orląt Radzyń Podlaski to był sukces uzasadniający to całe życie? Czy strzeliłby wtedy bramkę, czy, minąwszy was, wysłał piłkę hen, w kartoflisko za płotem stadionu? Nigdy, nigdy się nie dowiecie. I nawet jeśli nie graliście w pomocy czy w obronie, nawet jeśli graliście w ataku i przed oczami migają wam piękne bramki i zdumione miny pokonanych bramkarzy Lewartu Lubartów, Izolatora Boguchwała czy Wólczanki Wólka Pełkińska, to pamiętajcie, że teraz, po latach, tylko wam migają. 

Dlatego proszę was, póki jeszcze możecie, idźcie do domu".

Tak bym powiedział właśnie. Na szczęście dzieci zajmują się literaturą. Na szczęście. 

niedziela, 31 lipca 2016

Zadania literatury na następne półwiecze

Kiedy byłem mały, to szczęśliwie nie było grup rekonstrukcyjnych. Były za to opowieści babci. I część, owszem, była komiczna, jak Rosjanie rozstrzeliwujący słoiki z niemożności ich otwarcia (i, przyznaję, jest to opcja warta rozważenia, jak się który zassie szczególnie mocno). Ale większość raczej komiczna nie była, zwłaszcza gdy przewijam je sobie w mózgu juz z dorosłej perspektywy.
Jedną z najbardziej wrytych w pamięć była opowieść o marszu śmierci z Oświęcimia. Gdy front się zbliżał, Niemcy zaczęli gnać więźniów na zachód. W styczniu, na mrozie, tuż za progiem domu babci, która, idąc do szkoły, mijała zamarznięte trupy w rowach, a jak zasypiała, to słyszała strzały, którymi dobijani byli ci, którzy nie mieli już siły iść.
W tej sytuacji niewiele dało się zrobić. Ludzie kładli na progach chleb. Kładli, chociaż za chwilę sami mieli zostać uchodźcami, bo, jak mówiłem, szedł front, a ludzie mieli wtedy świadomość, że to nie jest duża impreza rekonstrukcji historycznej, tylko że tam się mordują. Ten chleb mi się wrył w pamięć, bo w tym odruchu było coś pięknego i podstawowego zarazem.

No i tak bym właśnie widział te zadania literatury. I w ogóle sztuki. I w ogóle wszystkiego. Żeby, cokolwiek nie idzie, ludziom takie odruchy jednak zostały.

czwartek, 28 lipca 2016

A co ty dziś zrobiłeś dla światowego pokoju?

Jakoś tak ostatnio zgadaliśmy się z Franciszkiem, że każdego dnia trzeba zrobić coś dla pokoju na świecie. I tak na przykład ostatnio zapytałem młodych ukraińskich poetów i pisarzy o ich najdziwniejsze lub najważniesze podróże w życiu. Wyniki TUTEJ


sobota, 2 lipca 2016

Dziennik wyprawy do Warmii

Joannie Lewandowskiej

I tak stało się roku Pańskiego 2016, że, opuściwszy znajome, spokojne wody Przyrwy i Zyzogi puściliśmy się na wody niezbadane i nietknięte stopą żadnego galicyjskiego cadyka. Ani w ogóle kogokolwiek innego, kto po wodzie chodzi. Częściowo konno

 częściowo przez rzeki.

Dotarliśmy w końcu na Warmię. Ludność tamtejsza trudni się rybołówstwem i nauczycielstwem, jest przyjaźnie usposobiona i w ogóle. To, co przeczytacie w żywocie Brunona z Kwerfurtu to gruba przesada. 

Zrazu zgodnie z wielowiekową tradycją wzięliśmy się za poszukiwanie skarbów. Niestety, znaleźliśmy jedynie miejsce, gdzie, jak można sądzić z tajemnych znaków, templariusze zamurowali, nie wiedzieć po co, pawia. A na cholerę nam zamurowany paw? 


Udało się nam znaleźć za to mózg. Ludność miejscowa, jak widać, polecała, to jak było nie brać. Zwłaszcza że tanio. A skoro mózg już został znaleziony, można się było wziąć za głoszenie.



A głosiliśmy to, co głosić trzeba zawsze. Że diabeł, owszem, działa. Na krótką metę może mu się coś nawet udać, może sprawić, że ludzie będą toczyć pianę i mówić Czesława Miłosza po aramejsku. Albo może ich przekonać, że uznawanie tonących dzieci za coś dobrego i sposób na obronę cywilizacji to coś nie tylko nie ohydnego, ale i chwalebnego nawet. Owszem, takie rzeczy mogą mu wychodzić i takie robi z przytupem, jak to posiadacz kopyt, co nie? 

Ale są i rzeczy większe. Są cały czas i w każdej sekundzie gesty bezinteresownego, zupełnie bezsensownego dobra. Od poświęcenia ostatecznego po zupełnie proste, ludzkie odruchy. I one się nie biorą znikąd. Za każdym z takich gestów stoi siła tak wielka, że trudno się o niej nawet myśli bez lekkiego drżenia. I że, tak ostatecznie, to z niej pochodzą rzeczy naprawdę trwałe, jak  chwila czyjejś ulgi czy podtrzymana przez moment nadzieja. Myśl o tym to może i nie jest jakaś najlepsza broń przeciwko rozpaczy, ale to jedyna, jaka jest. 

No i tageśmy głosili, a co, a jak. Powymądrzalim się, powymądrzalim, a tu praktyka czekała tuż, tuż za rogiem Bugu. Jedziemy sobie po ekspresówce, a tu nagle hyc i okazuje się, że wleczemy za sobą malowniczy niezwykle pióropusz dymu. Nie dymu z rury wydechowej normalnego, o nie. Byliśmy Hutą Katowice na kołach, mobilnym koncertem kapeli z lat osiemdziesiątych, kometą, którą Halley gorzko opłakiwał, sprzedając.
Ewakuacja, szukanie, trójkąta, gaśnicy i inne rozrywki takich okazji to był jednak tylko wstęp do rozrywek właściwych. Bo się okazało, że jak się dym rozwiał, to się dobrzy ludzie pojawili. Wodę przynieśli. Dzieci w maliny wpuścili. A gdy już, dzieci wyprawiwszy do chałpy, spokojnie na lawetę czekałem, mając zamiar poczytania wreszcie nowego numeru Frazy, to czytać nie mogłem, bo się co i rusz ktoś zatrzymał i pytał, czy nie trza mi pomocy jakiej, chociaż kto mnie zna wie, żem urodziwą dziewoją, zgodnie ze stereotypami takie reakcje wywołującą, nie jest. 

I o tymem właśnie dumał, lawetą przez Nowy i Stary Nart jadęcy. O tym, że spalona turbina to nieduża cena jak za tyle dobra naraz. I o tej czopce piniendzy, co ją trza bedzie panu od lawety zapłacić. 

Ale w chałupie czekał mejl od Remigiusza Mazura-Hanaja, że w konkursie na pieśń dziadowską nową wygrałem czopkę piniendzy. Dokładnie tyle, ile pan od lawety przed chwilą był ode mnie wziął. Dokładniuśko. I tak to właśnie działa. 

 


środa, 22 czerwca 2016

Bogactwo, sława, dziadostwo

Podczas gdy sianokosy mają się ku końcowi, kraj nasz wstrzymuje oddech, śledząc pasjonujące zmagania. Chodzi oczywiście o III Konkurs na Pieśń Dziadowską Nową.

Tak więc ten, teges. Jak normalnie nie wysyłam nic na żadne konkursy na wiersze, to żem nie mógł się oprzeć. I co? I pisze do mnie dziś Szymek, że jest ta oto lista.


 I nie mówię, umim się cieszyć.

Niedługo będę miał papiery na dziadostwo (Nowe).