wtorek, 31 grudnia 2013

Kawaliyrka. Przemija postać świata tego

Stoję w kolejce w gieesie. Obserwouję ludzkość, bo lubię. Ludzkość miała formę kawaliyrki. Kawaliyrka, jak to kawaliyrka, toczyła dysputę długą, czy wziąć lytrę czy pół lytry. Ech, młodość, młodość, gdy człowiek ma jeszcze takie problemy, gdy nie wie po pierwsze, że pół lytry na pięciu to jest nic i nie ma sensu brać, chyba że się zaraz ma matematykę, a poza tym to już niedługo będą w wieku, w którym majac do wyboru lytrę, pół lytry i w ogóle wszystkie lytry świata tego człowiek wybrałby możliwość porządnego wyspania się. Wiem, co mówię.
W końcu dyskusja kawaliyrki zeszła na dziwne tory. - No to weź zwyczajny - mówi jeden baciar, po czym grupa bierze z półki lytrę oleju kujawskiego. Chłopcy smażyć będą. Co się dzieje z tym światem, ja się pytam?

poniedziałek, 30 grudnia 2013

List biskupów: echa

Okazało się, że temat rycerzy jedi i ich ideologii jest drażliwy i wywołuje sporo emocji. Nic dziwnego, dżedaj mogą manipulować umysłem, odbić mieczem świetlnym strzał z blastera albo znaleźć właściwe droidy. Jak to często bywa w takich sytuacjach od bliżej mi nieznanych (a może i znanych, kto wie?), dowiedziałem się, że jestem komuchem i pedałem, co dowodzi, że duch w narodzie nie ginie. Nie jest to może duch chrześcijański specjalnie, ale w dobie powszechnego dość tryumfu materii nad duchem przejawy działania jakiegokolwiek ducha należy witać z radością.

Zafrapował mnie natomiast komentarz Kolbuszowskiego Magla, brzmiący: ,,Wystarczy ściąć ci włosy i zatrudnić na etacie w szkole podstawowej na Górnej-zobaczymy czy będziesz taki odważny''.

Otóż drogi Maglu, zaskoczyło mnie rozpatrywanie wypisywania różnych rzeczy na prywatnych internetowych zadupiach w kategoriach odwagi czy jej braku. Żeby przyjąć taką perspektywę, musielibyśmy bowiem założyć, że o zatrudnieniu (bądź nie) w szkołach naszej gminy decydują kwestie inne niż czysto merytoryczne. Na przykład temat naszych żartów albo ich jakość. A to przecież w najlepszej możliwej gminie na tym najlepszym z możliwych światów nie jest chyba możliwe, prawda?




Niemniej w wymienionej przez Ciebie sytuacji nie wykluczam, że na wszelki wypadek notkę poświęciłbym destruktywnemu wpływowi ideologii dżedaj na brak śniegu w święta. Strzyżonego, wiadomo, Yoda strzyże.

niedziela, 29 grudnia 2013

List biskupów z odległej galaktyki



Od kilku miesięcy bocznymi drzwiami, bez wiedzy społeczeństwa w naszej edukacji, służbie zdrowia, działalność placówek kulturalno-oświatowych i organizacji pozarządowych wprowadza się do Polski ideologię, która jest zagrożeniem dla polskiej rodziny.  Wobec nasilających się ataków tej ideologii czujemy się przynagleni, by stanowczo wypowiedzieć się w obronie chrześcijańskiej rodziny, fundamentalnych wartości, które ją chronią, przestrzec przed zagrożeniami płynącymi z propagowania ideologii dżedaj. Ideologia ta jest promowana przez część mediów, a także środowiska homoseksualne i feministyczne. Tymczasem dżedaj promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian kulturowych i jest zakorzeniona w marksizmie i neomarskizmie.Nie ma niczego złego w wyciąganiu myśliwców typu x-wing z bagna, natomiast robienie tego za pomocą tzw. mocy jest sprzeczne z prawem naturalnym. Ta chrześcijańska wizja nie jest jakąś arbitralnie narzuconą normą, ale wypływa z odczytania natury osoby ludzkiej. Odrzucanie tej wizji prowadzi nieuchronnie do rozkładu rodzin i do klęski człowieka. Muszą zatem budzić najwyższy niepokój próby przedefiniowania pojęcia jasnej i ciemnej strony mocy narzucane współcześnie, zwłaszcza przez zwolenników ideologii dżedaj i nagłaśniane przez niektóre media.

sobota, 21 grudnia 2013

Сором / Shame

Ludzkości zebranej wczoraj w bibliotece raz jeszcze dziękuję. Zainteresowanych informuję, że Taras Malkowycz odprawion został pociągiem we właściwą stronę. Pokazaliśmy, że mimo trwania od 20 lat w bloku zachodnim nadal lubimy długie dyskusje, w których pojawia się więcej opinii niż uczestników, a nasze pociągi się spóźniają po 75 minut i , jednym słowem - pozostajemy Słowianami. 

Ale jednak zokcydentalizowanymi. Jesteśmy po doświadczeniu fenomenalnego pokojowego zwycięstwa i rewolucji, jesteśmy mądrzejsi o doświadczenie tego, że po rewolucyjach bitych, owszem, ubywa, ale za to przybywa głodnych albo na odwrót - głodnych jakby mniej ale bitych robi się zatrzęsienie, natomiast średnia pozostaje pi razy oko ta sama. 

Słuchacze na wczorajszym wieczorze patrzyli na historie opowiadane przez Tarasa z tej perspektywy. Wiadomo, po tym, jak przez 20 patrzy się, jak dawni towarzysze sprawiedliwej walki okładają się po pyskach, dziwnie słucha się, o facecie, który siada za pianinem naprzeciwko równych szeregów opancerzonych berkutowców i gra im Lennona. Albo o Otwartym Uniwersytecie Majdanu, na którym ludzie dzielą się swoją wiedzą. O przeganianiu politycznych liderów, nawet opozycyjnych. O poetach, którzy codziennie czytają tysiącom ludzi swoje wiersze. O ochronie Majdanu pilnującej pokojowego charakteru protestów. O berkutowcach odmawiających wykonywania rozkazów. O podstawowej solidarności z bitymi. Wiem, brzmi naiwnie.

Ale, ale. Jakkolwiek to wszystko się nie skończy, Majdan będzie miał jeden skutek - da tym setkom tysięcy ludzi pamięć o momencie, w którym byli solidarni i umieli coś razem zrobić. Świadomość tego, że był w ich życiu moment, w którym byli po dobrej stronie, że postąpiło się tak, jak trzeba było. Ukraińcy dostają/sami sobie tworzą coś, z czego długo jeszcze będą mogli czerpać siłę. 

Może dlatego film, który Taras polecił na odchodnym tak mnie poruszył. Proste założenie - piosenkarka śpiewa starą, ludową pieśń, kamera skupia się na młodych twarzach schowanych za przyłbicami, na oczach w otworach kominiarek. Chłopaki, których na nim widać są tego pozbawieni, są od tego źródła odcięci. Zostanie im to, co widać w ich oczach, wstyd. 


czwartek, 19 grudnia 2013

Złowticha, czyli albo jesteśmy bucami, albo aniołami



Bo z tym ukraińskim to już tak czasem jest - znajdujesz słowo, wiesz, co znaczy, rozumiesz je nawet, jeśli go wcześniej w życiu nie słyszałeś, a jak szukasz polskiego odpowiednika - klops. Amba fatima. Ni ma i cześć.

Jest tak ze słowem złowticha oznaczającym radość z zudzego nieszczęścia. Chcesz je, drogi, Czytelniku, przełożyć na niemiecki? Proszę bardzo - bierz słówko Schadenfreude i się baw do woli, wróć przed północą. Chcesz przełożyć na polski? Impreza odwołana, biletów nie zwraca się. Posiedź lepiej w domu i oglądnij, jak w M jak Miłość Kasia Cichopek obcina Pyrkoszowi nogę fleksem, bo NFZ nie refunduje, miłej zabawy.

W licznym środowisku kolbuszowskich filozofów języka wytaorzyły się dwie szkoły interpretowania faktu braku w języku polskim odpowiednika złowtichy i Schadenfreude. Szkoła piersza, nazwijmy ją kalenberską, stwierdziła, że jesteśmy aniołami normalnie. Nie ma słowa, a więc i desygnatu nie ma, z cudzego się nieszczęścia nie cieszy Polak nigdy. Szkoła druga, nazwijmy ją - przystadionowa, kazała się kalenberskiej puknąć w łeb i stwierdziła, żeśmy są takie chuje zakłamane, co nie dość, że się z cudzej klęski cieszą, to jeszcze o tym nie mówią.

Konflikt między szkołami został chyba jednak zażegnany. Jeden z czołowych przedstawicieli szkoły kalenberskiej wypędzając zwierzęta doznał olśnienia. Owszem, jeśli język rozumie się jako kupę słów+gramatykę, to można uznać, że jakkolwiek zjawisko radości z tego, że sąsiad się wydupcył na schodach oblodzonych jest Polakom znane, to nie mają jej jak wyrazić. Ale wystarczy spojrzeć szerzej. Jest w polszczyźnie odpowiednik złowtichy i to jest gest ,,zyg, zyg marcheweczka''. Ukraińcy i Niemcy mają słowo, my mamy gest i wszystko jest wyrażalne. Chociaż nie wiem, czy to aż taka pociecha.

środa, 18 grudnia 2013

Mazur świąteczny, dzieci świąteczne, monstrum takie chlejące



Jarosław Mazur nie jest poważny. Jarosław Mazur nie zajmuje się rzeczami użytecznymi i potrzebnymi. Z pomysłów Jarosława Mazura piniędzy nie będzie. Jarosław Mazur większość czasu poświęca na rzeczy, bez których doskonale można się obejść.

To co najmniej pięć powodów, dla których jest jednym z mieszkańców grodu nad Nilem, z którym warto wypić kawę. Powyższy film to efekt zaprzęgnięcia do roboty m.in. dzieci, które jeszcze nie wiedzą, że ważne są tylko rzeczy poważne.

A gdy pierwszy raz usłyszałem piosenkę, to przez zatkane uszy doszło do mnie ,,niech monstrum chleje''. Z tego miejsca apeluję: Jarku, pomyślmy kiedyś i nad taką wersją.

niedziela, 15 grudnia 2013

Wieczór autorski Tarasa Malkowycza

A kolbuszowska biblioteka zorganizowała iwent. Troszkę w tym pomagam, więc zależy mi na tłumach dzikich walących drzwiami i oknami, żeby następnym razem dyrektor Jagodziński nie spuścił mnie ze schodów, jak będę szedł do biblioteki (z akcentem na o) z jakimś pomysłem. Przypominam, że dyr. Jagodziński gabinet ma dość wysoko, a na schodach dywanów niet.

Piątek 20 grudnia, godzina 17. Poezja+ pogaduchy+ opowieści z pierwszej ręki o tym, co się dzieje na kijowskim Euromajdanie. Zapraszam.



piątek, 13 grudnia 2013

Pierwsza recenzja Chałwy (i druga też)

W zasadzie to druga recenzja. Pierwsza recenzja pochodzi z ust Haniołka.

- O, na tej książce jest zdjęcie ciebie!
- Bo to moja książka.
- Jak to?
- No, ja ją napisałem.
- O, łał! A co w niej jest?
- Wiersze.
- Aha.

Przyzna Czytelnik, że dziecko zna się na rzeczy. Drugą recenzję wrzuciła Joanna Lewandowska na nielotce. W imieniu książczydła dziękuję. Zaznaczam, że z Lewandowską Joanną wódki nie piłem i w ogóle, jak piszę do dupy, to jest to jedna z pierwszych osób, które mnie o tym informują. Tym bardziej recenzyja cieszy.

czwartek, 12 grudnia 2013

Rewolucji ni bedzie. O zaletach wyrzucania gnoju

Lubow Jakmczuk na swoim nowym blogu radzi rewolucjonistom w razie ataku gazowego ratować oczy zwilżoną szmatką, odradza przemywanie ich coca-colą, bo i takie rady krążą po Euromajdanach. Doradza też przemywanie oczu czymś o odczynie zasadowym. Z chemii z rzeczy o odczynie zasadowym zapamiętałem ług. Ale to chyba trza odradzić.

Kolbuszowski Magiel nawołuje lud młody kolbuszowski do rewolucji. To może ja w skrócie wyjaśnię, dlaczego rewolucja jest niemożliwa. Nie tylko w Kolbuszowej.

Magiel kusi lud kolbuszowski wizją Kardysia, z zawodu starosty dwadzieścia lat temu wyrzucającego kurzyniec z kurnika. Zaiste, wzruszające. Magiel kusi lud kolbuszowski wizją Kardysia, z zawodu starosty dwadzieścia lat temu wyrzucającego kurzyniec z kurnika. Zaiste, wzruszające. Ale są i wizje bardziej chwytające za serce – oto dwajścia lat temu z okładem wraca Krzysztof Klecha młody z dyplomem studiów wyższych do swojej gminy. Ma ten dyplom i łeb na karku, więc zostaje wójtem na lat najbliższych wiele, w dwa miesiące zarabiając tyle, ile dzisiejszy absolwent przez rok. Fajnie, co?

Ale to se nevrati. Gdyby Klecha urodził się dwadzieścia lat później, ze swoim dyplomem i głową na karku mógłby co najwyżej śmigać po kursach dla bezrobotnych albo zasuwać gdzieś za ułamek swojej obecnej pensji. Nie dlatego, że byłoby z nim coś nie tak, ani z Dzikowcem, ani Podkarpaciem. Po prostu, dwudziestoparolatków z dyplomem i łebem na karku jest zatrzęsienie, a system nie ma jak ich wchłonąć. Lata dziewięćdziesiąte to był taki fajny czas, kiedy ludzi mających parę sprawnych zwojów mózgowych i którzy liznęli trochę wiedzy chociaż brakowało wszędzie. Administracja była nowa, firmy były nowe, no w ogóle fajno. Wiadomo, był głód, nędza, plan Balcerowicza etc., ale wtedy prawdopodobieństwo kariery typu ,,od wyrzucania kurzyńca do starostowania” były wtedy bardziej możliwe.

Jesteśmy pokoleniem ludzi zbędnych, mających fenomenalne, nikomu do niczego niepotrzebne kwalifikacje, pracujących pi razy oko za tyle samo niezależnie od tego, co kończyli i czy kończyli w ogóle cokolwiek i realizujących się poza pracą. W tym systemie dla roczników osiemdziesiątych i okolicznych nie ma miejsca. Jeśli rzucimy okiem na moich pi razy oko rówieśników, którzy weszli w lokalną politykę, robi się smutno. Zasada jest prosta – albo starasz się być większą świnią niż świnie okoliczne, albo twoje możliwości zrobienia czegokolwiek są na tyle ograniczone, że masz wątpliwości co do sensu całej tej zabawy.

Są jednak rzeczy w naszym grajdołku, które się udają. Co ciekawe, nie wymagają żadnej rewolucji, a innych rzeczy. Urodziny Hudaków są co roku fajniejsze, a wszystko dzieje się bez rewolucyj. Po prostu Hudacy with a little help from friends muszą się ozapierdalać.

Udaje się Kuźnia i Kuźniowe działania. Warto się przyjrzeć, na jakich działaniach zasadach działa. Ludzie z Kuźni nie rywalizują, a współpracują. Z niczym nie konkurują. Nie jestem i nie byłem członkiem stowarzyszenia, a zawsze mogłem liczyć na pomoc i dobrą energię ze strony ludzi z Kuźni i, mam nadzieję, że to się dało i da odczuć, vice versa.

Kimkolwiek jest przyszły Kardyś wyrzucający kurzyniec powinien wiedzieć, że wyrzucanie kurzyńca jest szlachetniejszym zajęciem niż starostowanie. Wszystkie fajne rzeczy powstają poza systemem, w rzeczywistości alternatywnej.

Tak się będzie tworzyło społeczeństwo obywatelskie w tym grajdołku i poza nim. Synergia zamiast konfrontacji, ewolucja zamiast rewolucji, współpraca zamiast ścigania. O ile oczywiście wcześniej wszystkiego szlag nie trafi i Puszcza Sandomierska nie wróci na swoje miejsce.

czwartek, 5 grudnia 2013

Gdzie kupić Chałwę?



W razie jakby ktoś szukał oryginalnego prezentu na święta dla teściowej, szefa albo tego buca co  mieszka piętro wyżej i zawsze puszcza Bałkanicę na fulla w piątek, niech zajrzy pod linki:

Do księgarni ,,Poezja'' - tam jest Chałwa zwyciężonym, jest i RED z Księgą wyjścia awaryjnego trza kliknąć tutej

Chałwa jest też dostępna w księgarni Frazy w Rzeszowie, mieście innowacji, korków i wielkiej cipy. Jeśli masz, drogi kliencie, upodobanie w którymś z powyższych, kliknij tutaj .[Uwaga, jak każde czasopismo literackie w Polszcze, Fraza boryka się z rzeczywistością i aktualizuje stronę z poślizgiem, więc książeczki nie widać]

Można też sięgnąć do źródeł, czyli do olkuskiego wydawcy TUTEJ, nie mam pojęcia, gdzie konkretnie trza kliknąć, wierzę, że Czytelnicy tego blo są bardziej ogarnięci ode mnie, co nie jest znowu takie trudne.

środa, 4 grudnia 2013

Lawina i kamienie, czyli neverending story (1)


Skończyłem czytać ,,Lawinę i kamienie'' Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Wrrrróć. Skończyłem słuchać. Bo to do słuchania książka była, przy wyrzucaniu gnoju i gnaniu zwierząt z pastwiska. Audiobooki są ostatecznym narzędziem emancypacji chłopa, bo może żywić, bronić i jeszcze książki wchłaniać.
Ale nie o to idzie. Książka lat temu parę była pisana nie tylko jako kawał porządny historii literatury, miała aktualną warstwę polityczną, która się zdezaktualizowała, a jednocześnie wątki, które się zaktualizowały na nowo.
Końcówka książki jest pomyślana jako głos w dyskusji o lustracji, która się była skończyła i nie ma temperatury dawnej. I tak gdy się czyta sążnistą rozmowę autorek z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim zaskoczonym informacją, że Herbert się z ubekami spotykał, chociaż nic im nie powiedział istotnego meritum tej rozmowy wydaje się mało istotne w perspektywie współczesnego dyskursu okołopolitycznego. Chociaż w perspektywie tegoż dyskursu skurwienia można się pozachwycać postawą Grudziskiego, który nie dość, że się spotyka z dziennikarkami Wyborczej, z którymi się nie zgadza zupełnie, nie dość, że rozmawia z nimi dwakroć i długo, to jeszcze na łamach prasy z tym wywiadem polemizuje. Mimo że mógł rozmowę w autoryzacji okroić, okaleczyć, trudne wątki i swoje zaskoczenia wyrzucić czy w ogóle posłać rozmowę do kosza. Zgodnie z prawem prasowym miał do tego pełne prawo. Klasa.
Uaktualniły się za to inne wątki. Na wykład wchodzi grupa rosłych młodzieńców, przerywa go głośnymi okrzykami i zarzuca prelegentowi, że nie rozliczył się ze stalinizmem, za który jest odpowiedzialny. Baumann na Uniwersytecie Wrocławskim? A guzik, Wiktor Woroszylski na tajnym wykładzie o poezji rosyjskiej w latach siedemdziesiątych. Młodzieńcy byli nasłani przez SB. Biedni narodowcy, nie dość, że ich istnienie Baumann przewidział w ,,Globalizacji'', zanim oni wiedzieli o jego istnieniu, to jeszcze ich metody i argumenty zostały wymyślone przez Służbę Bezpieczeństwa jeszcze przed narodzinami większości z nich. Smuteczek. Nie tylko ten incydent jest żywcem wyjęty ze współczesności, autorki cytują obficie komunistyczną prasę krytykującą utwory dysydentów ze środowiska KOR-u. Za każdym razem, kiedy krytyka jest prowadzona z punktu widzenia narodowego i patriotycznego, można zrobić kopiuj-wklejkę i wrzucić spokojnie na dowolny portal nacjonalistyczny czy innej tam Gazety Polskiej. Takie choćby atakowanie Konwickiego za babranie się w narodowych kompleksach, winach, wadach, etc. Już czterdzieści lat temu pisali mądrzy ludzie, że Konwicki tak nie powinien, bo społeczeństwo dużo wycierpiało i potrzebuje innego rodzaju sztuki, a nie ciągłego kajania się. Wystarczyłoby dodać modną we współczesnym prawicowym dyskursie frazę ,,pedagogika wstydu'' i recenzje mogłyby być publikowane też i dzisiaj. Przejęcie dyskursu endeckiego przez partię zauważył Miłosz bardzo szybko, a używanie ojczyzny jako wygodnej pały do lania bliźniego po łbie okazało się trwalsze niż partia i w ogóle chyba jest ponadczasowe. A do wątku Herbertowego jeszcze tu wrócę.

sobota, 30 listopada 2013

Krew jak wino. Euromajdan i wiersz Tarasa Malkowycza



Jest źle. Mówią, że do Kijowa przyleciały dwa samoloty OMON-u. Do autobusów jadących na Euromajdan nie wpuszczają kobiet. Pojawiają się apele, by nie przychodzić tam z dziećmi. Ljubow Jakymczuk pisze, że jeśli pójdzie, to tylko jeśli da radę z kimś zostawić syna i zabierze ze sobą kask. Ukraińcy są przekonani, że ich władza nie cofnie się przed niczym i autentycznie boją się tego, że wszystko skończy się rozlewem krwi i państwem policyjnym. Z drugiej strony, jak mówi Ljubow, ludzie są zjednoczeni, panuje nastrój euforii. Nigdzie nie ma partyjnych flag - tylko ukraińskie i unijne.

Do złych wieści - dobry wiersz. Taras Malkowycz. Jak mówi sam autor, wiersz w kontekście informacji o wydarzeniach może być symboliczny, bo bici i krwawiący ludzie chronili się dziś w Soborze Michajłowskim i to waśnie tam jest teraz drugi Euromajdan.

***
... i w ogóle
możemy zniknąć krusząc się na wszystkie strony
jak rozsypywany popiół
tylko że rozwiewać będą się plewy
bo jeśli chleb – to ciało Boga
a my stworzeni na jego podobieństwo,
to nasze ciało – chleb z plew
więc nie takie mocne
ale daje nam to możliwość
bycia giętkimi, bo kiedy zginamy się
albo uginamy
plewy naszych chlebowych ciał
mogą lekko i bez przeszkód krążyć
gnane winem, które jest nasza krwią
co prawda, czasem wino łączy plewy
i my dostrzegamy jedno w drugim, że
nasze wargi są ulepione z najbardziej przesiąkniętych z nich.

piątek, 29 listopada 2013

Euromajdan, czyli niestety, ale jest lepiej

Przede wszystkim trzeba odkryć tę dziejową prawdę - raz w historii stosunkó wzajemnych i nieodwzajemnionych ukraińscy poeci mają lepiej niż polscy. Podczasy gdy moi rówieśnicy w Ukrainie zaliczają już drugą rewolucję w ciągu jednego, krótkiego życia, roczniki osiemdziesiąte ( a dziewięćdziesiąte też zaczynają) narzekają na brak przeżycia pokoleniowego. Co najmniej, jakby praca za 1600 brutto przeżyciem pokoleniowym nie była, ale mniejsza. Trzeba powiedzieć sobie jasno: pod czysto literackim względem piszący Ukraińcy mają lepiej.
Pod innymi względami jednak - przerypane. 

,,Wszyscy, słyszycie, wszyscy, nie zapominajcie o naszym zjednoczeniu, jakiego dokonaliśmy w 2004. Euromajdan - to ponowne zjednoczenie naszych pragnień, naszej wiary, naszej miłości'' - pisze Lubow Jakymczuk. Znaczy, drodzy państwo, smuta. A tłumacząc to zdanie i w ogóle gmerając w komentarzach poetów ukraińskich do sytuacji miałem dziwne, trudne do opisania wrażenie. Bo wicie, rozumicie, jak się czyta polskie internety i prasę, to można nabrać przekonania, że żyjemy pod straszliwą okupacją, co to każe banany prostować, a dzieciątka nasze na drogi szatana sprowadza ucząc w przedszkolach, że chłopcy mogą bawić się w gotowanie. Zuo i piekła czeluści. A za tym kordonem wschodnim ludziom autentycznie na tym zależy. Serio, hasła takie jak ,,eurointegracja'' czy ,,zachód'' w ukraińskim dyskursie nie trącą jeszcze sztucznością czy egzaltacją. Nie są zgrane. To jest właśnie fajne w czytaniu ukraińskiej literatury i w ogóle do przykładania ucha do tego, co się tam dzieje. Ta kultura jest tak bliska, że idzie ją zrozumieć, a jednocześnie tak odmienna, że każe popatrzeć na wszystko z boku, z góry, a czasem z ukosa i sobie przenicować różne rzeczy. 

Możliwości są dwie: albo Ukraińców pogięło z tą Unią, albo my malkontencimy na potęgę. Raczej to drugie, niestety. 
Obawiam się, że doszło do tragedii. U nas jest dobrze. To za oknami, to właśnie jest ,,dobrze''. Innego ,,dobrze'' może już nie być. Innego śmietnika odzyskanego ogarniać nam dane nie będzie.



Edit:

Już po popełnieniu tej noci milicja brutalnie rozpędziła Euromajdan. Jakby jeszcze ktoś miał ochotę zestawiać Majdan z Marszem Niepodległości, to zapraszam. 


wtorek, 26 listopada 2013

Taras Malkowycz: ,,A ja tak marzyłem, żeby zobaczyć wszystkie sny''

A w Ukrainie Euromajdan. W Kijowie znów oddziały specjalne milicji rozbijają miasteczko namiotowe, ludzie koczują na zimnie, znów władza robi różne dziwne prowokacje.

,,Zostałem poproszony o poczytanie wierszy na Euromajdanie. I dosłownie przed chwilą Janusz Radwański przysyła mi tłumaczenie jednego z nielicznych moich wierszy, które mógłbym tam przeczytać, gdyby zaszła taka potrzeba. Przekład na polski jest na czasie jak nigdy - wiersz mogą teraz przeczytać koledzy w Eurosojuzie'' - pisze Taras Malkowycz na swoim FB.

No to, koledzy z Eurosojuzu, czytajmy, bo chwilowo niewiele więcej można zrobić dla bitych i zmarzniętych.

********
A ja tak marzyłem, żeby zobaczyć wszystkie sny
tłumacza-Kartagińczyka z tatuażem -
rozpostartymi skrzydłami papugi.
Wyobrażałem sobie, że zasypiam
i widzę go
papuzie skrzydła rozłożone ale
na prawym brakuje piór
Co drugie jest wyrwane
jak czarne i białe klawisze pianina
namalowane na czarnym tle
Pytam tłumacza:
„twoja papuga ma rozpostarte skrzydła-
kartagińskim zwyczajem ty pewnie
znasz więcej niż jedną mowę”?
„Tak, mówi, znam trzy”
„A czemu skrzydło papugi wyskubane?” - pytam.
„To mnie tak ukarano” mówi. Pewnego razu
poproszono mnie o tłumaczenie nabożeństwa
w cerkwi, gdzie pop był jąkałą
Zacząłem tłumaczyć i nagle zrozumiałem
że boję się coś przekręcić. Starałem się
zacinać tyle razy, ile on
a jak doszedł do słów „Zmiłuj się nad nami”
zobaczył łzy na ikonie.
Moje plecy zabolały,
jakby co kilka milimetrów
wyrywali z niego maleńki pasek skóry
A kiedy wróciłem do domu
żona powiedziała o tym, co widzisz teraz ty:
papuga na moich plecach ma wyrwane pióra z prawego skrzydłami -
jedno pióro za każde przeciągnięte przeze mnie słowo nabożeństwa.

niedziela, 24 listopada 2013

Brzydota nasza pospolita


Co się na Hudakach działo, tego oko nie widziało, ucho nie słyszało, a wątroba nie przerabiała. I ja tam byłem, nic nie piłem, bo prowadziłem, a co widziałem i słyszałem, tego na stu skórach wołowych by nie spisał, bo to nie jest temat na skóry wołowe. To jest temat na musical katastroficzny i to oscarowy.
Sława tym, którzy zrobili w sobotę coś wymagającego energii. Sława Szymkowi, który poprowadził następnego dnia Kuźniowe warsztaty o bębnach dla dzieci. Ojczyzna mu tego nie zapomni.

O tym, do czego są urodziny hudackie pisał Pewien Znany Mazur na Twarzoksiążce. ,,Tego wieczoru zobaczyliśmy po raz kolejny, że można tworzyć rzeczy dobre i piękne, że prócz wrzeszczącego i zadławionego chęcią zysku, głupotą i marazmem świata istnieje coś jeszcze.''

Pryz okazji impreza to okazja do przypomnienia i przemyślenia sobie znanej i nieznanej muzyki łemkowskiej. Wychodzi mi na to, że wszystkie piosenki o miłości czy innych nieszczęściach ruszają mnie mniej niż standard ,,Dobri w Hameryci''. Musiałem byłem zrobić sobie szybką autopsychoanalizę, bo to objaw niepokojący. Wszystko w porządku. Idzie o tekst.

,,Dobrze w Ameryce, jak idzie robota
ładnie się ubierzesz, jak przyjdzie sobota
Ładnie się ubierzesz, ładnie się umyjesz
bo ty się nie boisz, że ci w polu gnije
że ci w polu gnije, że woda zabierze...''

Mieszanka radości i tęsknoty w piosence łapie mnie za serce, ile razy to słyszę. To jest jeden z nielicznych w sumie kawałków, w których mowa bardzo wprost o tym, z czego kultura ludowa wyrastała, a wyrastała, z głodu, biedy i niedoboru wszystkiego. Wszystko, co w niej fajnie i niefajne bierze się z braku albo przeciwko brakowi jest wymierzone.

Na przykład brzydota wsi potransformacyjnej. Te wszystkie sajdingi. Kostki. Dostawiane i pasujące jak gówno do buta kolumienki. Przyklejane do kostek typowogierkowskich wieżyczki ze śwagrem z pustaków uklejone. Wszystko to jest, owszem, brzydkie, ale nie do końca. Bo jak się spojrzy na te brzydactwa jak na manifestację stanu względnej sytości, efekt pierwszego w historii polskiej wsi czasu, gdy widmo głodu, takiego podstawowego i fizycznego nie jest czymś powszechnym, to robi się cieplej na duszy. Czulej się patrzy na to wszystko, jak się pomyśli, że za takim tympanonikiem ni w pizdę ni w oko stoją setki lat niedojadania, chłodu i, przeważnie, niewoli.

Na Kielecczyźnie pod koniec XX stulecia, jak się ludzie dorabiali na truskawkach i saksach, powstał zwyczaj budowania domów dużych i murowanych, meblościankami nowiutkimi meblowanych i w kolorowe telewizory wyposażanych i gnieżdżenia się w starych chałupach i letnich kuchniach. Odświętne domy otwierano na święta, uroczystości rodzinne typu ślub, komunia albo pogrzeb i jak ktoś przyjechał.

Już za około stu lat takie domy będą w skansenie w Kolbuszowej. Obok chałupek obitych sajdingiem i gargameli z pustaków. I nikogo to nie będzie oburzać, tako wieszczę AD 2013, pamiętaj o tym, droga potomności.

środa, 20 listopada 2013

Jak przyjemnie i pożytecznie ładować czołgi do pociągu

Tego już za wiele. Wojsko latami niewoliło ludzi, teraz ich zabija, ale to, jak by na to nie patrzeć, tradycja i w ogóle cel istnienia instytucji. Ale tworzenie grafomanii to już przesada.

,,Wagony na rampę załadowczą podstawione zostają wcześnie rano. Tuż przy rampie, już w gotowości stoi sprzęt który będzie ładowany. Większość stanowią czołgi PT-91 Twardy. Wokół w milczeniu czekając na sygnał, stoją czołgiści. Wśród nich jest dowódca batalionu major Chapski, który ze spokojem obserwuje swoich żołnierzy. Kiedy pada komenda każdy żołnierz udaje się na swoje miejsce. Nie widać nerwowości, zbędnych gestów, nie słychać niepotrzebnych rozmów. Każdy wie co ma robić i robi to doskonale. Tutaj widać doskonale co znaczy pojęcie profesjonalista.

Załadunek sprzętu poszedł bardzo sprawnie. Jeszcze tylko ostatni rzut oka, czy czołgi są dobrze zabezpieczone i można spokojnie czekać na lokomotywę. Teraz, gdy cały transport jest załadowany i gdy złożone zostaną wszystkie meldunki, że wszystko w porządku, na twarzy majora Chapskiego pojawia się cień ulgi. Aż do rozładunku w Nowej Dębie…''

Tekst napisał kapitan Zbigniew Gierczak wojsko opublikowało go na portalu wojsk lądowych. Czujecie tę chropowatą, szorstką, męską narrację żywcem z Tygrysów? No właśnie, niby fajnie, ale czy naszej armii nie stać na jakąś nowocześniejszą niż kilkudziesięcioletnia, narrację? Czy kapitan Gierczak nie mógłby swojego pisania cokolwiek zmodernizować? To na pewno łebski chłop, gdyby armia zainwestowała w odświeżenie biblioteczki, na pewno załapałby nowe style, no i jak by to mogło wyglądać!

,,Najpierw ona mi powiedziała, że ma dwie wiadomości dobrą i złą. Ja  że dobrą . To ona, że w mieście jest załadunek czołgów na rampie kolejowo-kolejowej pod flagą biało-czerwoną i wie od majora Chapskiego. Ja się jej pytam, skąd on  takie rzeczy  może wiedzieć, major Chapski,. A ona że na mieście  mówią, ale teraz powie złą i ta zła jest taka, że między mną a majorem Chapskim wszystko skończone  to powiedziała tymi swoimi ustami fałszywymi, bo w niej wszystko jest fałszywe, prawdziwe są tylko czołgi na rampie''

Albo tak:

,,Major Chapski, z piątego pokolenia zagorzałych wojskowych i z dziada pradziada kawalerów  był co prawda katolikiem, ale i luter z niego, czego nie wiedział, a co tkwiło w samej jego istocie, mógłby być porządny. Samo ładowanie czołgów przyjemności mu nie sprawiało, nawet stawała się obrzydliwością dla niego myśl tylko o ich ładowaniu, ale równanie idealne do krawędzi platform gąsienicami napełniało go niekłamanym poczuciem pełni i kto wie, czy podobne chwile jak po zrównaniu linii gąsienicy z linią brzegu platformy czekałyby go w jego alternatywnym, luterskim życiu gdzieś w Wiśle, bo było napisane - równajcie, a i wam dorównane będzie''

Albo tak:

,,no, proszę sobie wyobrazić:
marzec albo kwiecień.
hm... raczej listopad
wieczór.

spotykam  - majora Chapskiego
jest jak świnia trzeźwy

idziemy na rampę
on - między załadowaniem czołgów a jazdą do Nowej Dęby
ja - pomiędzy cykaniem czołgom fotek
a pisaniem o ładowaniu czołgów, które być może także przerodzi się
w kłótnię z jakąś kobietą o czołgi
siedzimy więc na rampie
choćbym się nawet bardzo skupił,
nie pamiętam gdzie

i nagle on, wskazując mi jakieś dwa czołgi
stojące koło rampy
proponuje byśmy się je załadowali

a ja mówię
daj mi spokój
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
niełczołgowalnym''







wtorek, 19 listopada 2013

Gdzie kupisz ryby, czyli Podkarpacie Podkarpaciem Polski.

Co słychać w pierwszym świecie? U nas na przykład w rybnym są ryby. Nieźle, co?



No dobra, nie ma co se robić jaj. Karteczka jest potrzebna, bo w rybnym jest przecież salonik prasowy. Obecność ryb w rybnym nie jest zatem tak oczywistą oczywistością, jak obecność gazet.

Tymczasem Business Centre Club zgłosił pomysł, żeby minimalna krajowa była zróżnicowana w zależności od regionu. Bo wiadomo, w Warszawie za minimalno to sie nawet na dobre suszi nie pójdzie, a jak na Podkarpaciu chłop dostanie te 1600 na rękę, to wszystkie kobity w promieniu 40 kilometrów jego, a widmo halucynacji z chłodu i niedożywienia jest od niego na długo oddalone.

Wesoło się żyje na Podkarpaciu Europy, ni ma co.

niedziela, 17 listopada 2013

Jedzie, jedzie na kaszance, czyli obwodnica.

Mieliśmy z Hanią dyskusję kulturową

Jo: Jedzie, jedzie na kaszance, na kaszance...
Haniołek: Na Kasztance!
Jo: Kaszance
Haniołek: Kasztance jest ładniej!
Jo: Kaszance jest śmieszniej!
Haniołek: Kasztance jest ładniej!
Jo: Kaszance jest śmieszniej!
Haniołek: Kasztance jest ładniej!
Jo: Kaszance jest śmieszniej!
Haniłek: Kasztance jest kulturalniej!

Tu zgłupiałem. Moje dziecko nie wiedzieć kiedy złapało jakieś poczucie stosowności i niestosowności. Nie wiem kiedy, ba, nie wiem nawet, od kogo, bo przecież poczucia niestosowności robienia sobie jaj z kanonu pieśni patriotycznej nie mogła nauczyć się ode mnie. Po raz pierwszy tego dnia zastanawiałem się, czy z moim poczuciem stosowności jest wszystko w pariadkie.

Drugi raz zastanawiałem się w kościele. Ksiądz przeczytał cały, calutki apel tego komitetu od budowy obwodnicy Kolbuszowy. No dobra, ksiądz zasuwający z ambony litanię zalet obwodnicy wzbudził we mnie poczucie obciachu.
Do komitetu wąty zgłaszał Kolbuszowski Magiel, zdając między innymi pytanie o to, co to za komitet obywatelski, jak jest tworzony w 3/4 przez polityków. Pal to diabli, w małej społeczności, mało jest lokalnych liderów, większość siłą rzeczy wplątuje się w politykę. Zabawniejsza jest konieczność odczytywania apelu z ambon i w ogóle przekonywania ludu kolbuszowskiego do poparcia obwodnicy. Lud ma potrzebę przemożną, żeby mu ktoś obwodnicę pierdyknął na polach i przez lasy, tylko jeszcze o tym nie wie. Komitet tylko musi ludowi tę potrzebę uświadomić, żeby lud ją wyraził, to wtedy komitet tę potrzebę zaspokoić raczy jako wyraziciel woli ludu, którą sam był w ludzie wytworzył i cześć.

Użycie do tego uświadamiania księży odczułem jako cios poniżej pasa. Rozumiem, gdyby chodziło o jakąś sprawę bezsprzecznie dla ludzi korzystną, niebudzącą wątpliwości. Ale sprawa obwodnicy taka, na moje oko, nie jest.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio stałem w Kolbuszowej w korku. Tzn. w takim uciążliwym, w którym stoi się więcej niż jedną-dwie minuty przed rondem. Nie wiem, czy ekologiczna degradacja terenów na północ od Kolby, wycinka lasów, dewastacja krajobrazu i inne atrakcje związane z taką budową są warte tego, żeby przez Kolbę jechało się dwie-trzy minuty krócej. Można o tym rozmawiać, ale nie w sytuacji, gdy argumenty ,,za'' padają z ambony.

sobota, 16 listopada 2013

Nowa Fraza!


Wszystko się rozpada. Ministerstwo ds Entropii nie spisuje się ostatnio. W całym oceanie zamierania po raz kolejny udało się ziścić cóś na kształt niedużego cudu i wyszła nowa Fraza. Jeszczem w łapach nie miał, więc nie zachwalę jakoś porządnie. Powiem tylko, że moje przekłady Andrija Lubki i Pawła Korobczuka też tam są. A jest i przekład Morel Donbasu Ljubow Jakymczuk. Z Donbasu poetki właśnie. Pierwszy przekład całości poematu na zagramaniczne języki, szybsi od nas byli tylko Żydzi, ale po hebrajsku ukazały się tylko fragmenty.
I na koniec brejking nius - przedwczoraj Ljubow wygrała międzynarodowy konkurs ,,Słowiańska Nagroda Poetycka''. Na pudle stanie z reprezentantami Rosji i Bułgarii. Jakby ktoś był ciekaw,jak wygląda podium, to 3 grudnia wręczenie będzie w Charkowie. A brejking nius podaję, bo Ljubow na konkurs wysłała właśnie ,,Morele Donbasu''.

Morele Donbasu

Tam, gdzie nie rosną morele, zaczyna się Rosja
Twarz węgla

Z oczami niebieskimi, jak
z włosami jak 
nieco przerzedzony len

jak sztandar zatknięty  
w kopalniany chodnik 
stoi po kolana w wodzie
mój tata

jego twarz jest jak węgiel
z odciskiem przedpotopowego skrzypu

stratowane latami 
morze twardnieje na sól
trawa na węgiel,
a tata jak ostnica-
siwieje

Jest mężczyzną,
a mężczyźni, jak uczy reklama,
nie płaczą

jego policzki wąwozami 
pocięła kopalnia
węgiel wyrąbany z jego twarzy
spłonął w piecach Donbasu
i jego paleniskach

a gdzieś tam nad tatą
stoi hałda
jak smok
jak sfinks
na straży swojego Tutenchamona

i tylko ja wiem,
że ta hałda w stepie
to kapsle z butelek
opróżnionych przez tatę
i popiół z papierosów

przez tatę wypalonych






To jest pierwsza część poematu. Reszta we Frazie:)

piątek, 15 listopada 2013

Kraków czyta dla Warszawy

Co się dzieje, to nie ogarniam czasem. Kraków (pozdro dla Dawida Kasiarza odpowiedzialnego za zamięszanie)  będzie zbierał kasę i ją odda. Za darmo. Świat się kończy.

A chodzi o to, że był Marsz Niepodległości. O tęczy spalonej i rzewnymi łzami opłakiwanej ludzkość słyszy dużo, o ambasadzie rosyjskiej też, o zdemolowanych skłotach - mniej. Trochę działają tu normalne mechanizmy wypierania jednych niusów w mediach przez drugie - tęcza jest wizualnie ciekawsza, a ferment międzynarodowy ma teoretycznie większy wpływ na zwykłego działacza kebaba niż kostka brukowa wrzucana ludziom przez okna do domu. Zastanawiam się też, na ile empatii w tym przypadku nie blokuje wrzucenie tych ludzi do obcych większości odbiorców kategorii ,,lewicowi ekstremiści'' albo próby odwracania przez uczestników MN kota ogonem i rozpowszechniane na początku informacji o tym, że skłotersi zaatakowali, a w akcie heroicznej samoobrony ruchacze narodowi musieli spróbować spalić im chałupę. Kto wie? Na moje oko atakowanie domów z ludźmi (w tym dziećmi) w środku to większy hardkor niż fajczenie budki bez uzbrojonego wartownika wewnątrz czy tęczy z założenia bezludnej. Ale co ja tam wiem.

Ogarnięte okazało się środowisko lyterackie. W ten weekend w Polszcze odbędą się imprezy z czytaniem wierszy, na których będzie można dorzucić grosik na pomoc w naprawie zniszczeń w skłotach. Bo wiecie, ludzie mają różne kaprysy. Na przykład posiadanie niewybitych szyb w listopadzie.

W Krakowie czytanie będzie w niedzielę w Cafe Fińskiej na Józefińskiej. Początek o 16.30. Poza czytaniem będzie kiermasz książek po cenach od każdego wedle możliwości.


Link do wydarzenia na FB TUTEJ

środa, 13 listopada 2013

Jak zostałem mecenasem

Mecenat państwowy jest cokolwiek żenujący. Bo jak człowiek pomyśli, że pod przymusem państwo zabiera piniondz ciężko zarobiony chłoporobotnikowi spod Krosna i daje artyście Zenkowi z Wrocławia na instalację o dyskryminacji pingwinów na Jamajce zamiast wysłać jakieś dzieci na kolonie do Mielna czy innej Riwiery, to jest niefajnie. Ale z drugiej strony jak se człowiek pomyśli, że toż samo państwo zabiera też piniondz tej pani z banku, co okantowała nas na kilkadziesiąt złociszy i daje ubogim poetom na przejazd drugą klasą PKP na spotkanie lyterackie we Wdzydzach na przykład, zamiast wydać na bomby i czołgi, to już się robi milej.

Więc jakby co, to się na mecenat państwa nie krzywimy, tym bardziej, że prywatnego się już chyba nie doczekamy. Zresztą na dobrą sprawę - dlaczego normalny człowiek po dojściu do jako-takich pieniędzy miałby się otaczać mniej lub bardziej neurotycznymi freakami, a nie np. modelkami? Ni ma bata, panie.

Mimo to musiałem zostać mecenasem. A było to tak. Digart.pl., jeden z najwięksiejszych polskich portali od prezentowania sztuki w sieci, wyrzucił ze strony głównej literaturę. Zawsze była, tera nie ma, tera jak ktoś z ulicy wejdzie, to se pogrzebie w zdjęciach, obrazach, ba, nawet ręcznie robionej biżuterii w modeliny, w opowiadaniach i wierszydłach - nie.

Ogłosiłem więc konkurs na esej tłumaczący, w jaki sposób ręcznie robiona biżuteria jest ważniejsza dla dziedzictwa duchowego Narodu Polskiego Zawsze Dziewicy po Trzykroć Umęczonego od tegoż narodu literatury. Konkurs jest TUTEJ. Prace już wpływają.

Oczywiście, matka mnie patelnią po głowie nie biła, ba, w ogóle mnie nie biła i jestem na tyle ogarniętym chłopczyną, że wiem, że z punktu widzenia strony prowadzonej przez grupę Onet literatura to gówno. Trudno ją powiązać z jakąś sensowną reklamą kontekstową. Wiadomo, fotografom można sprzedawać obiektywy, malarzom podobrazia i podogonia, a pisaczom i czytaczom - pisaki i czytniki chyba. Mnie google od jakiegoś czasu pyta po rosyjsku, czy nie tęsknię za Ukrainą i proponuję kartę do dzwonienia do Ukrainy albo podsuwa portal randkowy do znajdowania rosyjskich żon. Żadnej nie zgubiłem, więc dziękuję, postoję.

Literatura generuje rodzaje relacji, które nie tylko nie dają się sprowadzić do relacji sprzedawca-klient, ale takich relacji jej odbieranie i uprawianie za sobą prawie nie pociąga. Na tym polega słabość ty gałęzi sztuki i to jest też powód, dla którego cza na nią  dmuchać i chuchać, hołubić i w ogóle tam teges. Coraz mniej relacji nijak niezekonomizowanych mamy i będziemy mieć.

sobota, 2 listopada 2013

Bajka Franciszka



,,Dawno, dawno temu żył sobie na świecie król. Jego dzieci poszły do jaskini, w której mieszkał potwór. Ale potwora nie było. Był na spacerze.''




























Podobno nowy Sapkowski się chowa, co?

czwartek, 31 października 2013

Ambicje

- Planuję zostać ojcem narodu, jak Abraham. Generalnie to będą tacy Polacy, tylko że życzliwi.

- Znaczy Czesi?

- Kurwa.


wtorek, 29 października 2013

Noszę indeks cz. 2



Rok 2034. Wieś gdzieś na skrajach stepowych połaci Podkarpacia.

- Sca'ść ci Boże, synek! Jak dobrze, ześ przyjichoł, dyć sie teroz bedo sianokosy zacynoły! Juześ te egzaminy skuńcył?
- Tak, tato, już po sesji.
- No, to pochwol sie, pokoz tyn jindeks!
- Tato, teraz nie ma indeksów.Wszystko jest podpięte pod USOS.
- Jak ni mo? A biblyjoteki dzie piecuntki wbijajo, jak nie w jindeksy?
- Też wszystko jest w systemie. Jeśli student przetrzymuje książki, pojawia się na jego profilu dostępnym dla administracji ile książek, jakie, gdzie, jak długo...
- Eee, gupoty radzisz synek. Dyć pamjyntom jak dziś, jesceś był mały sraluch, a jesce w dwa tysiunce trzynastym, za późnygo Tuska to było... Niby usosy skurwesyny tyz byli, ale szyskie wiedzioły ło nich, ze to zło i Babilon i zem musioł jechoć tyli światu do tygo Krakowa jino po to, coby jindeks z jednygo budynku wziońć, zaniść do biblyjoteki, zeby mi tam pon piecuntke wbił i nazod zaroz łodnieść, bo na pekaes trza było wracoć.
- Tato, niemożliwe. Myli się już tacie na stare lata.
- E, młodyś jesce, zycia nie znosz... Łusos łusosym, a wtedy to furt jino papiry sie łobarcało. Ni mo papira, ni mo chopa, jak napisoł, Michaił Afanasijewicz Bułhakow...
- Nie wierzę. To kiedy te sianokosy?


Żeby uniknąć po latach podobnych dialogów z dziećmi, wziąłem je do Krakowa. Niech na własne oczy widzą, niech świadczą przed przyszłymi pokoleniami. Uniwerek będzie im się kojarzył z chodzeniem między biurkami i przenoszeniem papierów. Trudno, Uniwerku wybór, nie mój.

Tymczasem Politechnika Lubelska nakręciła film dla studentów pierwszego roku. Film se można wygooglać. Wyjaśnia pierwszoroczniakom, że nie można rozmawiać na ćwiczeniach przez telefon i że należy zakładać codziennie czyste skarpetki. Nie wiem, jak doszło do spłodzenia pomysłu na filmik. Strzelam, że na senacie uczelni ktoś rzucił hasłem: ,,Ej, wymyślmy sposób, jak przekazać jednocześnie dużej grupie ludzi komunikat: >>Gardzimy wami, plebejskie ścierwa<<''.

czwartek, 24 października 2013

Jestem głąbem, czyli jacy niewolnicy pracują na tego bloga

Kuźnia zrobiła wieczór ukraiński. Śmiem twierdzić, że Kuźnia zrobiła dziś wieczorem więcej dla stosunków polsko-ukraińskich niż polskie i ukraińskie MSZ-y przez ostatnie dwa tygodnie. Przyzwoite przedwojenne ministerstwo oddawało w takiej sytuacji hajs albo strzelało sobie w łeb.

Ale nie o tym. Bo Ukraińcy pokazali prezentację o Ukrainie. Dziewczę jedno mówiło o Sofijówce. I tum zagłębił się we wspomnieniach. Każdy polonista z Sofijówką się bowiem musiał zetknąć. Bo taki poemat był, Trembecki go napisał na początku XIX wieku. Poemat składa się z opisu ogrodu Sofijówka w Tulczynie, a także z tytułu i podtytułu. Pomyślisz, Czytelniku, że dupy zapewne nie urywa i tu się mylisz.
Sofijówka to taki ogród - książę Potocki chciał zrobić swojej żonie fajny ogródek, więc wziął spory kawałek stepu, nastawiał świątyń  greckich, sztucznych jeziorek i pagórków, skalniaczków przerastających  Twoją chałupę i tak powstał jeden z największych ogrodów angielskich Europy. Poemat Trembeckiego też jest gitmajonez, misterny, precyzyjny, całe pierdolnięcie późnego oświecenia, na jakie tę epokę było stać, jest włożone w ten tekst. Naprawdę, jak na tak kiepski dla poezji polskiej czas, Sofijówka daje radę.

I w czasie prezentacji pomyślałem o poemacie. A z myślenia o poemacie wyrwało mnie jedno zdanie rozpływającej się w zachwytach nad istniejącą do dziś Sofijówką dziewczyny. ,,Ogród został zbudowany przez niewolników''.

Jestem głąbem. Nigdy o tym nie pomyślałem. Nie pomyślał nikt na ćwiczeniach z oświecenia i romantyzmu na studiach, a przecież ćwiczenia prowadziła piekielnie inteligentna doktorka i chodziłem do klasy z dziećmi, których też matka nie biła patelnią po głowie. Niby nie była wiedza o tym, że wszystkie te cudowności stawiali za friko pańszczyźniani chłopi  potrzebna do analizy tekstu, ale jeśli użyje jej się jako klucza interpretacyjnego, od razu inaczej patrzy się na te wszystkie świątynki i ich klasycystyczne opisy w wykonaniu Trembeckiego. Za całym pięknem i wysublimowaniem szlacheckiej kultury stoi głód, niewola i cierpienie, łatwo się o tym zapomina.

No dobra, teraz Czytelnik sobie pomyśli, że tekst wiedzie do tradycyjnej pointy, że panów trzeba było rżnąć, co nie? Ale idźmy dalej. Dziś oczywiście nikt czegoś na skalę Sofijówki nie zrobi, nie ma nikogo z taką kasą, fantazją i zastępami niewolników, dzisiejsze niewolnictwo owocuje bardziej badziewnymi i efemerycznymi rzeczami. Na przykład tym blogiem. Nocię piszę na komputerze składanym czort wie gdzie, przez ludzi pracujących w czort wie jakich warunkach. Moje siedzenie i jej pisanie jest zaś możliwe m.in. dzięki temu, że na samochodzik dla dziecka nie muszę pół dnia, bo takie samochodziki składają inne dzieci albo przesiedleńcy z chińskiej wsi w 15 minut za głodowe stawki.

Co z stoi za naszą kulturą?


środa, 23 października 2013

Dobre dynamko nie jest złe


Mam ci ja dynamo i ono działa. Wyrczy i wyje, ale prąd robi i o to w dynamie chodzi. Moje dynamo powstało w NRD i dlatego dynamko cieszy mnie podwójnie. Raz, że mi żarówki w rowerze świecą, dwa, że można sobie nad dynamkiem podumać. Bo moje dynamko przeżyło państwo, które je wydało. W ogóle mam jakiś taki sentyment do rzeczy zrobionych w byłych demoludach. Bo miło popatrzeć na dynamo trwalsze niż wredne opresyjne państwo, nie? Cieplej się myśli o człowieku. Dynamko świadczy o tym, że potrzeba rozświetlania ciemności jest jakoś tam trwalsza od potrzeby podsłuchiwania i zastraszania, a prastary ciągnik Władimiriec zdiełany w zakładach im. Żdanowa (w Sawieckom Sajuzie), chociaż bez hamulców, jeździ i jest mobilnym (czasem aż za bardzo) pomnikiem tryumfu myśli traktorotwórczej nad łagrotwórczą. Chociaż pewien nie jestem, bo łagry w Rosji dalej są, a zakłady im. Żdanowa diabli mogli porwać, bo dziś takich Władimirców już nie robią. 

A google digitalizuje zbiory muzealne . Na razie moje serce jest podbite przez Chichiro Art Museum i Muzeum Archeologiczne z Hamburga. W takich archeologicznych muzeumach zawsze najfajniejsze są zabawki. Ciepło mi się robi na sercu, jak patrzę na jakieś kościane koniki czy drewnianych rycerzy siedemnastowiecznych zawsze. Bo znaczy, że jakiś bardzo ludzki rys jest wspólny dla ludzi zawsze i wszędzie. No i - zabawki zwykle po wykopaniu nadają się do użycia, a te wszystkie kamienne maczugi, miecze czy inne pancerfausty szlag trafia. Miło. 























Tak, tytuł notki ma przyciągać ludzi, którzy często czytają pierwszą i ostatnią literę słowa, w środek wstawiając to, co im chodzi po głowie. 


wtorek, 22 października 2013

sobota, 19 października 2013

Pokaż swego wuja, czyli Irving na propsie

Uważam Rze szczeliła wywiad z Davidem Irvingiem. Co ciekawe, jeszcze parę lat temu Ratajczak za samo referowanie prac m.in Irvinga (którego, co znamienne, wsadził do jednego wora z oszołomami, którzy nie nie wierzą w gazowanie w obozach) wyleciał z uczelni i zapił się na śmierć. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że referował jarając się tym jak wczesna gimbaza szkolną dyskoteką, no ale to było cóś innego niż publikowanie w ogólnopolskiej mainstreamowej gazecie wywiadu z typem, który dostał trzy lata za kłamstwo oświęcimskie. ,,Powodowany swoimi poglądami ideologicznymi Irving systematycznie i z premedytacją zniekształcał i manipulował materiałem historycznym; z tych samych powodów przedstawił Hitlera w niemożliwym do usprawiedliwienia, pozytywnym świetle, przede wszystkim w związku z jego stosunkiem do Żydów i odpowiedzialnością za ich traktowanie; że aktywnie zaprzecza istnieniu holocaustu, że jest antysemitą i rasistą związanym z prawicowymi ekstremistami propagującymi neonazizm'' - to nie z Wyborczej, tylko z sentencji sądu.
W wywiadzie Irving mówi: ,,Dla mnie jest to jasna wskazówka, że Himmler zadecydował o „rozwiązaniu kwestii żydowskiej", dokonał ludobójstwa samodzielnie, nie powiedział nic o tym Hitlerowi'', co dziennikarz puszcza bez mrugnięcia okiem, podobnie jak resztę  wywodu Irvinga, w którym przekonuje, że car był co prawda dobry, ale bojarzy z Himmlerem na czele to były przechuje. I co prawda, owszem, Niemcy jednak tych Żydów i innych podludzi typu Polacy mordowali, ale powyżej pułkownika nikt o tym nie decydował, a już sam Hitler pojęcia nie miał, że gdzieś tam jakichś Żydów ktoś męczy.
Jeszcze parę lat temu Irving w dyskursie publicznym funkcjonował jako taki bardziej cywilizowany, bo znający angielski Bubel. Dzisiaj można chłopa do Polski zaprosić i traktować jako normalnego, choć mającego oryginalne spojrzenie na sprawę historyka.  Nie wykluczam, że za 20-30 lat Hitler w ogóle stanie się w miarę neutralną postacią historyczną i cześć. To jest całkiem możliwe, im dalej od wojny, tym więcej pojawia się ludzi zaprzeczających Holocaustowi. Co ciekawe, przede wszystkim poza Europą Środkową. Przyczyny są proste - tutaj w zasadzie każdy zna jakiegoś naocznego świadka masowych morderstw. Moja babcia mieszkała przy trasie Marszu Śmierci z Oświęcimia, więc opowieści o trupach na poboczu mijanych w drodze do szkoły, chlebie zostawianym na progu, zbiegach ukrywających się w szopach i stajniach znam z pierwszej ręki. Ale dla moich wnuków (dej Boże), to będzie jak historie o gwałceniu zakonnic przez żołnierzy Napoleona w Hiszpanii. Im mniej świadków będzie żyło, tym więcej ludzi będzie przekonanych, że z tymi komorami to pic na wodę. Oczywiście, z drugiej strony, każdy chiba w Polsce ma wuja albo sąsiada albo przynajmniej sprzedawcę w spożywczaku, który mówi, że jedne, panie, co Hitler dobrze zrobił, to zrobił porządek, panie, z Żydami. Ale jeszcze do niedawna taki wuj był postacią, której się może i kartkę na święta wysłało, bo krześcijański obowiązek, ale już na wesele córki raczej się go nie prosiło, bo obciach nieziemski. Teraz wuja można zaprosić do Uwarzama i wziąć na spytki.
Nie mam siły czasem, do tego, co czytam.
Czasem lepiej se wyjść do ogródka i pokopać. Najlepiej jakąś dobrze zamaskowaną ziemiankę.

poniedziałek, 14 października 2013

Koniec genderu, początek shit studies

Ok, gender w literaturoznawstwie się zadomowił i nikogo specjalnie nie dziwi. Związki między płciowością, kulturą a literaturą, tzn. badanie ich to już norma, przydałoby się humanistykę przewietrzyć. Niniejszym ogłaszam początek nowego prądu w literaturoznawstwie. Shit studies. Badanie kulturowych uwarunkowań robienia kupy i ich wpływu na literaturę, a także interpretacja dzieł literackich przez pryzmat obrazu wydalania w utworze.
Brzmi dobrze, nie?
A teraz modelowy przykład.
Weźmy Władcę Pierścieni, Tolkiena. Rany, ile tam jest fajnych miejscówek opisanych. Takie Rivendell na przykład. Sale jadalne. Paleniska, kominki, tarasy. No i git. Ale gdzie się tam chodzi za potrzebą? Do kominka, jak w Wersalu? Są wykusze, jak na Wawelu? Jeśli tak, to gdzie to wszystko spada? Byłożby Rivendell skanalizowane? Ale dlaczego Tolkien, tak chętnie podkreślający wyższość cywilizacyjną elfów, pomija ten, stawiający ich wyżej niż inne rasy Śródziemia, element? Sprawa podejrzana.
Albo Shire. Hobbici przy swojej diecie (dwa lub więcej obiadów i od metra innych posiłków) powinni srać jak opętani. A tymczasem wzmianek o tym nie ma. A rozwiązanie tej kwestii jest ciekawe. Hobbici jako rasa rolnicza powinni, tak jak zresztą chłopi w Europie jeszcze do XX wieku, używać gówna jako nawozu. Tedy też Shire powinno jechać gnojem równo. Tego we Władcy... nie ma. W Hobbicie też.
Alternatywą są latryny. Sranie do dziur w ziemi to jednak średni pomysł, jeśli samemu się mieszka w dziurach w ziemi, nieprawdaż? O ileż gorzej wyglądałyby te sielskie sceny w hobbickich domkach, jeśli pomyślelibyśmy, że Hobbici muszą cały czas zabezpieczać je przed przeciekaniem skażonych bakteriami kałowymi wód podskórnych i gruntowych?
Przychodzi czas na konstatację strasznej prawdy. Elfy nie srają. Hobbici nie srają. Tolkien odmawia swoim bohaterom prawa do zrobienia kupy. Zdejmuje z nich całe brzemię ludzkiej fizjologii, co tylko z pozoru ma dobre konsekwencje. Bohaterowie nie są obciążeni niczym niskim czy nieczystym, mogą lubić jeść, ale srać już nie mogą, ich natura jest niepełna. Bo z wycięciem ze świata Śródziemia gówna dosłownego idzie w parze wycięcie gówna metaforycznego, czyści bohaterowie nie mogą zrobić nic brudnego w sensie dosłownym (kupa), nie mogą też zrobić nic brudnego w sensie moralnym. Co znów tylko pozornie buduje świat dobry, w rzeczy samej natomiast Tolkien swoje postacie okaleczył, odbierając im wolną wolę. W przypadku Śródziemia nie mamy tak naprawdę do czynienia z konfliktem dobra i zła. Mamy do czynienia z konfliktem dwóch totalitaryzmów, dwóch formacji wykluczających wolną wolę, jakiekolwiek samodzielne działania. I sranie, nie zapominajmy o sraniu, w końcu to pierwsza analiza shit studies w dziejach. W gruncie rzeczy zatem ,,Władca pierścieni'', choć wychodzi z dziewiętnastowiecznego konserwatyzmu, jest refleksem dwudziestowiecznych totalitaryzmów, emanacją pogardy dla tego, co ludzkie, będącej cieniem marzenia o ubermenschu, o rasie panów, pięknych, dobrych elfów pozbawionych odbytów.

niedziela, 13 października 2013

Piździernik, czyli Mio, mój Mio

15 października się zbliża. Data rozpoczęcia akcji ,,Mio, mój Mio''. W ogóle Astrid Lindgren kochamy za całokształt, ale za wracające w Mio, mój Mio zdanie jedno szczególności.
,,Gdyby choć ciemność nie była taka straszna - szepnął Jum-Jum - Gdyby rycerz Kato nie był taki okrutny, a my tacy mali i samotni". Ono sobie wraca przez najstraszniejszą część książki i wywołuje ciary i łzy. Lindgren i w ogóle Skandynawów kochamy za traktowanie dzieci serio. Lindgren nie zastanawia się, czy rycerz Kato i przerażeni Mio i Jum-Jum nie będą się śnić dzieciom po nocach. Bierze dziecięcego czytelnika pod rękę i schodzi z nim na samo dno ludzkiej kondycji, do największej  marności człowieczej. Namawia go na krok, na który wielu dorosłych czytelników przez całe swoje czytelnicze życie się nie odważy.
I tak jest u niej zawsze. Owszem, w Mio, mój Mio czy Braciach Lwie Serce są radosne, fantastyczne krainy, cuda-niewidy i pełno radości, ale ta radość jest podszyta śmiercią i przerażeniem. Astrid Lindgren nie pisała książek dla dzieci, tworzyła kompletne dzieła sztuki, oddające ludzkie doświadczenie w jego zróżnicowaniu i pełni.
Tak sobie o tym myślę, w kontekście wcześniejszego myślenia o komentarzu Małgorzaty Kalicińskiej do nagrody Nike. Obśmiały Kalicińską lyterackie internety i poniekąd słusznie, bo pisarz komentujący tekst, którego nie czytał w sytuacji innej niż egzamin z historii literatury podcina gałąź, na której siedzi.
Ale zaraz zaraz. Pisze Kalicińska, narzekając na smuty w Najkaczu ,,Dzisiaj jestem dojrzałą chryzantemą (azjatyckie określenie dojrzałych kobiet, które jeszcze żyją pełnia życia) i wiem jak bardzo wielobarwne jest życie i jak wiele z jego barw zależy od nas samych. Dlatego nie fascynuje mnie już ZŁO samo w sobie, bardziej urzeka dobro, stale zachwyca piękno i dziwi fakt, że stało się (i dobro i piękno i harmonia) takie… demode!". Stawiając tezę, że to piękno, dobro i harmonia powinno sobie siedzieć w literaturze. I w sumie, myślę, kobitka ma rację. Co stwierdzam, chociaż nie jestem dojrzałą chryzantemą (hihi). 
Ale, ale. Ni ma dobra i piękna bez trzeciej osoby trójcy - prawdy. I kiedy przelatuję w pamięci całą literaturę niosącą nadzieję i takie tam, to zawsze fascynacja życiem jest podszyta śmiercią, radość rozpaczą, chujnia grzybnią i w ogóle. Lindgren. Muminki. Ba, nawet Musierowicz teoretycznie pensjonarska i naiwna zanurza swoich bohaterów i ich świat w świecie strasznym. Wychodzi na to, że nie da się cieszyć inaczej niż na smutno chociaż trochę, jeżeli do cieszenia się podejść serio, niestety. 



środa, 9 października 2013

Jadę nosić indeks

Czeka mnie wyprawa do Krakowa. Stolicy kultury. Kolebki polskiej nauki. Ojczyzny Młodej Polski. Zwierciadła Sprawiedliwości, Stolicy Mądrości, Ostoi Normalności. Grobowca Miłosza, Muzeum Szymborskiej, Okna Papieża i Jamy Smoka Wawelskiego & Michalika (chodzi o oddzielne jamy, ale nie chciałem powtarzać słowa jama, bo rytm zdania by się poszedł kochać). Jadę do Krakowa, żeby wziąć indeks z I piętra  budynku na ulicy Gołębiej 16, zejść po schodkach drewnianych, wyjść na podwórko Gołębiej 16, przejść około 20 metrów do bramy, wyjść z bramy, skierować się na Gołębią 18 (około 10 metrów), wejść przez wielką, ciężką bramę i skierować się od razu w prawo, do biblioteki. Tam pan albo pani przybije mi pieczątkę. Po tej operacji pokonam tę samą trasę w drugą stronę, zostawię indeks i pójdę na pociąg.

Ta zabawa kosztować mnie będzie dzień urlopu, ok 80-90 złotych (bilety, paliwo) i około 300 przejechanych kilometrów. Łaskawe politbiuro, mogliby mnie jeszcze bić po nerkach do tego. 

A jeśli biblioteka będzie nieczynna z powodu, że zamknięta albo dziekanat zakluczony z powodu odcięcia prądu (jak ostatnio), to się, kurwa jego mać, wysadzę.

niedziela, 6 października 2013

Ołeksandr Irwanec' - Pieśni wschodnich Słowian


A dzisiaj znów Irwanec'. Czyli kolejny odcinek serialu pod tytułem: ,,Czy poczucie humoru jest częścią poezji i dlaczego tak''. Mógłbym napisać, że świat z całą jego rozpaczą i nędzą sprawia, że drwina i groteska są czasem jedynymi językami, w jakich można z nim negocjować i wyjść z tego w miarę cało, ale napiszę, że Cepelia w wydaniu ukraińskim też jest wdzięcznym tematem jajcogennym.

Pieśni wschodnich Słowian

PIEŚŃ UKRAIŃSKA

PIERWSZA DZIEWCZYNA:
Oj, w naszej wsi, oj w naszej wsi
biją  w kuźni kowale
a dziewczęta pokochały
Oj, Bruce'a Lee, oj, Bruce'a Lee
Tylko ja, dziewczyna młoda,
kocham jednego Jean-Claude’a
Tylko ja, kowalowa żona
kocham Forda Harrisona

DRUGA DZIEWCZYNA:

Wieczorem w klubie Eldorado
Siedzą baby, siedzą dziady
Zagraniczny ekstrasens
Gwarantuje ekstra-sens
Pokochałam ekstrasensa
Jak róża w ogrodzie
Z całego serduszka
Dałam mu po mordzie

TRZECIA DZIEWCZYNA:

Przeleciało UFO
kosmiczna łódka
przeszukało wioskę
gdzie jest jeszcze wódka
Luby mój – kosmita
gwiazdowy, astralny
Dał mi połknąć  anty-
koncept hormonalny

DZIEWCZYNA CZWARTA

Spadła torba z garba
a w tej torbie raki
A tej grupie BuBaBu
Same neboraki. *






*aluzja do Wiktora Neboraka, pisarza, członka grupy. Przyp. tłum.

środa, 2 października 2013

Ołeksandr Irwanec' - Wielka Latynoukraina






W 1991 roku Ukraina odzyskała niepodległość. Niepodległość odzyskali ukraińscy poeci. Bo poeta w kraju podbitym to nic, ino musi jęczeć w kajdanach i wolność utraconą opiewać, a wszyscy od niego chcą i wymagają. Dziewczyna cię rzuciła? Masz kaca? Przeraża cię ogrom będącej przed tobą przestrzeni bezcelowej życia i inne takie? Guzik, chłopie (albo babo), bierz się do kupy, siadaj i bądź sumieniem niezłomnego narodu. Znamy z własnego podwórka - Ukraińcy pisaci mieli przegwizdane tak samo, jak nasi przed 1989.
U nas wolność zaowocowała BruLionem (no tak to umownie wrzućmy do kupy), u nich grupą BuBaBu. Przepraszam, że upraszczam, ale tak się paralelnie historie naszych literatur ułożyły. Obie formacje łączy odrzucenie obowiązków poety wobec zbiorowości i dowartościowanie jednostkowości. A w BuBaBu był jeszcze silny akcent położony na poczucie humoru. Szyderą i groteską członkowie rozmontowywali najpierw socjalizm, a potem dyskurs narodowy. Jedno z drugim ma wspólny mianownik - posłuszeństwo wymuszane na jednostce za pomocą szantażu moralnego. I dzięki temu wiersz Irwanca Латиноукраїнська величальна wydał mi się jak najbardziej przenoszalny na polskie podwórko. Silwuple:



Wielka Latynoukraina

Dla każdego kozaczeńka
Od ciury do atamana
Matką - Ukraina kochaneńka
Ale jest i Panama-mama

Kijów – macierz grodów panamskich
Salwadorskich i surinamskich
I puerto- i kostaryckich
radzieckich i postradzieckich
wszystkich, gdzie czują się panami
mieszkańcy ojczyzny – Panamy

Płyń, o pieśni moja, jak tekila
Płyń do mędrca i do debila
Do narkologa i narkomana
Nas kryje mama-Panama

A gdy z nami będzie kiepsko dość
Wargi wyszepczą:  ,,Boże, coś...’’
Staniem i pójdziem. I znów nad nami
Zaszumi sztandar mamy-Panamy.





wtorek, 1 października 2013

Pozorantów przyjmę od zaraz

Aferka w sąsiednim Rzeszowie na siedem fajerek. Dyrektórka jednej szkoły zrobiła Tydzień Kultury Chrześcijańskiej. Fundacja Wolności od Religii rzuciła się do obrony dziateczek jak ksiądz Kordecki na wały i opis aferki znajdziecie Państwo tutej. Aferka jak aferka mój mózg przykuła inna sprawa. Opis samego tygodnia. Bo on jest arcyciekawy. 
Poza odmawianiem różańca z katechetką dyrektórka zaproponowała nauczycielom lekcje tematyczne. Na informatyce - ,,przygotowywanie prezentacji multimedialnej o sanktuariach maryjnych diecezji rzeszowskiej'' (fas-cy-nu-jące!). Na historii - ,,uszeregowanie chronologiczne tychże sanktuariów'' (szał wściekłej zajebiozy!). I tak dalej, i tak dalej. Boję się dzwonić dopytywać, co miało być na fizyce. Dalej artykuł informuje, że żaden z nauczycieli z tych jakże ciekawych propozycji nie skorzystał. Mają jeszcze ludzie resztki instynktu samozachowawczego. Fala entuzjazmu klasy po usłyszeniu frazy ,,A dzisiaj będziemy szeregować chronologicznie sanktuaria maryjne diecezji rzeszowskiej'' miałaby siłę tsunami i mogłaby zabić. 

Na chłopski rozum sprawa wygląda tak. Musi byś w szkole jakaś działalność. Udział w parafiadzie (zawody sportowe+msza+robienie wizerunku Matki Boskiej) to trochę przymało. Więc: katechetka na dużej przerwie odmawia różaniec, w papiery wpisujemy propozycje epickich iście tematów i w ten sposób możemy się przed organem prowadzącym/kuratorium/radą rodziców wykazać tygodniowym iwentem. No czo ta szkoła to nawet ja nie. Wątpię, żeby tylko jeden iwent, tylko w tej jednej szkole tak wyglądał. 

Cała ta fikcja byłaby całkiem zabawna, gdyby nie to, że trzeba w niej jeszcze żyć, i to do samej śmierci. 

poniedziałek, 30 września 2013

Tania okazja, polecam

KNP z Kolbuszowej robi kurs strzelecki. Można postrzelać z kałasznikowa i w ogóle sobie poprzedłużać. Mam nadzieję, że chłopakom ze strzelaniem idzie lepiej niż z odmienianiem wyrazów, bałbym się ofiar w ludziach.


niedziela, 29 września 2013

Czerwony olbrzym (dramat w jednym akcie)

Występują:

Stary Ojciec

Haniołek

Franciżek

Zupa Dyniowa z Groszkiem Ptysiowym

Akt I

Stary Ojciec: Jedzcie, bo wam zupa wystygnie
Franciżek: Dlaczego.
Stary Ojciec: Bo wszystko kiedyś stygnie. Nawet Słońce.
Haniołek: Jak to?
Stary Ojciec rozgląda się za pomocami naukowymi. Głód wiedzy to ważna sprawa. Wyławia palcami dwa groszki ptysiowe. 
Stary Ojciec: O, widzicie, w słońcu jest mnóstwo takich malutkich kuleczek, to jądra atomów wodoru, takiego gazu (Robi z groszków większą kuleczkę) O, a tak się łączą w jeden atom helu, takiego innego gazu, tylko, że cięższego. Wytwarza się mnóstwo światła i ciepła... (Wyławia jeszcze dwa groszki ptysiowe, robi z nich kulkę, dwie kulki łączy nad talerzem w jedną, wielką) A te atomy helu łączą się w jeszcze cośtam cięższego, nie pamiętam w tej chwili w co i tak dalej, i tak dalej (manipuluje przy groszku, symulując reakcję termojądrową, w końcu tworzy się wielka, ociekająca zupą cząsteczka czegośtam cięższego) i tak w końcu Słońce staje się czerwonym olbrzymem i pochłania wszystko, z Ziemią włącznie, ale nie ma się co martwić, bo dopiero za 5 miliardów lat, czyli bardzo dużo...
(Haniołek ma oczy jak spodki. Stary Ojciec puchnie z dumy, bo widzi, że temat ją wkręcił i że dziecku ciśnie się na usta jakieś pytanie. Czeka na nie, bo głód wiedzy, etc.)

Haniołek: Będziesz to teraz jadł?


Kurtyna.

poniedziałek, 23 września 2013

Jak przejechał po nas walec, cz. 2

A może dyskusja pod poprzednim wpisem i w ogóle dyskusje na temat reliktów dawnej kultury ludowej jest postawiona na głowie? Bo wiadomo, fajnie jest szanować spuściznę tradycyjnej kultury chłopskiej, ale jak tego wymagać od ludzi w sytuacji, w której ta kultura, patrząc w kategoriach czysto światowych, przegrała?
Bo niestety, władca tego świata nie mierzy wartości kultur bogactwem wzorców, złożonością etosów, etc., tylko tym, ile zimioków da swoim uczestnikom. I ewentualnie tym,  czy jest je czym osolić. Na tym froncie kultura chłopska przerżnęła dwudzieste stulecie na całej linii. Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym wieś mogła strajkować, odcinając miastu w czasie strajków chłopskich dostawy żywności, w latach '90 mogła co najwyżej palić opony na przelotówkach. Chłop przestał być potrzebny miastu, to i jego kultura przestała być potrzebna jemu samemu. Co komu po etosie pracy nieprzynoszącej żadnych dochodów?

Ale, ale. Co z imponderabiliami, przywiązaniem do korzeni, wsi jako takiej, wiejskiego etosu? Trza se odpowiedzieć na pytanie, czy wieś - po pierwsze - jest jeszcze jakąś odrębną całością kulturową, po drugie - czy ta całość jeszcze jakoś upośledza. Pytanie pierwsze odłóżmy, bo to temat na fajny doktorat z antropologii kultury. łatwiej będzie odpowiedzieć na drugie.
Niby jest tak, że jak jest internet i pekaes, to mam dostęp do dóbr kultury i w ogóle do wszystkiego pi razy oko jak w mieście. Na zdrowy chłopski rozum, jeśli każdą nowość wydawniczą mogę mieć w e-booku sekundę po jej wydaniu (o ile wydawca oczywiście e-booka zdigitalizował), a po 20 minutach Marcelem mogę być na każdej premierze w tyjatrze w Rzeszowie, to wieś nijak mnie obciążać nie powinna.
A guzik. Obciąża od małego. Weźmy jakiś mierzalny, porównywalny wskaźnik. Wyniki sprawdzianów na koniec szóstych klas. Wiadomo, że testy to zło i o niczym nie świadczą, etc. O ile w wypadku pojedynczego ucznia czy nawet pojedynczej szkoły test rzeczywiście na nic nie wskazuje, o tyle w wypadku większych grup, wskazuje na ważną rzecz - na to, czy szkoła nauczyła rozwiązywać test na koniec szóstej klasy. CO samo w sobie oczywiście też nie znaczy nic, ale załóżmy, że jeśli nauczyła rozwiązywać testy, to innyh rzeczy też mogła nauczyć.

No to jedziemy. Średni wynik w gminie Cmolas - 58,9%, Kolbuszowa - 59,2%, Majdan Królewski - 62,2%, Niwiska - 56%, Raniżów - 54,2%, Dzikowiec - 57,7%. Dla porównania - Rzeszów - 67,7%, Przemyśl - 63,9%, Krosno - 71,9%, Tarnobrzeg - 64,9%. Widzimy? Np. różnicę między Krosnem a Raniżowem? Nawet między miejską Kolbuszową a najsłabszym w zestawieniu Przemyślem. Całych 60 lat po akcji likwidacji analfabetyzmu na wsiach wiejskie szkoły uczą, przeciętnie, gorzej od miejskich. Powody to temat na fajną magisterkę z pedagogiki. Ja sobie myślę tylko o dyskusjach, jakie toczyły się, gdy oddawano szkoły samorządom, w ramach przywracania podmiotowości. Była wtedy masa buców niewierzących w nasze ze wszech miar fulwypaśne społeczeństwo i jego zdolności samoorganizacyjne, która twierdziła, że to tak jak oddać małpie zegarek z nadzieją, że go naprawi. Na czyje wyszło?

Już na dzień dobry młodzi mieszkańcy wsi dostają od swoich wiosek po dupie. W tej sytuacji oczekiwanie, że będą dumni z kamienia u szyi, który im wiąże nasza zgoda na bylejakość powszechną jest płonne. Jasne, istnieje szansa, że wykształcą w sobie świadomość własnej kultury, korzeni i języka, znam takie przypadki. To jednak wymaga takiej pracy nad sobą, w jakiej otoczenie im nie pomaga i długo chyba jeszcze nie pomoże.

czwartek, 19 września 2013

Jak przejechał po nas walec


Pewien Znany Mazur napisał waży tekst. Nie da się zalinkować bezpośrednio, całość można znaleźć tutaj. ,,W sytuacji dramatycznego zaniku i rozpadu spuścizny po przodkach widzimy nader dziwną tendencję to upychania tego co pozostało w ramy jakieś dziwacznego pseudo kabaretu, organizowania imprez niewiele mających z kulturą lasowiacką elementów.'' - pisze. - ,,Wiadomym jest, że komercjalizacja i inne zjawiska społeczne oddziaływające na kulturę ( w tym i gminną) wymuszają pewne zachowania. Są jednak pewne granice. Ziemniak symbolem kultury lasowiackiej nie był i nie będzie. Dla zobrazowania, pokazania takich uczuć z cała pewnością lepsza byłaby powszechnie znana pień ludowa, element ubioru (haft, magierka, czerwona wstążka), fragment wiersza, lub temu podobne rzeczy'' - czytamy dalej.

Jest jeszcze gorzej. W naszym grajdołku hula sobie nie tylko komercjalizacja, ale globalizacja. A dokładniej - mieszają w nim procesy do globalizacji odwrotne. Już Baumann przewidział, że globalizacji będę towarzyszyły ruchy o przeciwnym kierunku. I towarzyszą. Jak pisze Mirosław Pęczak,

,,Rzeczona hiperlokalność w polityce przejawia się wzmożeniem tendencji nacjonalistycznych i ksenofobicznych, w kulturze zaś wzrostem znaczenia różnic kosztem podobieństwa. Dodać do tego można renesans folkloryzmu i coraz powszechniejsze nasycanie treści kultury popularnej kolorytem lokalnym. W Polsce współczesnej przejawiało się to i przejawia między innymi we wciąż cieszącej się dużym wzięciem muzyce disco polo, niebywale popularnej kulturze festynu czy osobliwej specyfice przyjęć weselnych, w których uniwersalny wzorzec popkultury spotyka się z rekonstruowaną i aktualizowaną tradycją „swojską”.
(Pęczak M. 2011, Nasze globalne wioski, czyli o tożsamości kulturowej i świadomości kulturalnej [w:] Stan i zróżnicowanie kultury wsi i małych miast w Polsce. Warszawa).  

I tak jest w całej Polsce. I nie tylko. Wszędzie, gdzie małe, lokalne kultury zaczynają konkurować z kulturą globalną, idą na kompromisy i płacą jakąś cenę za przetrwanie. Czasem mniejszą, czasem większą. Pęczak twierdzi, że krajobraz kulturalny całej prowincjonalnej Polski wszędzie wygląda tak samo. Nie to, że podobnie, czy coś, ale tak samo. Miasteczka całej Polski mają pewne stałe elementy, tak samo świętują, tak samo się bawią, przy takiej samej muzyce. Nie wiem, czy przesadza. Tzn. nie wiem, na ile. 

Po kulturach lokalnych przetoczył się walec. Utożsamienie ludowości z ludycznością to cena, jaką kultury ludowe w Polsce zapłaciły za przeżycie XX wieku. Cała warstwa duchowa dawnej kultury chłopskiej okazała się w nowych warunkach balastem. Czymś, co przez sito przejść nie mogło. Etyka pracy, silne wyczucie sacrum, a jednocześnie niezależność - tego wszystkiego nie dało się przekazać w formie, jak zauważa Jarek, kabaretu. Reklamy, festynu, piosenki biesiadnej - wszystkiego, w co zamieniły się resztki dawnej stanowej kultury wiejskiej. 

Jesteśmy w sytuacji, w której próbujemy poskładać rozjechany przez walec zegarek.  ,,Symbolem przywiązania ludzi do tej ziemi jest praca, mowa i pieśń. I nad tym się nachylmy, to pielęgnujmy zamiast robić kabaret ze spadku po Ojcach'' - pisze Mazur. Sytuacja jest tragiczna, ale w tej sytuacji lepszego rozwiązania nie ma.

wtorek, 17 września 2013

Jaźń jest przereklamowana, czyli młotek Paramonowa


Jeśli jeszcze raz usłyszę, że trzeba mieć więcej dzieci, bo system emerytalny padnie, nie ręczę. Dajcie mi młotek Paramonowa, słowo harcerza. 
Nie będę pisał  po raz miliardowy, że w dzieciach chodzi o coś innego, że są maszynami doskonałymi do przeżywania zachwytu i rozpaczy, kondensatorami wrażliwości, opornikami sprawiedliwości i stolicą wolności od jakiejkolwiek mądrości. Że przeżywają świat tak, że niewykluczone, że zasługuje na istnienie tylko dlatego, że jeszcze go przeżywają jakieś dzieci.
Nie tym razem. Sens ojcostwa, o jaki mi teraz chodzi jest inny. Primo - klocki, secundo - bieganie za piłką, tertio - możliwość zjadania ludzi po nałożeniu na siebie narzuty i wydaniu serii ryków. 
Zabawa jest afirmacją bezsensu i bezcelowości, uczy tego, że jakikolwiek widoczny efekt nie jest warunkiem koniecznym do robienia czegokolwiek. Ale jest w bawieniu się coś jeszcze. Zabawa, która ma zasady, nawet jeśli zmieniają się w jej trakcie setkę razy (ej, ale na tym dywanie nas nie zjadasz!) , porządkuje świat. Zabawa, która zasad nie ma pozwala na rzecz arcycenną - pozwala uwolnić się od siebie, całą jaźń chwilowo zawiesić w prawach, wziąć w nawias i schować po dywan. Jaźń jest przereklamowana, z tym poczuciem wchodzimy w dorosłość i coś jest na rzeczy, serio. Dzieci uczą, że z tą jaźnią i przywiązywaniem wagi do niej nie ma co przesadzać. 
A młotek Paramonowa leży pod ręką, a co. 

środa, 11 września 2013

Вiрш який нiколи не перекладуть iншими мовами, czyli jak zawiodłem







Jakiś czas temu przez ten blog przetoczyła się dyskusja o przekładzie – co się przełożyć da, co się nie da itede.

I fajno. Istnieje w światowej literaturze wiersz, który wszystko tłumaczy (he, he,, nomen omen). Przypadek sprawia, że jest to utwór ukraiński, Andrija Bondara. Nosi tytuł: Вiрш який нiколи не перекладуть iншими мовами. Wiersz, którego nigdy nie przełożą na żaden obcy język.
Gdy zobaczyłem tytuł, oczywiście pomyślałem, że przełożę. Bo nie będzie Niemiec, bo co, ja nie dam rady, ja nie jestem tszeeeeźwy? No to jedziemy.



w ukraińskiej encyklopedii literatury

nie ma biograficznych not kena keseya williama carlosa williamsa
nie ma artykułu o pokoleniu bitników i żadnego przedstawiciela
tego pokolenia nie wspomniano
z jakichś powodów



[Ha! I co, jak się nie da, jak się da? Co, jo nie umim? Jooo? A czekoj pan, niech tu śwagier jeszcze przyjdzie!- przyp. tłum].




ale są w ukraińskiej encyklopedii literatury

gruntowne artykuły o twórczości muchtara auezowa i abaja kunanbajewa [że kogo? - przyp. tłum]
a także grygoła abaszydze – autora cyklu poetyckiego
„Lenin w Samgori” [potem sprawdzę w google albo na yandex.ru – przyp. tłum]
o licznych ros. kazach. gruz. ukr. rad. (a czasem i „ros. i ukr. rad.”)
członkach KPRS [KPZR po polskiemu – przyp. tłum.] i po prostu
głosicielach postępowych idei
jest andersen-nekse sherwood anderson iwo andrycz igor antonycz
(chociaż nie wiem, co on tam robi)
andrełła andricoju i trzech andrijewskich
i nawet andijewska emma jest
nie mówiąc już o andrijczuku michale mikołajewiczu [czy ktoś jeszcze czyta w tym momencie? - ja się zgubiłem trzech andrijewskich temu – przyp. tłum]
członku kompartii USA od 1919 roku
nie ma i już nie będzie o andruchowyczu
o andrusjaku też nie
jest andrijaszyk i andrij kesarijskyj
nie obeszło się bez andrijczuka
cezara omeljanowycza
cóż – cezarowi cesarskie






I tak dalej, proszę państwa. Nie ma rymów, nie jest to sylabotonik, nawet wyrazy niespecjalnie wykraczające poza słownik przeciętnego Ukraińca, a nie przełożysz, panie, ni ciula. To znaczy – przełożyć można, ale liczba przypisów przekroczyłąby kilkakrotnie objętość wiersza.




I tak na przykład przy fragmencie:




µомбровича немає мабуть тому

що на лiтеру “µ” взагалi нiкого немає
бо й лiтери такої немає



(gombrowicza nie ma, może dlatego

że na literę „g” w ogóle nikogo nie ma
bo i takiej litery nie ma)



Trzeba byłoby pierdyknąć przypis o tym, jak to za czasów ZSRR w ukraińskim alfabecie nie było oficjalnie litery „g”. Chodziło o reformy ortografii, które miały zlikwidować w ortografii ukraińskiej odchylenia nacjonalistyczne i burżuazyjne (serio) między innymi poprzez zbliżenie ukraińskiej ortografii do rosyjskiej a oddalenie od polskiej i czeskiej kultury burżuazyjnej. Bez tego przypisu żart Bondara o braku Gombrowicza z powodu braku literki „g” jest niezrozumiały. Chociaż nie mam pewności, że to żart.




I tak to już jest. O ile sprawy ogólnoludzkie są jak najbardziej przetłumaczalne, szczególne warunki życia już nie bardzo. Andrij Ljubka piszący, że najważniejsze to dożyć do września i nie zwariować jest przetłumaczalny, Bondar piszący o Muchtarze Auezowie – nie. Jest to pocieszające, bo jednak esencja naszego człowieczeństwa jest wyrażalna we wszystkich językach lepiej lub gorzej. Jest to smutne, bo jego szczególności i pojedynczości czy to indywidualne, czy zbiorowe przetłumaczalne są trudno lub wcale. Tak to już jest w literaturze, tak to już jest w życiu. Jesteś przetłumaczalny, ale nie do końca, możesz się cieszyć i rozpaczać jednocześnie.




poniedziałek, 9 września 2013

Arabi, Murzyny i Żydy, czyli kolbuszowska ziemia obiecana



Stop islamizacji Europy! Kiedy spalą polską flagę - taką vlepkę żem znalazł w Kolbie. Na zdjęciu jacyś ludzie palą brytyjskiego Union Jacka. W sumie, śmieszne.

Polska islamofobia bez muzułmanów jest zabawna sama w sobie, coś jak nasz antysemityzm bez Żydów. To raz. Dwa: sraszenie problemami z imigrantami w kraju, z którego w ostatnich latach zdupcyło dwa miliony ludzi, żeby rdzennym zachodnim Europejczykom zabierać miejsca pracy, spać w ich łóżeczkach, pić z ich kubeczka i czym tam jeszcze straszą narodowcy świadczy albo o głupocie albo jest efektem wyrafinowanego trollingu. Już widzę te tłumy imigrantów marzących o osiedleniu się w Kolbuszowej, hihi. To, że ja to zrobiłem powinno być najlepszym dowodem na to, że trzeba być niezłym freakiem, żeby się na cóś takiego zdecydować.

Ale specjalnie dla tajemniczego vlepiacza vlepki wyobraziłem sobie taką scenę.

Strefa Gazy. Ahmed i Abdul  przymierzają pasy szahidów w jednym z licznych prowadzonych przez Al-Kaidę second-handów i gawędzą o życiu.

- Wiesz co, Abdul, ja bym stąd wyjechał - mówi Ahmed. Abdul rozgląda się po okolicy. Tu lej po bombie. Tam zbombardowana przez Izrael kozia ferma. Syf, kiła, malaria, beton, druty, zasieki, Płynny Ołów i takie tam.
- Ja cię rozumiem. A gdzie?
- Do Bolandy - mówi Ahmed. Abdul dławi się falafelem, ściąga potężnego macha z sziszy i wreszcie wykrztusza:
- Ocipiałeś?
- Nie. Co chcesz od Bolandy?
- Rozejrzyj się - mówi Abdul, wskazując na lej. - Tu jest chujowo, ale przynajmniej stabilnie. Bolanda jest nieprzewidywalna.
- Ale jest takie miasteczko w tej Bolandzie - mówi Ahmed i się rozmarza. - Po wojnie rozdupcyli cmentarz żydowski. A teraz, jak jeden z  ichnich blogerów napisze coś o Żydach czy o tym, żeby ichnią synagogę wyremontować, to jest oburzenie, wszyscy robią Rejtana i się kładą w poprzek internetu, obrona Częstochowy i w ogóle sajgon.
- Eeee, brzmi  nieźle - mówi Abdul. - Jedziemy.

wtorek, 3 września 2013

Szwagrex, czyli dzieło doskonałe

A tak z dziesięć lat temu było jęczenie, że ni ma nowego ,,Przedwiośnia'', powieści, która by całą polską współczesność wzięła i wyraziła. Teraz może też jakaś tęsknota za „Przedwiośniem” (ale czemu „Przedwiośniem” właśnie?) jest, ale już się nie przygotowuję do egzaminów na polonistykę, więc nie wiem, nie znam się, nie czytałem, nie byłem, nie dotyczy mnie to ani-ani.

Nawet jeśli takie tęsknoty są i teraz, to już ich nie będzie. Odnalazłem dzieło idealne, które Polskę współczesną opisuje lepiej, niż można to sobie wyobrazić. Niestety, w dobie cywilizacji obrazkowej to nie jest tekst pisany, a fotka.

Focia jest zajumana ze strony Podlaska Chorągiew Husarska.






Nie wiem, czy twórca zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił. Możliwe, że chciał po prostu pstryknąć chłopaków na koniach. A strzelił focię Polski całej w samej jej istocie. Zderzenie husarii z szyldozą to jest właśnie współczesne „Przedwiośnie”. Na pierwszym planie barierki, co jest metaforą, której interpretację zostawiam Czytelnikowi. Chłopy na kuniach na drugim, a na trzecim Nędza i Rozpacz. Cóś jakby jakieś monstrum monstrualne nażarło cię clipartów ze wczesnego Worda i obrzygało wielką płytę. Z przodu pieczołowicie odtwarzane przez rzemieślników wyspecjalizowanych na rekonstruktorskie zamówienie czapraki, rzędy, żupany, olstra, kontusze, dzbanki, kurdybanki i inne duperele, z tyłu robione w Paincie przez szwagra za flaszkę reklamy Szwagrexu, renomowanego importera używanego papieru toaletowego z krajów Beneluxu. Z przodu pazłotko, z tyłu słoma i błotko. Z przodu muzeum, z tyłu estetyczny armagiedon wykonany chałupniczymi metodami. Ta focia za trzysta lat będzie zdobić okładkę koneserskiego albumu „Urbanistyka Bolandy”, dostępnego w wyspecjalizowanych sklepach dla zboków estetycznych. Praprapraprawnuk posadzi na kolanach prapraprapraprawnuka i opowie mu o ludku, który miał piękną a i z pietyzmem zrekonstruowaną przeszłość, prowizoryczną teraźniejszość, a na myśl o przyszłości  wzdragał się jak diabeł przed święconą wodą, nierekonstruowaną.

Taką przebodli nas ojczyzną, innego końca świata nie będzie, etc.



sobota, 31 sierpnia 2013

Porozumienia sierpniowe, czyli cenzurujo mnie

Z okazji rocznicy porozumień sierpniowych i niusa o engryberdsach wpadłem w jesienną zadumę. W niusie o engrybrdsach chodzi o to, że ludność tubylcza w Bolandzie dziwi się, że musi towar wyszukiwać, o towar zabiegać, towar układami towarzyskimi pozyskiwać, w kolejce stać i w ogóle, że nasz biedakapitalizm wygenerował im sytuację jak nasz biedakomunizm, chociaż chodziło tylko o maskotki w promocji, a nie o srajtaśmę.

Niespodzianka nie powinna być taka niespodziana, bo to, że teraz się stoi w kolejce po engryberdsy, a nie po srajtaśmę, nie znaczy, że sytuacje się przestały generować. A guzik!

Robił ja ostatnio materiały edukacyjne dla dzieci na zlecenie Firmy. W materiałach miało być o tym, że owoce i warzywa zdrowe są. Ale nic o tym, że są zdrowe być jednocześnie nie mogło, bo Firma nie miała np. badań dowodzących, że jak zjemy kilo selera, to nie umarniemy marnie, tylko żyć będziemy nawitaminizowani jak wagon Nimm2. I któś mógłby Firmę pozwać. Więc oczywiście językiem Ezopowym, mową aluzji, międywierszową szeptaniną o zdrowotności warzyw trzeba było pisać, jak normalnie jacyś Filomaci, Filareci i inni Filateliści. Inną razą musiałem dokonać autocenzury i wykreślić z materiałów wzmiankę o kotach pijących mleko, bo Firma mleka nie produkuje, więc i promować go nie będzie. I inne takie wesołe wesołości.

I oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie tego cenzurą, bo pracując dla klienta mam obowiązek przyjmować jego uwagi i ja się z tym zgadzam - uwaga klienta, choćby najbardziej absurdalna, jest święta.  Ale właściwie, dlaczego nie? Czemu ograniczanie tego, co powiedzieć można ze względów politycznych ma być czymś innym, niż ograniczanie ze względu na to, kto nam i za co płaci albo za co nas może pozwać? W czym polityka miałaby być lepsza od ekonomii?

Warto nad tympodumać tym bardziej, że sytuacja jest kuriozalna. Prezydenta można spokojnie nazywać ruskim pachołkiem, o premierze mówić, że zamordował pospołu z Putinem prezydenta byłego i żyć sobie jak pączek w maśle, łażąc od jednej niepokornej redakcji do drugiej. Można jęczeć, że żyjemy w dyktaturze i za to jęczenie dostawać fajne pieniądze. Nie można natomiast napisać, że w tatarze Sokołowa jest chemia, bo kajdany, kibitka i Sybir, panie. Jest dokładnie tak - granic wolności słowa nie wyznacza już cenzor czy jakiekolwiek polityczne uwarunkowania, tylko zasobność portfela delikwenta i korporacji naokoło.

Tak że tego, panie dzieju, są engryberdsy i srajtaśma, a wolności, cóś mi się zdaje, tyle, co zawsze było. A w moim przypadku nawet jeszcze mniej, bo za komuny to ja se nawet mogłem lekarkę obsikać na przeglądzie dwulatka i nikt mi nic nie mówił. A teraz bym spróbował!