sobota, 31 maja 2014

Dmytro Łazutkin - trzy wiersze



Dmytro Łazutkin to postać ciekawa. Że poeta, to wiadomo. Ale w dodatku ma czarny pas w kempo karate, jest mistrzem Ukrainy w dwuboju kozackim i brązowym medalistą pucharu świata w kickboxingu i kick-jitsu. Na chlebek i sało zarabia, jesli wierzyć cioci Wiki, komentowaniem boksu. Ale wiersze, bardziej nas wiersze obchodzą niż okładanie się z bliźnimi swymi (nawet jeśli mistrzowskie i uprawiane z sukcesem). Jedźmy zatem:

***

podszedłem do rzeki
na tym brzegu utopił się mój sąsiad

jakoś nie ufam tej wodzie

ale jednocześnie lubię
tak od dziecka

bawiła się mną w głębinie
rusałka
i wyrzuciła, suka

***
chcesz coś powiedzieć
ale tylko rozchylasz wargi
i zamiast słów
z ust wypływają
jeden za drugim
wielkie okręty

ciekawa bajeczka
strumień świadomości
a cel –
o pół kroku do ratunku
niezauważalnie zatonąć

i niebieskie zwierzęta
i niemrawe ruchy
i ciche dźwięki

i lalka się męczy szklanymi oczyma

chcesz coś powiedzieć –
nie-
nie chcesz niczego
tylko lubisz patrzeć
na śmieszne bańki
witamy przyjaciele wiosenną żeglugę


* * *

Gdzieś w niebieskiej mgle oceanów
Dryfują czarne okręty 
K. Kałytko


Tylko tak – rozszaleje się morze.
Tylko tak – do innych brzegów.
Z posmakiem niewiary i pokory
Lepiej pozbywać się długów.

Laury Odyseusza, maski ciszy
Wszystko twoje, płyń bez obawy
Biją się fale, biją najsilniejsi
na słowa, co kiedyś się zjawią


czwartek, 29 maja 2014

ДДТ-Капитан Колесников (DDT - Kapitan Kolesnikow) Przekład i wyjaśnienie, czemu nie Putin.


O tym, że Jurij Szewczuk jest wielki, na tym blogu już pisałem. A trzeba było wrócić do tego wątku z okazji sympatii do Putina, jaką ludzie w Polsce mimo wszystko okazują. U podłoża sympatii leży m.in. parę homofobicznych ustaw wprowadzonych przez Putina onegdaj. Pamiętam, bo nawet Rzepa się cieszyła. Polscy apologeci Władimira Władimirowicza nie rozumieją, że nie trzyma ich żelazną łapą za jaja tylko dlatego, że (jeszcze) nie może.
O tym, że Putin to bandyta wiadomo było od czasów drugiej wojny czeczeńskiej. Ale epizodem, który pokazał zobojętniałej na rzeź Czeczenii tzw. ludzkości, że z Putinem faktycznie jest coś nie tak było zatonięcie latem 2000 roku Kurska. Putin zatonięcie okrętu ukrywał tak długo, jak się dało. Tak długo, jak się dało, zwlekał też z poproszeniem o pomoc w akcji ratunkowej. W efekcie grupa marynarzy, która przeżyła wybuch, nie doczekała się pomocy. Wśród nich był Dmitrij Kolesnikow, bohater piosenki Szewczuka i załogi.
Numer mnie rusza, i to porządnie. Przede wszystkim dlatego, że antyputinowski w zamyśle utwór nie jest tępą agitką. Szewczuk z tej sytuacji wyciąga więcej, wykorzystuje historię kapitana Kolesnikowa do mówienia o sprawach ostatecznych.
Wreszcie - czy Kolesnikow piszący po omacku, bez nadziei na ratunek, z nikłą nadzieją na to, że ktoś jego notatki kiedykolwiek odczyta nie jest jakąś metaforą pisania w ogóle? Pisania, które nie ocala. Ale jakoś tam jednak trochę ratuje.

Dobra, piosenka wygląda tak:




W amatorskim przekładzie wygląda to tak:



Kto o śmierci powie nam parę szczerych słów?
Żal złożonych gdzieś na dnie marynarskich głów.
Ołówek wciąż łamie się, ziąb, że chce się wyć.
Kapitan Kolesnikow pisze do nas list.
Ołówek wciąż łamie się, ziąb, że chce się wyć.
Kapitan Kolesnikow pisze do nas list.


Jeszcze żyje paru nas na żarłocznym dnie
Dwa przedziały poszły już, a trzy palą się
Wiem, że nie ma zbawienia, lecz jeśli chcesz, to wierz.
Ja i tak ten mój list położę ci na pierś.
Wiem, że nie ma zbawienia, lecz jeśli chcesz, to wierz.
Ja i tak ten mój list położę ci na pierś.


Kursk mogiłą stał już się, nas obróci w pył
Na dobranoc rozerwał metry stalowych żył
A nad wodą chmurzy się, mewy wciąż się drą
A pod wodą okręt śpi,  a tak daleko ląd
A nad wodą chmurzy się, mewy wciąż się drą
A pod wodą okręt śpi,  a tak daleko ląd




O tym, co tu stało się na górze będą łgać
Powie to komisja, jak trudno umierać?
Kto może być równy nam, kto gieroj, kto tchórz?
Kapitan Kolesnikow list swój kończy już.
Kto może być równy nam, kto gieroj, kto tchórz?
Kapitan Kolesnikow list swój kończy już.


niedziela, 25 maja 2014

Franciszek, czyli patrzcie i się uczcie, jak się robi poezję.


Z zagrody Sudołów dzieci zapamiętały głównie moją rozmowę z panem Sudołem. Powód jest prosty - większość zagrody się spaliła lat temu 15 prawie, a słowo jest wieczne i niepalne.
Ale jest i powód jeden: w rozmowie znalazła się opowieść o tym, że w pożarze poza chałupą i spichlerzem spaliła się też stajnia. A w stajni żywcem spłonął koń.

Ten koń nie daje spokoju zwłaszcza Franciszkowi. Może dlatego, że nie zna większego i potężniejszego zwierzęcia od konia. W każdym razie: pytał o niego resztę dnia. Po serii pytań o palność różnych materiałów (płonie słoma, płonie drewno, rękopisy nie płoną), ratowanie zwierząt z pożaru (zakładamy szmatę na łeb; uwaga - nasza kobyła boi się bardziej szmaty niż ognia), zadaje wreszcie pytanie, które nie daje z kolei mi spokoju.

Czy ten koń w ogniu cierpiał jak Pan Jezus w cierniowej koronie? 

sobota, 24 maja 2014

Prusinowskigate, czyli po co nam kultura ludowa.


Czasy teraz takie, że jak się człowiek nie pochwali, to amba fatima. To się chwalę. Tadaaam:

 W książeczce między innymi moje scenariusze zajęć o ginących zawodach, takich jak kowal czy właściciel wypożyczalni video.

Miał być jeszcze tekst dla nauczycieli i innych takich, do których książeczka jest skierowana. O tym, dlaczego warto uczyć dzieci o kulturze ludowej. Naprodukowałem się górnych i durnych zdań okrągłych jak głupi, ale mus był, bo tekst miał trafić także do tych nauczycieli, którzy, jak pewien mieszczanin, nie wiedzą, że mówią gwarą albo kojarzą kulturę ludową w najlepszym razie serialem ,,Janosik''. W skrócie chodziło o to, że obcowanie z kulturą ludową może być dla dzieciaków lekcją zaradności, a i o to, że takież obcowanie uczy wrażliwości na piękno, bo mimo że ten chłop na okrągło w polu robił, a i baba tyż, to znalazł jednak zawsze czas na to, żeby kuniowi do uprzęży czerwony kocotek przywiesić albo pająka ze słomy w chałupie zainstalować. I ta właśnie dbałość jakaś o estetykę, potrzeba obcowania z pięknem niezależna od warunków, w jakich człowiek żyje, świadczy nie tyle o wielkości, jakkolwiek pojmowanej, człowieka, ale człowieczeństwa na pewno.

Ale teraz jestem trochę starszy i mądrzejszy i bym napisał inaczej. A mądrzejszy jestem o Prusinowskigate. A było to tak: Unwersytet Warszawski odwołał koncert trio Janusza Prusinowskiego. Tłumacząc to tym, że po Eurowizji folk w murach uczelni nie będzie dobrze wyglądał. Było to głupie samo w sobie, ale Jarek Mazur znalazł podtekst jeszcze głupszy. W teledysku opierającym się na machaniu cyckami i ubijaniu masła wzięły udział ni mniej ni więcej, tylko tancerki z zespołu pieśni i tańca... Uniwersytetu Warszawskiego. Zespół chwali się tym nawet na swojej stronie internetowej. Innymi słowy: ja wiem, że nie odpowiadała za to ta sama osoba, ale efekt jest idiotyczny. UW najpierw swoim ZPiT przykłada paluchy do estetycznej żenady posługującej się w sposób nieuprawniony etykietką ludowości, a potem autentycznych badaczy i popularyzatorów prawdziwej kultury ludowej ze swoich murów wyrzuca, żeby się, broń Trygławie, z tą właśnie żenadą nie kojarzyło. Piarowy majstersztyk.

Oczywiście, światek folkowy podniósł larum. Oczywiście, jako redakcja Wszystko Jest Folkiem się do laruma włączyliśmy, tworząc bastionik oporku. Skutecznie, UW szybko skapitulowało, wysyłając mail o treści, że sory, mieli problem z komunikacją w biurze promocji (,,Ej, to co gra? Donatan? - Nie, Prusinowski!. - Słyszysz Helka, Donatan Prusinowski gra na UW!''), ale już zaraz zaproponują Prusinowskiemu inny termin koncertu. Miażdżące zwycięstwo, co nie?

Tak więc teraz tłumacząc nauczycielom, dlaczego kultura ludowa nas wzrusza i zachwyca napisałbym po prostu, że poznawanie jej w szkole pozwoli  uniknąć w przyszłości sytuacji, w której nasz uczeń jako dorosły już człowiek zrobi kretynów z jakiejś porządnej uczelni.


środa, 21 maja 2014

Ludzie z Jasła, czyli dzisiejsza młodzież

A ludzie na spotkaniu w Jaśle wyglądali tak.

Całość TUTEJ

Bo nawet jak się pisze o klęsce, to smęcić nie można.

Z jednej strony mnie ludzie w Jaśle podnieśli na duchu, a z drugiej strony trochę się o nich martwię, bo młodzi są. A ja czytam ostatnio sporo o tym, że okres ciągłego rozwoju ekonomicznego w tej części świata się skończył. Że doszliśmy do punktu, w którym nie da się już co roku mieć coraz więcej tego całego pekabe, bo się nie da i tyle. Czyli że lepsze jutro było wczoraj. Co w Środkowej Europie, w której od kilkudziesięciu lat każde pokolenie ma ekonomicznie lepiej, niż pokolenie poprzednie, brzmi niezbyt wesoło, bo cały czas żyjemy nadzieją, że jednak to lepsze jutro będzie jutro.
Nie wykluczam, że w momencie, w którym okaże się, że nie da się mieć co pokolenie więcej wszystkiego, znajdziemy się w momencie, w którym trzeba będzie co pokolenie bardziej się skupiać nad przeżyciem tego życia jakoś sensownie. Innego wyjścia z tej sytuacji nie widzę. Jakaś nadzieja w ludziach z Jasła, z którymi gadaliśmy o wierszach, kiedy Jasiołka zastanawiała się, czy zalać miasto, czy jednak nie, jest. Możliwe, ze ani oni, ani ja nie pożyjemy w czasach większego pekabu niż pekab naszych, no nie rodziców, ale ludzi, którzy wchodzili w dorosłe życie w latach '90. Ale kto wie, może pożyjemy bardziej?

sobota, 17 maja 2014

czwartek, 15 maja 2014

Lindgren. Czyli cała ta sztuka.

Starszaki (do których awansowała już Łusia) namówiły mnie na kolejną lekturę Mio, mój Mio. A to nie jest łatwa sprawa, ta lektura. Jak się zna zakończenie (ale to naprawdę, naprawdę zakończenie), to czyta się to wszystko z cięższym jeszcze sercem i gardłem ściśniętym jeszcze bardziej.
Poza całością, która jest majstersztykiem, można się w książce (jak to u Astrid Lindgren i Tove Jasson w ogóle) natknąć na zdania, która zatrzymują, wbijają w fotel (metaforyczny, bo czytam siedząc na podłodze) i stawiają wobec spraw ostatecznych i podstawowych naraz.

Stałem, trzymając za rękę mego ojca króla. Chciałem się upewnić, że on jest ze mną, bo to było tak piękne, że nie można było znieść tego samotnie.

Czytam i muszę zrobić przerwę. Lindgren trafiła w punkt. Jest niewiarygodnie precyzyjna. Jest dokładnie tak, jak pisze. Jest w kontakcie z pięknem coś może nie przerażającego, ale jakaś groza jest na pewno. Może to poczucie kontaktu z czymś pierwotnym, czymś spoza, w każdym razie coś, co sprawia, że, no właśnie, trudno naprawdę dobrą sztukę wytrzymać. Podchodzę zawsze do wierszy czy muzyki, która mnie naprawdę rusza, jak pies do jeża. Ostrożnie, bardzo ostrożnie, bo podchodzę do czegoś, co pochodzi nie wiadomo, skąd.

I tak, ma Lindgren rację pisząc o tym, że to są rzeczy nie do zniesienia w samotności. O to chodziło w teatrze antycznym - tragedia wywoływała poczucie wspólnoty człowieczego losu, o to chodzi, tak mi się zdaje, w sztuce, która jest dla mnie ważna - zostawia mnie z poczuciem, że coś takiego, jak ta wspólnota istnieje rzeczywiście. I że jest malutka i krucha.

Jednym słowem - łatwiej po dobrym wierszu, muzyce czy lekturze Mio, mój Mio, trzymać pion, chociaż, paradoksalnie, żyć trudniej. Na jakiś opór materii się trafia i bardziej ją czuje. Dobrze i trudno jednocześnie.

Cholerne namawiacze z tych starszaków są.

czwartek, 8 maja 2014

Serwis Węgrów

Kolbuszowa to miasto nieskończonych możliwości. Tylko tu możesz kupić klocki, z których złożysz warsztat do naprawiania zepsutych Madziarów.





Jeśli nie wierzysz, w to, co czytasz, masz narysowanego wąsatego Laszlo. Niestety, schematyzm rysunku sprawia, że nie wiemy, czy jest zepsuty, czy już naprawiony.



środa, 7 maja 2014

Lubow Jakymczuk: O progu niepokoju

Lubow Jakymczuk, ukraińska poetka z Donbasu była w Ługańsku. Wróciła i mówi, jak jest.


O progu niepokoju

Na Ługańszczyźnie wszystko wygląda całkiem spokojnie, jeśli nie ma się znajomych w mieście i nie ma wiadomości od naocznych świadków. Chodzisz sobie koło SBU (Służba Bezpieczeństwa Ukrainy – przyp. JR) albo ODA (ichni Urząd Wojewódzki – przyp. JR) i patrzysz na uzbrojonych w automaty i myślisz: „a do mnie nie strzelają”. Zatem przyzwyczajasz się nawet do tej obecności zbrojnych terrorystów, którzy spokojnie stoją. A kiedy opowiadają ci ludzie o tym, co im się przytrafiło, że kogoś porwali, postrzelili, zabili, albo po prostu pobili (chociaż to nie takie „po prostu” – kaleczyć ludzi), to czujesz niepokój. A potem znowu zaczynasz przywykać. Bo stoją i ciebie się nie czepiają. I milicja stoi i ich nie rusza. Tak podwyższasz swój próg niepokoju i już tylko jakieś strzały na mieście i serie z automatów są w stanie cię przestraszyć.
Muszę powiedzieć, że terroryści i separatyści to mniejszość. Ani ługańszczanie, ani mieszkańcy okręgu przeważnie o Rosji nie marzą. Terroryści – to ludzie marginesu o wyglądzie bezdomnych i alkoholików, którym dano w ręce władzę (w Ługańsku rozdawali broń koło SBU za okazaniem paszportów).  Tą władzą jest broń i rozkazy od przysłanych terrorystycznych grup (wiadomo, skąd). Wśród separatystów (tych, którzy popierają niepodległości rejonu, tych uzbrojonych nazywam terrorystami) są na swój sposób sensowni ludzie, choć nieświadomi tego, co robią, wydaje się, że nie czują, że zdradzają Ukrainę. Ale mam wrażenie, że i oni zaczynają przeglądać na oczy. Bo normalny, myślący człowiek nie może chcieć rozlewu krwi albo bronić własną piersią zbrodniarzy. Bo nie może, co?

piątek, 2 maja 2014

Melania Sobyn: Świątynia


Dziś wyjątkowo wiersz spoza mojej bajki trochę. Ale też jak Nastka z Lem.fm spytała, czy kiedyś tłumaczyłem, to nie dało się powiedzieć, że nie. W końcu Lem.fm jako drugie radio po Studni przygarnęło nasze audycje i w ogóle poznało się na radiowych geniuszach ekipy Wszystko Jest Folkiem. Na marginesie wiersza przypomniała mi się sprawa używania przymiotnika opuszczony w stosunku do łemkowskich cerkwi. W fejsbukowych okołofolkowych dyskusjach uświadomiliśmy sobie, że on jest niehalo trochę. Bo cerkwi nikt nie opuszczał. Podobnie jak tych wszystkich nieistniejących wiosek. No. To wiersz teraz leci. A wiersz ma trafić do Zagrody Maziarskiej w Łosiach, czego i sobie życzę, i Państwu.


Melania Sobyn

Świątynia

Z dala od ludzkich siedzib
Jak arki kadłub drewniany
W aureoli zielonych lip
Z poczerniałymi krzyżami

Przeszłości skarbnico jedyna
W tobie cienie przodków stały
Tyś je zbierała i chroniła,
Stąd fale czasu ich nie zmywały

Do twoje cichej przystani
Jak do  życiodajnej krynicy
Szły dzieci, ojcowie i my
Z bogatej czerpać skarbnicy

Tu jedna była owczarnia
Przyjaźniły się serca szczere
Schodziła owczarzy gromada
na upragnioną wieczerzę

Stąd pieśń się niosła błagalna
Z kadzidłem, na wysokości
W lata głodu, moru i wojny
W cierpieniach i żałości

Tyś nas krzepiła, ożywiała
Błogosławiła na przekór  losom
Ulgę w nieszczęściach dawała
Słała w drogę ku niebiosom

Dzwonów dzwoniła trójca
Daleko niósł się ich dźwięk
Sławiły Pana i stwórcę,
pogrzebowy wydawały jęk

I chmury odpędzał gradowe
Ich przepotężny śpiew
Aż przyszły burze światowe,
światowa groza i gniew

Wojenna groza wróciła
Nie zabliźniły się okopy
I znów z wojen najstraszliwsza
wstrząsnęła ciałem Europy

Lud cały oblegał świątynię
czekając na pomoc, ratunek
Litości błagali niewinni,
zwycięstwa –niosący rynsztunek

I ciebie błagały dzieci
Szczerze, w pokorze, dobroci
Żeby zniknęli wrogowie
I żeby wojenny czas ucichł

I wysłuchał stwórca modlitwy
I nas od zagłady oszczędził
Tylko diabeł  serca ludzkie
W czarną nienawiść zapędził

Rozpłynęły się po ziemi
obcej nienawiści fale
i nasze domy i pola
puste, bezludne zostały

Tyś wtedy właśnie zamilkła
zniknęła kadzidła woń
kliros i chór oniemiały
ograbiła cię obca dłoń


***
Na twoich drzwiach pieczęć spoczęła
I dzwonów na wieży już nie ma
stoisz jak matka wśród wioski
samotna, naga i niema

Stoisz i czekasz
żeby pokuty dzień nastał
aż miną rany, ciernie i krzyż
i przyjdzie Wielkanoc jasna

Przyjdą  twe okradzione dzieci
padną tu znów na kolana
i płakać będą i będą się cieszyć
i nastanie znów jedna owczarnia

I staną  pod twoim ołtarzem
Modlitwę  zaniosą Bogu
sławić będą jego święte imię
wstyd wtedy ogarnie wrogów

Ty nie zaginiesz, Piotrowa łodzi,
Choć tak faluje wzburzone morze
ty staniesz znów czysta i nowa
wszystko przezwyciężyć możesz.