piątek, 30 listopada 2012

Szaleńcy, czyli w obronie Brunona K.




Raz na ruski rok trza skomentować na blogu jakieś wydarzenie ogólnopolskie, coś te pornoboty musi przyciągać, nie?
Nie zastanawiało was, czemu media od początku mówiły o Brunonie K. (odruchowo napisałem - Józefie K.)  jako o szaleńcu? Pomysł szaleńca, zamach szaleńca, etc. tego nie rozumiem, bo o ile dobrzem zczaił, facet chciał wysadzić sejm za pomocą czterotonowej bomby., Gdyby to samo chciał zrobić fisharmonią albo taczką pełną gumowych kaczuszek (względnie kaczką pełną gumowych taczuszek), byłby to pomysł szalony. Dużą bombą – może niemiły, ale racjonalny.
Możliwe, że dziennikarze ogólnopolscy ujawnili swój kryptopacyfizm, tzn. uznali to, co uznaję od dłuższego czasu, tzn., że pomysł wysadzania kogokolwiek bombą jest szalony, głupi i w ogóle. Czekam teraz, aż ktoś ogłosi, że koło mojego domu prawie codziennie przejeżdżają szaleńcy, by razem z innymi szaleńcami ćwiczyć wysadzanie ludzi różnymi metodami na poligonie w Nowej Dębie, prowadzonym przez szaleńców i zarządzanym przez niebezpiecznych szaleńców.
Dlaczego to całe ABW jeszcze ich nie zgarnęło? 

czwartek, 29 listopada 2012

Bajki na miarę



Regularnie mijam furgonetkę z napisem „Piotruś Pan. Solidny partner”. Firma produkuje cośtam cośtam, w każdym razie haslo mi się podoba, bo dowodzi, że utajone pokłady poczucia humoru drzemią nawet w firmach produkujących cośtamy cośtamy.

Od każdej reguły są jednak wyjątki. Dla jednego z wyjątków piszę bajki i uwzględniam uwagi – nie jestem pod bajkami podpisany, a klient dobry, więc uwzględniam też głupie. Oczywiście, dopóki nie szkodziłyby czytelnikom, czy raczej słuchaczom tekścików.
W jednej z bajek dzieci chcą zrobić niespodziankę dziadkowi, który całe życie był kucharzem okrętowym i na falach wzburzonych omlety puszyste robił, etc. W tym celu przerabiają mu łazienkę na łódź podwodną – ryby na ścianach malują, peryskop ze starej rury na środku mocują, wydupcają lustro i wieszają koło sterowe, takie DIY z kartonu, etc.
Bajkę trza było przerobić. Klient (jakaś dziunia z działu czegośtam klienta) uznaje, że bajucha może zachęcać dzieci do cyt. „demolowania łazienek”.

Rzut oka na półkę w pokoju starszaków. Do czego zachęcają te książki? Muminki – wiadomo, do chodzenia na golasa po świecie Bożym i palenia tytoniu (Włóczykij). Sajo i bobry – do hodowli zwierząt chronionych, która jest nielegalna*. Pippi – do bicia dorosłych. Alicja w krainie czarów – do wpieprzania grzybów halucynogennych. O Trygławie!

Bajki są m.in. od tego, żeby przeżywać w nich to, czego nie można przeżyć normalnie, niezależnie od tego, czy chodzi o naprawdę dobre bajki czy moje chałturki. Jest w bajkach taki rys kompensacji tego, czego dziecku brakuje, przede wszystkim możliwości samostanowienia i dokonywania wyborów i to jest część bajek niezbywalna. Gdyby dzieci w bajkach miały robić tylko to, co jest bezpieczne i nieszkodliwe, nikt by bajek nie czytał.

A Hania mówi, że jak będzie wiosna, wszyscy będą chodzić na golasa.

Ani chybi, wpływ Muminków











* Tyczy się to też dzikich ptaków. nawet wróbla hodować nie wolno, bo wszystkie wróblowate są w Polsce pod ochroną. 

środa, 28 listopada 2012

Dobre złe wieści





Dwie wiadomości są i jedna jest dobra, a druga zła. dobra to taka, że w czasie pamiętnych improwizacji z Madziarami mikrofon był włączony. Zła to taka, że wyłączony był mikser na drugim końcu kabla mikrofonowego.
Z jednej strony to dobrze, bo wybór nagrań do pierwszej części retransmisji we Wszystko Jest Folkiem poszedł szybko. Nie trzeba było wybierać w godzinach nagrań jamowania.
Z drugiej strony to tyż dobrze. Granie, z którego nagrań nie ma jest lepsze o jakość wyobraźni słuchającego opowieści o graniu. Zawsze się zastanawiałem, ile w opowieściach Kotuli o występach zaprzedanych diabłu skrzypków, które miały kończyć się zbiorowym transem i orgiami nie tyle koloryzowania, bo Kotuli wierzymy jak Ewangelistom, co nie, ale prawdy o muzyce tych ludzi. Czym była ta muzyka, bo ludzie przecież równie dobrze mogli odpływać w zaduchu, tańcząc przy rytmicznym, brzydkim rzępoleniu. Coś mi mówi, że jednak nie, ale granie z Madziarami na zawsze pozostanie w tej kategorii, co potańcówki ze skrzypkami Kotuli, w kategorii muzyki wyobrażonej, najlepszej, jaka może być. 

Fundacja Korba Lirnicza

Fundacja Korba Lirnicza to międzynarodowa organizacja charytatywna zajmująca się pomocą muzykantom, poetom i malarzom koszulkowym wracającym do rzeczywistości. - Badając muzykantów nasi psychologowie doszli do wniosku, że wykazują podobne objawy jak ludzie wychowani w dżungli przez małpy. Mają duże problemy z adaptacją, zwłaszcza po dobrym graniu. Podobnie poeci i malarze koszulkowi - komentuje dr Wespazjan Kochowski, psychoterapeuta. - Ci ludzie mają duży dysonans poznawczy nie rozumieją najprostszych rzeczy, np. że śpiewanie obscenicznych melodii lasowiackich nie jest dobrze przyjmowane przez społeczeństwo. Prowadzi to do rozdarcia. Czasem taki rozdarty człowiek chrypnie. To się nazywa objawy psychosomatyczne - dodaje Kochowski.

Plany fundacji obejmują także objęcie pomocą rodzin. - Mój stary ostatnio w Opolu zapomniał reszty w kasie PKP i zgubił sweter. I nie było go dwie doby - zwierza się pragnąca zachować anonimowość mieszkanka Kolbuszowej Górnej. - To bardzo wytrzymała kobieta - mówi o pacjentce Wespazjan Kochowski. - fundacja planuje wybudować jej pomnik.

niedziela, 25 listopada 2012

Skutki uboczne muzyki

Urodziny Hudaków to impreza, która za kilkadziesiąt lat doczeka się pomnika w rynku. Albo przynajmniej wiaduktu swojego imienia. Choćby ze względu na liczne odkrycia etnograficzne w ich trakcie dokonywane. 

Nadzieje, że uda się z Węgrami porozumiewać sprawnie w mowie zachodnich Germanów okazały się płonne. Co prawda, dowiedziałem się, wielu pożytecznych rzeczy, z czego się robi struny jelitowe (z jelit), jak jest czarownica po węgiersku (tak jak po łemkowsku), etc. ale podciągnąłem głównie umiejętności pantomimiczne, nie językowe. 
Ale gdy w czasie afterparty zaczęło się improwizowanie z Węgrami, to okazało się, że idzie się porozumieć automatycznie, bezsłownie i skutecznie.  Kto wie, może cała chujnia z grzybnią świata tego wynika stąd, że w różnych sprawach trudnych porozumiewają się terroryści oficjalni lub nieoficjalni, w garniturach i mundurach? Gdyby w sprawach porozumień wszelkich wysyłać muzykantów, o strefie Gazy słyszelibyśmy tylko w kontekście produkcji oliwek czy czegośtam innego dobrego. 

Drugie odkrycie to lud kolbuszowski. W ramach afterparty poszliśmy z projektem 555 grac na rynek. Pora przedpółnocna, ale po chwili lud zaczął się gromadzić. Najpierw w ilościach niedużych, czteroosobowych, potem większych. Lud był młody, częściowo zakapturzony i niekoniecznie trzeźwy. Z mieszkania w Kielcach pamiętam, że lud w takiej formie nie okazuje należytego Sztuce i Sztukmistrzom szacunku i w ogóle niezłe wyniki na krótkich dystansach zawdzięczam ludowi owemu. Ale lud kolbuszowski okazał się całkiem kultu, po jednej utworze prosił o drugą i w ogóle wszystko skończyło się tańcami, hulankami i swawolą, na szczęście niesłyszalną z zamkniętych kabin przejeżdżających suk. 
Morał z tego taki, że nowemu, wypaśnemu rynkowi czegoś ewidentnie brakowało. Nas mianowicie. I dziana się jakiegokolwiek w przestrzeni wspólnej, która, jak się w niej pogra, staje się wspólna jeszcze bardziej.  


P.S. Monikę Śnieżek kochamy za zdjęcia z wczoraj. Ale jeszcze bardziej za brak zdjęć z afterparty, czyli już w zasadzie z dzisiaj. 

czwartek, 22 listopada 2012

sztuka przez duże wó

Byłem ostatnio w galerii sztuki współczesnej



I codziennie jestem w przedszkolu




Główna różnica, jaką wychwytuję polega na tym, że w przedszkolu jest podwieczorek, a w galerii można bez cykania łoić wódę.

Trudny wybór.

środa, 21 listopada 2012

Komendokawiarnia

Kawiarnia pełniąca funkcję instytucji kultury to już norma. Połączenie kawiarni z księgarnią było nowatorskie jak ostatnie dinozaury zaczytywały się debiutancką Masłowską.

Rzeszów jak zwykle jest pół kroku przed ludzkością.



Chcesz dostać łomot, zgłosić, że zajumali ci w pociągu stare buty i przy okazji kupić archiwalnego Thorgala* ? Wpadaj!











* Dygresja - Rosiński i van Hamme tudzież ich wydawcy nie mieli kompletnie pojęcia o dystrybucji czegokolwiek na styku PRL-u i III RP. Jak można było dzielić fabuły na kilka zeszytów - vide cały cykl ,,Kraina Qa'', której w całości nie miał bodaj nikt, nawet osiedlowe biblioteki? Janusz Christa kumał bazę, dzieląc Kajki i Kokosze góra na dwa zeszyty. Całkiem dobrze natomiast ogarniał sprawę Papcio Chmiel, bo Tytusy zawsze się zamykały w jednym zeszycie. Na szczęście teraz mamy komisariantykwariaty, ufff. 

wtorek, 20 listopada 2012

Spotkanie w Opolu

W poniedziałek 26 w opolskiej bibliotece poczytamy i pogadamy z Jarkiem Moserem. O szóstej. Jakby ktoś chciał pomarnować sobie trochę czas na zdolności niekredytowe i kapitał bardzo ludzki, to zapraszam.








Nie zaskakuję żony, czyli starość albo telepatia

Jo: A wczoraj ksiądz w kościele powiedział, żebyśmy się modlili, żeby Polacy na obczyźnie pamiętali o wierze ojców. Wiesz, o czym ja od razu...

Moja Dużo Lepsza Połowa: Wiem, wiem - Trygław.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Bedzie drugo książka

A za rok o ty porze, jak dożyjemy my i mecenat nad kurtulą, powinienem właśnie powstrzymywać mdłości w busie z Olkusza do Krakowa po promocji książki ,,Chałwa zwyciężonym'', która wyjść w temże Okluszu właśnie ma. Wszystko dzięki konkursowi im. K. Ratonia.
Przy okazji sobotni imprezy zauwazyłem dwie rzeczy - jak byłem młody, to się obruszałem, jak ktoś mówił, że mom w wierszach humor, a teraz to już nie. Bo za młodu ttragikomiczności życia się chyba nie widzi. Ciekawe, czy na starość widzi się już tylko komizm?
Po drugie: Paweł Podlipniak po raz kolejny udowodnił, że w Radomiu są ludzie sympatyczni, inteligentni i w ogóle do rany drumlą zadanej przyłóż. Czy jest ich więcej, czy Paweł jest sam i pojedynczy? Kiedyś to sprawdzę, o ile odważę się odbić z radomskiej obwodnicy w stronę centrum.

czwartek, 15 listopada 2012

Kolbuszowska Młodzież Wszechmocna

Przy okazji Marszu Niepodległości okazało się, że w Kolbuszowej jest Młodzież Wszechpolska. No, przynajmniej z bannerem z nazwą Kolbuszowa i Młodzieżą Wszechpolską tam łaził.

Pogooglałem i okazało się, że faktycznie, jeszcze w 2007 była. No ok. Zmartwiła mnie tylko jedna rzecz. Kolbuszowscy Wszechpolacy na MN posługiwali się herbem powiatu, zaś ich logo wygląda tak:


Niby twarzowo, ale trzeba zadać to pytanie: chłopaki, czemu wstydzicie się herbu naszego sztejtełe?


Jest robota

Nie jest tak, że pracy dla poetów w Polsce ni ma. Jest jej od metra. Do obowiązków należy jedzenie śniadania i pisanie powieści o Poncjuszu Piłacie. Dla mnie bomba.

środa, 14 listopada 2012

Prof. X, czyli dyskryminacja chłopa

Pani prof. X siedzi ze swoją psiapsiółką, dr Y i radzą o czemśtam, uczonym zapewne. Musze się przed frontem pluton u egzekucyjnego w składzie babskim z czegośtam tłumaczyć. Romantyczna wersja byłaby taka, że nie mogę jechać w Beskid Niski robić badań teraz, tylko latem, bo mi się syn urodził. Ale wersja realna była pewnie taka, że nie uporałem się na czas z jakimiś administracyjnymi pierdołami typu odfajkowanie jakichś straszliwie ważnych godzin czy złożenie podania o pozwolenie na oddychanie w obrębie uczelnianych budynków lub Królewskiego Stołecznego Miasta K. w samej jego cesarsko-królewskiej osobie, ale też z powodu synowego porodu.
No to się tłumacze. Pani prof. X łaskawie się zgadza, po czym rzuca wybornym żarcikiem ,,Ale trzeciego chyba nie planujecie''. Po czym następuje wspólny rechot X i Y.

Tego rechotu nie zapomnę nigdy.

W sumie nie wiem, czemu. W końcu cały tzw. trzeci stopień studiów piąty już rok jest jednym wielkim pasmem szarpaniny z wielkim, bezrozumnym administracyjnym stupokojowym i stubiurkowym debilem, przetykanym (pasmem, nie debilem, oczywiście) spotkaniami z mądrymi ludźmi. Nawet takie kurioza jak zdanie mgr Elżbiety Barszczewskiej, starszego referenta administracyjnego ,,Ja wiem, że to absurd, ale takie są przepisy'' wspominam nawet miło, jako anegdotę dobrą do piwa lub opowiadania w pociągu, o ile oczywiście nie jedziemy ze sztudenciakami ze słuchawkami srajfonów na uszach.
Może chodzi o to, że jako osobowość neurotyczna biorę takie duperele za wpierdalanie się ciągnikiem marki Białoruś w moją sferę intymną.
A może chodzi o to, że to był zwykły seksistowski tekst dyskryminacyjny. Jakoś czuję, że studentce-matce prof. X by czegoś takiego nie powiedziała, bo matka jest w Polszcze świętością i słusznie, bo jest tylko jedna i sratatata, a poza tym równouprawnienie, dżender i inne wytrychy. Studentowi-ojcu już można pojechać, ojcu można, ojciec, który chce się zajmować dzieci to po prostu chłop z fanaberiami, które można mu wybijać z głowy.
To był pierwszy raz. Do tego momentu jako chłop byłem dyskryminowany jak reszta chłopów -  czysto kulturowe. A to miganie się od wojska czy upokarzająca komisja poborowa, a to funkcjonowanie w kulturze przemocy, w której bije się mężczyzn bądź wywiera na nich presję, żeby bili - ok, to mnie nie ruszało jakoś, bo to dzieliłem z innymi chłopami.
Ale w sytuacjach dyskryminacyjnych jako ojciec chłop jest sam, przeciwstawiony zdychającemu patriarchatowi, rechoczącemu matriarchatowi i pierdyliardowi głupich instytucji.


wtorek, 13 listopada 2012

Setne byty folkloru

W telewizorze bulwers, bo Mazowsze śpiewa na prywatnej imprezie byznesmena pieśń ku jego czci. Smutne, bo, po pierwsze, nie myślałem, że można mieć na tyle kompleksów, żeby wynająć sobie Mazowsze do śpiewania pieśni na cześć własną, wydawało mi się, że ten poziom żenady daje się znieść tylko gdy jest się Kim Ir Senem czy innym Adolfem.
Po drugie, kończy się jakiś byt folkloru. Nie był to byt, który mnie jarał, ale zawsze końcowi bytu towarzyszyć powinien smutek i takie tam. Formuła zespołu pięści i tańca się wyczerpała. Nawet po wioskach zespoły są traktowane trochę jak piąte koło u wozu, coś, czym można po niskich kosztach opędzić dożynki czy akademię. Kupa zapału i energii marnuje się z braku pomysłu na zagospodarowanie, urywają się kolejne nitki bezpośredniej transmisji folkloru. Już na festiwalu w Kazimierzu jest osobna kategoria dla zespołów rekonstruowanych, które korzenie musiały sobie odkopać. Takich zespołów będzie więcej, transmisja rwie się coraz bardziej.
Ale jednocześnie folku coraz więcej jest. Szukanie muzyki do audycyj to zawsze ciekawe przeżycie. Kaszubski folkpunk, tabuny rekonstruowanych zespołów klezmerskich, niesamowite mieszanki - wszystko sprawia, że bardziej niż Mazowsza żal mi jednak tego sponsora.

Brejking nius

Trwają przygotowania projektu 555 do urodzin Hudaków. Żeńska część projektu przebywa z męską częścią, co wywołuje liczne załamania i depresje.


Jednocześnie w Kolbuszowej pojawia się morderca z Milczenia owiec. Oferuje ciuchy z dziewczynki.


Jak żyć?

niedziela, 11 listopada 2012

Gimbaza nadaje


1500 egzemplarzy to jest jak na obieg współczesnej poezji całkiem dużo. Od stu do kilkuset egzemplarzy jak na obieg współczesnej poezji polskiej - normalnie. Jak na 38-milionowy kraj teoretycznie nie. Wszystko zmierza ku zagładzie, będzie sodomagomoraiapokalipsa.
Ale nie jest źle. Wiem, jak będzie wyglądał świat po upadku cywilizacji. jak będą żyli ludzie, których kultura duchowa spadła do poziomu nieznanego ludzkości. Jednym słowem, wiem, co piszo gimnazjaliści w necie.
Polecam, bo to, wbrew pozorom, krzepiąca lektura. Po pierwsze, pokazuje, że Pambuk wszystko potworzył po coś i że nawet piszący w Internetach gimnazjaliści mogą głosić niechcący chwałę Stworzenia. Po drugie, no właśnie.
Wchodzimy sobie np. na jutuby i szukamy ciekawych wykonawców do audycji. Schodzimy na manowce linków i trafiamy na polski hiphop. Wyłączamy dźwięk i czytamy komentarze.
Pod klipem ansamblu wykonującego utwór słowno-muzyczny z refrenem „Moja pierwsza dziewczyna to nie byłą dziewica, moja pierwsza dziewczyna zimna suka-ulica” połowa gimbazy tłumaczy drugiej połowie, że to nie chodzi o pierwszą dziewczynę i błonę jej dziewiczą w sensie dosłownym, ale to przenośnia. Słowo „metafora” nie pada, ale widać, że jedna połowa podskórnie czuje, o co kaman i próbuje drugą uświadomić.
Krzepiące to. Po pierwsze, pokazuje, że w człowieku, choćby nawet został przepuszczony przez gimnazjum, tkwi potrzeba kontaktu z poezją. Oczywiście, zaspokaja ją, jak może, chwytając się tego, co popadnie. Ale ta potrzeba jest, chyba, immanentna. Co więcej, człowiek nie dość, że potrzebuje poezji, potrzebuje o niej porozmawiać, potrzebuje jakiegoś aparatu krytycznego, jak nie ma języka do mówienia o poezji, to go próbuje tworzyć. Dzięki gimnazistom wiem, że nawet jak pieprznie jakiś meteor i wrócimy do poziomu jaskiniowców, to ci pierwsi jaskiniowcy jak się tylko otrzepią z meteorowego kurzu i upolują mutanta popromiennego, to siądą przy ognisku, będą go piec i snuć pieśni o łowach i meteorytach. A jak za jakiś czas odkopią skrawek Miłosza, to się nim zachwycą, nie ma to tamto. Miłosz ci wszystko wybaczy, z zagładą nuklearną/meteorytową włącznie. 

środa, 7 listopada 2012

wtorek, 6 listopada 2012

Radość o poranku

Jak co roku 11 listopada bedo obchody imienim Prota, Sobieżyra, Pafnucego i Spycisława. Jak co roku rano odbędzie się przemarsz orkiestry dętej, który MDK uparł się nazywać capstrzykiem. Czyli, jak podaje Doroszewski, sygnałem na bębnie i trąbce wzywającym do apelu wieczornego.

Szukam wolontariuszy chętnych do przeprowadzenia kwesty na zakup Doroszewskiego, który zostanie poświęcony, nazwany imieniem Jana Pawła II i uroczyście oddany do użytku Miejskiego Domu Kultury w Kolbuszowej. Kontakty na mail.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Wiersze bliskie Tekturze

Dawniej była bibuła, tera czasy bogatsze, to jest i tektura. No i Tektura Opolska pisze o RED-zie i książkach tutej i tutej.

Tektura wyciągnęła z Radkowej rozmowy fajny fragment.


,,RW: To dość kosztowny czasowo, energetycznie i finansowo eksperyment. Może lepiej było zająć się prawdziwą działalnością pożytku publicznego, jak ratowanie koni z rzeźni, dokładanie do szpitali onkologii czy hospicjów?

WR: Takie stawianie sprawy to kiepska demagogia. Nie wiem, dlaczego wyręczanie Państwa w roli dostarczyciela usług medycznych ma być szlachetne i usprawiedliwione, a uzupełnianie polityki kulturalnej, a raczej jej braku, gdy chodzi o literaturę, ma mieć etykietkę niezrozumiałej fanaberii pięknoduchów. Państwo i społeczeństwo powinno rozwijać się i działać harmonijnie. Nie da się powiedzieć, że interesują nas tylko szamba, a wodociągi już nie, czy że Państwo ma budować ściany, a obywatele dachy''


Państwo niedomaga na tylu polach, że nie wiadomo, za co się brać najpierw. Mając do wyboru ratowanie dzieci, których rodzicom NFZ podpierdalał latami część pensji, a teraz nie refunduje jakiejś terapii i wspieranie czasopism literackich wybieram rabowanie banków. 

Może obok 1 procenta dla OPP powinien być 1 procent odpisu na kulturę i sport? 

sobota, 3 listopada 2012

Fatumy

Gdy w lutym 2010 zadzwonił telefon i Radek Wiśniewski powiedział, że Stowarzyszenie Żywych Poetów wyda Księgę wyjścia awaryjnego, Kasia zapytała, czym się teraz będę martwił.
Jako że Chała zwyciężonym, w sensie książka w wiecznym poszukiwaniu wydawcy, jeszcze nie istniała, powiedziałem, ze tego, że RED padnie, zanim mnie wyda.
Byłem blisko, ten numer RED-a jest numerem ostatnim. Coś wisiało zresztą w powietrzu, bo nagrodę SŻP i obietnicę wydania książki odbierałem w Brzegu dwa miesiące później. Było sympatycznie, Adam Zagajewski czytał, odbyła się akcja z cyklu poeci dla Tybetu, chyba czytałem cóś w brzeskiej knajpie i nocnym pociągiem jechałem szybko do domu, bo następnego dnia miałem straszliwie ważne szkolenie w zakładzie pracy w dziedzinie robienia fotografii artystycznej za pomocą leżenia. Żałowałem, że muszę się zwijać, bo następnego dnia, w sobotę, miało dziać się dużo dobrych rzeczy, a i tradycyjna poetycka ruja i poróbstwo  mię omijały. Nie wiedziałem oczywiście, że następny dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Na razie zasypiałem w pociągu oparty o wracających do domu ukraińskich gastarbaiterów. Był piątek, 9 kwietnia 2010.
O ostatniości RED-a mówi w RED-zie Radek Wiśniewski. Tzn. stwierdza, że podstawową forma istnienia pism literackich w Polsce jest pół-istnienie w Empikach, poza które nie mogą się przebić - nie tyle z racji braku czytelników, co z racji dystrybucyjnej bandyterki. Podany przez Radka przykład opłaty siedmiu tysięcy złotych za samo wprowadzenie tytułu na półki mnie rozłożył. Za siedem tysięcy to można ze dwie książki poetyckie wydać, i to z przytupem. Całą rozmowę polecam.
Oddaje dobrze klimat, w którym obieg papierowy niby jeszcze chodzi po świecie, ale już jako mózgożerne zombi, a obieg netowy jeszcze się nie narodził - znalezienie czegoś dobrego to godziny harówy grożącej obłędem. coś padło, nic nie powstało i w sumie nie wiem, czy jak wnukom opowiem, że widziałem żywego Adama Zagajewskiego, to czy załapią głębię lansu.

czwartek, 1 listopada 2012

Kolbuszowa miastem biznesu

Specjalną strefę ekonomiczną mamy krótko, ale Kolbuszowa już stała się miastem wielkich możliwości i okazji nie do przepuszczenia.


5,50 to ja za pięćdziesiątkę widywałem, a i to w knajpach tańszych jeno.