czwartek, 29 grudnia 2016

Trzy lata później

Trzy lata temu ludzie po drugiej stronie Sanu zaczęli obalać pełną buty, nieliczącą się z nimi władzę. Teraz pytam, jak tam i co tam słychać. Wyszedł mi z tego tekst do Salonu Literackiego, który se w całości można poczytać TUTEJ. Jak ktoś nie lubi długich tekstów, to streszczam w skrócie: na świecie wszędzie pizdec, tylko że w różnym natężeniu.

Skutki brexitu, wygrana Trumpa w amerykańskich wyborach i partii PiS w Polsce – to wszystko to, moim zdaniem, skutki procesów  przeciwnych do globalizacji. Wszędzie politycy grają przeciwstawianiem swoich obcym, którzy mają być zagrożeniem dla wewnętrznego życia kraju.

L. Jakymczuk. 

środa, 21 grudnia 2016

Tłuste miejsce przy stole

Pusty talerz to, wiadomka, miał być dla dusz przodków, żeby przyszli i se coś pojedli. Ale dopiero dziś dotarło do mnie, jak bardzo ta interpretacja obowiązująca, że to dla niespodziewanego gościa musi być świeża. Uczestnik tradycyjnej kultury chłopskiej nie potrzebował symbolicznego nakrycia dla niespodziewanego przybysza w Wigilię, bo takie nakrycie, zupełnie dosłowne i niesymboliczne, miał na co dzień. Przyjmowanie przybysza - pielgrzyma, dziada wędrownego czy kogo tam jeszcze było normą, nie zwyczajem, który trzeba było sygnalizować za pomocą symbolu. 
Smutno mi się teraz myśli o pustym talerzu, chociaż z pogańskiego stał się symbolem chrześcijańskim. Wolałbym już, żebyśmy byli wspólnotą pogańską w warstwie symbolicznej, a chrześcijańską w praktycznej, nie na odwrót. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Kiedy goście wyjeżdżają

Maria Jastrzębska przybyła, poczytała, poopowiadała ludziskom w bibliotece, pobojcyła ze mną i odjechała w siną dal przez zaśnieżone, stepowe połacie Podkarpacia, tej Sycylii północy, zauroczona Kolbuszową. Głowimy się do tej pory, jak udało się nam osiągnąć ten efekt. Być może jakiś wpływ miało to, że jak przyjeżdżała, to już było ciemno, a gdy wyjeżdżała, to ciemno było jeszcze.

I, jak to zawsze po wyjeździe gości, trochę smutno, a trochę refleksyjnie. Przede wszystkim o Rzeszowie dumam: lekko przyprószony śniegiem nabiera uroku całkiem sympatycznej scenografii do filmu o stanie wojennym. Ale tak na serio najciekawsze rzeczy to relikty PRL-u, mozaiki na dworcu, wielka cipa, Urząd Wojewódzki, będący Pałacem Kultury z uciętym czubkiem. Mówię teraz całkiem bez ironii: jeśli znowu będę łaził z kimś z Zachodu po Rzeszowie, to właśnie pod kątem reliktów socjalistycznego modernizmu, bo to jest coś, czego żadna tam Florencja czy inne tam Edynburgi ni majo.

A co z Kolbuszką? Czy zamiast robienia spotkań poetyckich nie lepiej byłoby zająć się na przykład waleniem łbem w duże, zmrożone kamienie na miedzy na Kalenberku i wyciem do zachmurzonego nieba?

Otóż nie. Kolbuszkę bowiem kochać trzeba i szanować. To, co robisz w Kolbuszce (albo innym miasteczku, którego racją bytu do końca XX wieku było bycie miejscem wymiany płodów rolnych na towary przemysłowe na rynku i w sklepach) jest ważniejsze niż to, co robisz w każdym innym miejscu na Ziemi.

Uczy nas o tym światowa kinematografia. Otóż bowiem nie jest ważne, czy kładziesz się z żoną do łóżka, czy grasz na skrzypcach Być bliżej Ciebie chcę, czy biegasz, czy spokojnie czytasz książkę czy ustępujesz komuś miejsca co tam jeszcze. Tyle wiemy ze wszystkich filmów. Ale jest film, w którym te czynności stają się bardzo znaczące, stają się skondensowaną opowieścią o człowieku, epoce, wydarzeniu. Ten film to Titanic.

Gdybym miał lepszy humor, podumałbym, kto byłby kolbuszoskim zamarzniętym DiCaprio. Ale ni mom. Zabawę zostawiam czytelnikom z dorzecza Przyrwy i Zyzogi.

sobota, 3 grudnia 2016

Maria Jastrzębska w Kolbuszowej

We wtorek 6 grudnia o 17 w kolbuszowskiej bibliotece wiersze poczyta Maria Jastrzębska. W wieku czterech lat wyjechała z rodzicami do Anglii. Tam, już jako ludź dojrzały i świadomy, zaczęła tworzyć w języku Ringo Starra i Victorii Beckham.

Jako rzecze ciocia Wiki: Autorka sześciu książek poetyckich i dramatu. Przetłumaczyła na język angielski wraz z Aną Jelnikar wybór poezji słoweńskiego pisarza Iztoka Osojnika Elsewhere (Pighog Press, 2011). Jej utwory ukazywały się w licznych pismach literackich takich jak: Ambit, Ariadne's Thread, Artemis, Brand, Cyphers, Dans La Lune, Lumooja, Modern Poetry in Translation, Molossos, North, Obsessed with Pipework, Pamiętnik Literacki, Poetry International, Poetry Review, Poetry Wales, Poetry International Web, The Interpreters House, The Rialto, Shadowtrain, Shearsman,Smiths Knoll Staple, Soundings Journal of Politics and Culture, Slovenia, Dans la Lune - Francja, Lumooja, Kirjailija - Finlandia, Timpul, Caiete Internationale de Poezie - Romania ) i w wielu antologiach. Jej sztuka literacka Dementia Diaries - Dziennik Demencji była wystawiana na deskach brytyjskich teatrów, m.in w Edynburgu, Cardiffie, Londynie, Brighton, Southampton. W roku 2012 roku w ramach projektu Pomiędzy dwoma światami. Poezja i przekład. Between Two Worlds. Poetry and Translation Biblioteka Brytyjska przygotowała dla archiwum nagrania kilkunastu wierszy poetki. Jej wiesze były tłumaczone na języki: polski, francuski, fiński, słoweński.

Wstęp wolny. Narodowym mediom regionalnym ułatwiam pracę, dodając, że 6 grudnia to rocznica wybru Hugo Chaveza na prezydenta Wenezueli i Leszka Millera na szefa SDRP, nie wspominając już o tym, że denominacji wona północnokoreańskiego także.

piątek, 18 listopada 2016

O duszy. Dowody ostateczne.

Tak więc długoletnia dyskusja z Joanną Lewandowską (dusza vs geny, etery vs tkanki etc.) została wygrana, Nie cieszy mnie to zwycięstwo za bardzo, bo, jak to zwycięstwa, przychodzi nie wtedy i nie w taki sposób, jak  byśmy sobie tego życzyli. Otóż bowiem sprawdziłem empirycznie, że owca, którą za życia trudno przenieść w ciepły kąt stajni, po śmierci robi się tak lekka, że bez trudu da się ją jedną ręką podnieść. Dusza owcza, okazuje się, jest ciężka.

Jest jeszcze drugi argument. Nazywam go argumentum ex caballum, czyli argument z konia. Bo koń, proszę państwa, zdaje sobie sprawę z tego, że jest dusza i że to coś innego niż ciało. I martwe ciało, owszem, obwącha, dmuchnie chrapami w pysk już zimny, ale wie, że to nie jest owca, której szukamy, nie. Jednoczesnie jednak trzeba wam wiedzieć, że koń to zwierzę, które, o czym każdy szanujący się kowboj wam powie, jest prawdomówne. Nie oszuka poza pewnymi granicami (np. udaje tylko że daje się złapać na marchewkę, a tak naprawdę, bierze z twojej ręki żarcie i ucieka cwałem w pizdu szerokie, którego okiem etc). I koń nie udaje, że wie, gdzie ta dusza jest. O nie, koń węszy, obwąchuje, szuka, rży, nawołuje, bo, jakkolwiek wie, że w tym ciele martwym już tej duszy nie ma, to gdzie jest teraz - zielonego pojęcia nie ma.

Lżej by mi było, gdyby ludzie mieli dusze ważące tyle, co owcze. Lżej by mi było, gdyby w kwestii duszy byli równie nieustępliwi i powściągliwi, jak konie.


środa, 16 listopada 2016

Anna Malihon: Kochałam twoje kobiety

W zasadzie to chciałbym umieć pisac wiersze o miłości. Ale nie umiem, chociaż pocieszam się, że tak naprawdę wszystkie wiersze o miłości są. 

Z braku laku na razie przełożyłem wiersz i miłości. Anny Malihon z Kijowa. Można przeczytać TUTEJ

poniedziałek, 7 listopada 2016

Wczorajszy. Co się dzieje w Kolbuszowy w nocy.

A w Kolbuszowy w nocy ludziom włosy rosną. I ptaki śpią z głową pod skrzydłem, bo inaczej ukradną. A zepsuł Wczorajszy nagrywa.

Lejdis end dżentelmen:

Anna Kwas - śpiew, melodie
Konrad Stefiuk - gitara, riffy, motywy, aranże
Szymon Weglowski - bębny, perkusjonalia, a nawet, zdarzyło się, bity
Janusz Radwański - teksty, bas.

Do posłuchania na sałdnklałdzie, którego nie umiem obsługiwać. Ale trza kliknąć TUTEJ

niedziela, 6 listopada 2016

Polska, 2021.

W 2021 roku aktywiści walczący o swobodny dostęp do broni palnej uznali, że przez lata w swoich staraniach oswojenia opinii publicznej z problemem popełniali zasadniczy błąd. Słowo ,,broń" wciąż dla większości społeczeństwa brzmi groźnie i wywołuje niepokój. Na kongresie poświęconym legalizacji broni palnej ustalono, że w przekazach medialnych będzie się go unikać. Odtąd zastąpiono je zwrotem ,,proteza penisa". Zdania typu: Potrzebujemy protez penisów, żeby czuć się bezpieczniej, Prawdziwy mężczyzna musi umieć posłużyć się protezą penisa czy Prawo do protezy penisa jest podstawowym prawem człowieka miały lepiej apelować do ludzkich przekonań. Już na 2022 rok zaplanowano zwołanie następnego kongresu pod hasłem Polska krajem protez penisów. 

czwartek, 3 listopada 2016

Niniejszym przepraszam Młodzież Wszechpolską

Ok, chłopaki z Młodzież Wszechpolska - Okręg Podkarpacki. Rozmawialiśmy przy okazji Waszej akcji w sprawie odwołania spotkania z Borysem Humeniukiem. Jak się okazało, ciągle jesteście dotknięci tym, że jakieś dwa lata temu żartowałem z tego, że kolbuszowscy narodowcy nie posługuję się herbem naszego miasta. Przyznaję, nie powinno się żartować z obcych ludzi, nie znając ich wrażliwości. Popełniłem błąd. Postanowiłem go naprawić.

Zasadniczo niewiele jest rzeczy, które mogę dla Was zrobić. Ale zajmuję się między innymi tłumaczeniem tekstów poetyckich. Wiem, że Marsz Niepodległości to ważna dla Was impreza. W tym roku będzie mu towarzyszyć koncert Ku Niepodległej, co bardzo mnie cieszy, gdyż uważam, że muzyka jest językiem wszechświata i jest tą płaszczyzną, na której ludzie mogą się porozumieć.

Postanowiłem tym, co umiem, przysłużyć się narodowej sprawie i przetłumaczyć utwór poetycki wykonywany przez jeden z zespołów, grających 11 listopada w Warszawie. Jest to utwór Born to be white zespołu Mistreat, z albumu Never Forgive, Never Forget wydanego w 2005 roku.

Mistreat: Urodzony, by być białym

Weźcie załadowaną broń, ruszajcie na przedmieśćia.
Poszukamy jakich czarnuchów, niech tylko staną nam na drodze. Hail!
Zrobimy to, odzyskamy świat. Ognia z wszystkich luf, ocalmy białą rasę!
Uderza jak grom święta rasowa wojna! Staje się naszym teraz. Hail!
Zrobimy to, odzyskamy świat. Ognia z wszystkich luf, ocalmy białą rasę!
Jak prawdziwe aryjskie dzieci, urodzeni, by być białym, sięgamy wzwyż – biała rasa nie umrze nigdy!
Urodzeni by być białym! Urodzeni, by być, białym!

poniedziałek, 31 października 2016

Prawieprawykonanie pieśni o doktorze Kulczyku


Ludu lasowiacki miast (khem, khem) i wsi. W czerwcu napisałem byłem pieśń dziadowską nową na konkurs pieśni dziadowskich nowych w Kazimierzu nad Wisłą. Zrobiłem to z żądzy pieniędzy i sławy, bo jednak co być laureatem konkursu w Kazimierzu to być laureatem konkursu w Kazimierzu. Okazało się, że pieśń zaczęła funkcjonować we właściwym dla niej kontekście, bo Szymon Węglowski, dziad niezrównany i jak na razie ostatni dziad Sandomierskiej Puszczy napisał do pieśni muzykę, którą w dodatku umi wykonać i w ten sposób do prawykonania doszło w tym roku w Kazimierzu. A to jest prawieprawykonanie, z samy Warszawy. 

Łezka mi się w oku kręci. Będę się habiliował, paląc głupa, że znalazłem ten tekst w zapomnianych rękopisach Kotuli. 





piątek, 28 października 2016

Historie rodzinne. Lost dżenerejszyn

Mój pradziadek, jak się ostatnio okazało, a o czym mówiła historia, której się przez lata w rodzinie nie opowiadało, był prowokatorem Ochrany. Początek opowieści jest banalny, bo chodziło o pieniądze, o utrzymanie się w mieście, na studiach inżynierskich, które były jedyną szansą wyrwania się z prowincji zaboru rosyjskiego. Kiedy oficer Ochrany (słusznie) na podstawie fatalnych warunków materialnych, w jakich żył, wytypował go na płatnego prowokatora, było to, jak po latach opowiadał wujkom moim, niczym manna z nieba. 
Niestety, kariera się nie rozwinęła zbytnio. Dostał na początek jedno zadanie: zorganizowanie niewielkiego koła dyskusyjnego, w którym studenci poruszaliby rewolucyjne tematy, a które to kółko Ochrana elegancko miała szybko zwinąć. Sprawy potoczyły się jednak inaczej. 
Chodzi o tradycyjne wychowanie w konwikcie ojców jezuitów, którzy wpoili pradziadkowi bardzo rozbudowany etos pracy i  niemal obsesyjne dążenie do perfekcji. Jeśli uczył się łacińskiej odmiany, to od razu wszystkich deklinacji  i koniugacji i nieregularnych czasowników też, jeśli miał skakać przez kozła, to skakał, robiąc salto, co przypłacił dwoma skręceniami kostki. 
Do pracy prowokatorskiej wziął się więc tak sumiennie, jak tylko mógł, jak go ojcowie jezuici nauczyli. Oficer prowadzący pradziadka miał się z nim skontaktować za miesiąc, ostatecznie zrobił to po dwóch miesiącach, bo jakieś zawirowania były, w każdym razie kółko dziadka już liczyło wtedy setkę osób i cztery organizacje poza Petersburgiem. Sprawa zrobiła się za gruba na jednego podrzędnego oficerzynę, trzeba było ją przekazać wyżej i się wytłumaczyć. Zanim papiery doszły, gdzie trzeba, do studenckiej stancji pradziadka dochodziły już grypsy i tajna korespondencja z guberni syberyjskich i kaukaskich. Sprawa musiała się rypnąć i dziadka z tych studiów inżynierskich ostatecznie wywalili. Był z tym swoim kółkiem właśnie na etapie organizowania krążownika. Nie wiem, jak ta historia się skończyła. 

No dobra, tak na serio, to pradziadek był frezerem i sprowadził się do Stalowej Woli, żeby pracować za niewyobrażalną jak na robociarskie ówczesne warunki kasę w COP. Zdążył odebrać dwie wypłaty, a potem wybuchła wojna. 
A ciotka, córka jego, jako pierwsze wspomnienie nowy ojczysty lasowiacki ziemi przywołuje to, że w życiu swoim ośmioletnim nie widziała tyle piasku, ile zobaczyła na stacji Stalowa Wola, gdy na ziemie nowo ojczysto spojrzała. 

Tradycja bycia straconym pokoleniem jest w naszej rodzinie długa. 

poniedziałek, 17 października 2016

Kontynuuję terrorystyczną działalność. Leś Belej: o bella urbi bellum

Tymczasem w Ukrainie Poroszenko, chociaż już miał bilety kupione, chociaż już, już miał miejsca porezerwowane narzeciwko ekranu w samym środku, na wieść  o wydarzeniach, które w historiografii Europy Środkowej będą opisywane jako Wydarzenia Kolbuszowskie albo Obrona Przed Wierszami, odwołał pokaz Wołynia.

Tymczasem w Polsce żyję sobie i, w przeciwieństwie do Poroszenki, nie jestem oligarchą ani prezydentem, więc muszę coś robić, żeby mi się nie nudziło. Po przekonaniu się, że organizowanie wieczorków poetyckich to jest działalność terrorystyczna postanowiłem sprawdzić, czy również tłumaczenie wierszy to jakiś terroryzm. Wrzucam więc przekład wiersza Lesia Beleja i lecę rano do kiosku zajrzeć do Super Nowości.

Przekład w całości TUTEJ

wtorek, 11 października 2016

Odwołanie spotkania z Borysem Humeniukiem (Kolbuszowa miasto bycze)

Krótko i informacyjnie. Spotkania (kolbuszowskie i rzeszowskie) z Borysem Humeniukiem są odwołane. Po tym, jak Karol Wesołowski zaczął dorabiać sprawie polityczny kontekst biblioteka się wycofała, nie chcąc, by jakiekolwiek jej działania były kojarzone z polityką. I tu  nie mam żalu, dyrektor zgodził się w dobrej wierze, żebym zrobił pod jego dachem spotkanie z poetą, nie imprezę mającą jakikolwiek polityczny kontekst. Bo też i to miało być spotkanie z poetą.

Zresztą dotychczasowe (w ciągu ostatniego tygodnia) spotkania z Humeniukiem: w Brzegu, w księgarni Tajne Komplety we Wrocławiu czy Muzeum Literatury w Warszawie politycznego kontekstu nie miały. Ludzie przychodzili, słuchali wierszy. Wstrząsających wierszy.

Ale Kolbuszowa okazała się wyjątkowa.

To, co się stało dalej w miasteczku, w którym nikt nie sprawdza informacji, nikt nie ma wątpliwości i nie zadaje pytań, było do przewidzenia po wpisie Karola, choć, przyznaję, skala mnie zaskoczyła.



Gdyby ktoś spytał, skąd się wzięła data 14 października, to by się dowiedział, że 13 października jest ostatnie spotkanie na tej trasie, w bibliotece w Opolu. Ale po co pytać, skoro komsomolska czujność podpowiada ciekawsze odpowiedzi.

Ostatecznie polska myśl narodowa odniosła kolejne imponujące zwycięstwo nad literaturą. Rzućmy okiem, przed jakim to publicznym zgorszeniem (Paweł, robisz printskrina?) udało się uchronić mieszkańców duchowych stolic Podkarpacia.

Borys Humeniuk, ***( Kiedy pracuje wyrzutnia rakietowa Grad)

***
Kiedy pracuje wyrzutnia rakietowa Grad
W dzielnicach mieszkalnych –
Czy to są libańskie syryjskie gruzińskie dzielnice mieszkalne
Czy dzielnice mieszkalne Mariupola Artemiwska Antracyta –
Jest w tym coś naturalnego
Powiedziałbym nawet codziennego zwyczajnego –
Oczywiście jeśli jest coś naturalnego w tym
Że pracuje wyrzutnia rakietowa Grad

Naturalne jest kiedy kule ogniste
Wystrzelone przez wyrzutnię rakietową Grad
Trafiają w dziecięce pokoje
W których śpią maleńkie dzieci
Naturalne jest kiedy wlatują
Do przepełnionych ludźmi supermarketów
Na dworce kolejowe lotniska

Naturalne jest kiedy giną setki i tysiące
Cywilnych mieszkańców
Bo to jest naturalne kiedy cywilni mieszkańcy
Giną na wojnie –
Oczywiście jeśli to jest naturalne że trwa wojna
Że pracuje wyrzutnia rakietowa Grad
Że giną cywilni mieszkańcy

Naturalne jest kiedy dzieci wybiegają na place zabaw
I znajdują zabawki zachlapane krwią
Zabawki zabitych dzieci
Które dzień wcześniej prosto z placu zabaw
Zawieziono do kostnicy
Dzieci jak to dzieci
Tulą do siebie zabawki zachlapane krwią
Zabawki martwych dzieci
Rodzice usiłują odebrać im zabawki
Dzieci płaczą
Nie mają takich ładnych zabawek
Zabawek zachlapanych krwią
Ich rówieśników
I to jest naturalne
I to jest naturalne

Naturalne jest kiedy niedołężne babcie
Które rodziny zostawiły żeby pilnowały mieszkań
A same ewakuowały się od wojny jak najdalej
A tutaj wojna
Na trzeci dzień siedzenia w piwnicy
Bez wody i jedzenia

Postanowiły wybrać najzdrowszą najmłodszą spośród siebie
I wyprawić z dwoma dziesięciolitrowymi plastikowymi butelkami
Do najbliższej pompy
Dzielna babcia już wracała
Już przez szparę ją widziały
Kiedy wybuchł pocisk i oderwał jej nogę
Wtedy inna babcia wyczołgała się z piwnicy
Podczołgała się do rannej
Zabrała z jej rąk butelki wody
Powiedziała wybacz Walu
I poczołgała się z powrotem do piwnicy
I to jest naturalne
I to jest naturalne

Naturalne jest kiedy lekarka akuszerka z dwudziestoletnim stażem
Ateistka bez żadnej łezki w oku
Dzielnie zoperowała cały Majdan
Biegnie do cerkwi zapalić świeczki Bogu
Pada na kolana lamentuje
Boże będzie wojna
Drugi miesiąc z rzędu rodzą się sami chłopcy

To jest naturalne kiedy na wojnie giną ludzie –
Oczywiście jeśli to naturalne kiedy jest wojna:
Wojny nie da się ominąć
Wojny nie da się oblecieć na boeingu
Na ultrawysokiej wysokości
Wojny nie da się przesiedzieć przeczekać przetrwać

Naturalne jest kiedy pocisk wlatuje na cmentarz
I ściera z oblicza ziemi groby naszych rodziców
Naturalne jest kiedy żołnierze ryją na cmentarzu okopy
Kopią transzeje wznoszą blindaże
Bo cmentarz znajduje się w strategicznym miejscu
Na dominującej wysokości
I już nigdy nie dowiemy się
Czy te okopy – to groby naszych ukochanych
Czy groby ukochanych innych ludzi
To wojna wszystkich przeciw wszystkim
I dotyczy wszystkich
Umarłych i żywych i nienarodzonych

Nienaturalne jest na wojnie to że pocisk
Wystrzelony z wyrzutni rakietowej Grad
Wlatuje na pole
To zupełnie nienaturalne
Nie da się patrzeć kiedy płonie
Dojrzałe nieskoszone żyto

Nie da się słuchać jak krzyczą
I spalają się w ogniu susły
Jak rozbiegają się w różne strony myszy
A ogień do pary z wojną
Dogania i pożera je
Bo ogień i wojna są nienasycone

Nie da się patrzeć
Jak nad swoimi gniazdami
Pochłoniętymi przez ogień i wojnę
Krążą przepiórki
Jak krzyczą o pomoc pisklęta
Jak milkną jedne i drugie
Jak w końcu wszystkie spalają się niewinnie

Przepiórek naprawdę szkoda
Bo ta wojna powinna dotyczyć tylko ludzi
Bo ta wojna dotyczy tylko ludzi
Bo przepiórki nie są winne tej wojnie
Przepiórki niczemu nie są winne
20.07.2014
Przeł. Aneta Kamińska

sobota, 1 października 2016

Sekcja wiersza. Kolbuszowskie wiadomości parafialne.

Minęło lato. Pełni rozterek i rozedrgania wróciliśmy z wakacji. Świat, jak się okazało, po powrotach z różnych miejsc (ja na przykład wróciłem z wykopków, słońce, piasek, te sprawy), wcale nie zrobił się w porządku. Literatura w dalszym ciągu nie odpowiada na podstawowe pytania, ale usiłuje, a od przedszkola uczymy się doceniać same dobre chęci. Dobrymi chęciami da się na przykład brukować. Dobre chęci są super.

W bibliotece w Kolbuszowej robię coś takiego. Co dwa tygodnie przychodzę i w plecaku mam wiersz. Polski, pisany po 1989 roku. O 16.30 wyjmuję go, czytam na głos i przy pomocy dobrych ludzi staram się go rozebrać na czynniki pierwsze, zobaczyć, co i jak działa i co tam za tymi słowami stoi. Na jakie świńskie południe tekst prowadzi patrzymy. Bo tam ludzie przychodzą. Nie wiem do końca, jak to się dzieje, ale tak jest. Serio.

Ty też, drogi czytelniku, możesz. Następne spotkanie bodajże w czwartek 13 piździernika o 16.30.

środa, 28 września 2016

Z archiwów IPN. Nieznane fakty z dziejów sztucznej inteligencji PRL.

W połowie lat 60. dla kierownictwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stało się jasne, że zadanie inwigilacji społeczeństwa, jakie nakreślono przed aparatem kontroli, a zwłaszcza przed Służbą Bezpieczeństwa, przerasta możliwości kadrowe służb. Zbieranie i przetwarzanie ogromnych ilości informacji wymagało podjęcia jakichś kroków. W grę wchodziło zwiększenie stanów osobowych lub usprawnienie technologiczne procesu obróbki informacji. MSW uznało, że tańszym i mniej złożonym wyjściem będzie racjonalizacja przetwarzania informacji. 

Jak ustalili analitycy V wydziału SB, około 70% prowadzonych przez funkcjonariuszy przesłuchań miała zupełnie rutynowy przebieg, niewymagający większej inwencji od przesłuchującego. Były to przesłuchania mające na celu zebranie podstawowych danych lub odebranie informacji od TW. Przesłuchania te angażowały duże siły ludzkie, podczas gdy możliwa była ich pełna automatyzacja. 

W pierwszej połowie 1966 roku przyjęto robocze koncepcje procesu racjonalizacji. Zgodnie z nimi przesłuchania rutynowe (PR) miały być prowadzone przez komputer o interfejsie holograficznym. Wygenerowanie obrazu holograficznego z pewnego dystansu nieodróżnialnego od żywego funkcjonariusza nie nastręczało trudności, zwłaszcza przy słabym oświetleniu. Wyzwaniem dla inżynierów Politechniki Gdańskiej był natomiast moduł prowadzący konwersację. Musieli zaprogramować komputer o interfejsie holograficznym tak, by był w stanie z dość szerokiej bazy odpowiedzi wybrać właściwą, pasującą do kontekstu. Z jednej strony musieli zatem stworzyć bazę odpowiedzi i pytań komputera, z drugiej - sytuacji konwersacyjnych. 

Podstawą bazy stały się teksty utworów dramatycznych, jako że interakcja sceniczna jest interakcją o najlepiej zdefiniowanym kontekście, a przebieg konwersacji, w odróżnieniu od rozmowy naturalnej, był logiczny i dający się modelować. 

Pod koniec 1967 roku testowa wersja komputera przesłuchującego o interfejsie holograficznym była gotowa i zatwierdzona na mocy decyzji kierownictwa MSW przy akceptacji Rady Państwa do testów. Postanowiono przetestować urządzenie w kontrolowanych warunkach. Uznano, że najlepsze będą warunki zbliżone do tych, na jakie obliczone były teksty tworzące bazę. Komputer o interfejsie holograficznym miał zostać umieszczony między aktorami w teatrze i ,,zagrać rolę" w przedstawieniu wystawianym przed nieświadomą publicznością. Nad przebiegiem eksperymentu miało czuwać 15 agentów SB umieszczonych na sali, całość miała być filmowana z zakrytego punktu operacyjnego. 

Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania twórców. Publiczność nie tylko nie odróżniła hologramu od żywych aktorów, ale również z wielkim entuzjazmem zareagowała na jego grę. Tutaj jednak okazało się, że praca gdańskich cybernetyków jest zbyt dobra, a przy tworzeniu bazy tekstów popełniono błędy. Większość dramatów, z jakich zaczerpnięto wypowiedzi pochodziła z okresu romantyzmu i działanie komputera, jakkolwiek świetnie odpowiadające potrzebom pionu śledczego SB (dobrze sprawdzał się w interakcjach z żywymi ludźmi), kolidowało z ideowym pionem działań służb. Jednym słowem, projekt powiódł się na płaszczyźnie techniczniej, jednak przy jego przygotowywaniu zlekceważono część miękką, humanistyczną., wskutek czego obrócił się przeciwko swoim twórcom. 

Zadecydowano o natychmiastowym przerwaniu testów. Niestety, publiczność teatralna zaczęła ostre protesty. eksperyment wymknął się spod kontroli. Projekt Holo-Ubek żył już własnym życiem. 

niedziela, 25 września 2016

The amazing Człowiek-człowiek

Ta historia ma banalny, jak na historię superbohatera, początek. Normalnie, był facet, którego w supertajnym laboratorium ukąsił napromieniowany człowiek. Z początku zbagatelizował sprawę, ale szybko zauważył, że przejawia zachowania i cechy typowe dla człowieka. Z wolna dotarło do niego, że nie jest już zwykłym człowiekiem. Łączy w sobie cechy ludzkie z cechami ludzkimi. Jest zadziwiającym człowiekiem-człowiekiem. 
Miasteczko człowieka-człowieka odetchnęło z ulgą. Nowy Jork miał Człowieka-Pająka. Los Angeles Superczłowieka, a Gotham Człowieka-Nietoperza. Oni mieli już zadziwiającego Człowieka-człowieka. 
Szybko też okazało się, że Człowiek-człowiek jest potrzebny. Na ulicach miasteczka pojawiła się zbrodnia i bezprawie. Uczciwi ludzie żyli w strachu. Nieuczciwi ludzie żyli bez strachu. Wszystko było, jednym słowem, kompletnie do dupy. Burmistrz nie miał wyjścia, po przegłosowaniu przez radę miasta większością dwóch trzecich przy jednym głosie wstrzymującym się uchwały w sprawie wezwania Człowieka-człowieka wyświetlił na niebie wielki znak Człowieka-człowieka. 
Człowiek-człowiek, lekko zaspany i zasapany pojawił się po ok. pół godziny na dachu powiatowej komendy policji. Bezzwłocznie przystąpił do działania. Rozłożył rzutnik i zaczął pokazywać infografiki o tym, że u źródeł kłopotów leży tworzenie się biednych dzielnic, w której niski jest poziom usług publicznych i mały dostęp do nich. Człowiek-człowiek zaczął udowadniać, że nie ma co oszczędzać na psychologach szkolnych, że świetlice środowiskowe są całkiem okiej, że osiedlowy dom kultury zrobi więcej dobrego, jak będzie w nim pracował ktoś poza kierownikiem i księgową, sypał linkami do organizacji zajmujących się streetworkingiem, przede wszystkim jednak Człowiek-człowiek powiedział, że należy dobrać się do dupy Wayne Corporation, która zatrudnia za gówniane pieniądze ludzi w specjalnej strefie ekonomicznej, a hajs z podatków wydaje na nowe batmobile szefa. 

Gasły uśmiechy, gasł entuzjazm, gasł znak Człowieka-człowieka na niebie. 

wtorek, 20 września 2016

Polska, 2021 rok. Dupa jak bania.

Jak donosi Główny Urząd Statystyczny, po zalegalizowaniu kar cielesnych dla dorosłych uważających klapsy za równoprawną metodę wychowawczą zdecydowanie wzrosła wydajność pracy i spadła przestępczość. - Dopiero lanie od trzech kanarów uświadomiło mi, że płacąc za bilety wspieram rozbudowę taboru, wpływając tym samym na komfort podróży własny i bliźnich - mówi Tomasz Terlikowski. Podobnego zdania jest profesor Stawrowski - Po ostatniej radzie wydziału dupa spuchła mi jak bania, ale już rozumiem stanowisko dziekana w sprawie, w której mieliśmy odmienne poglądy.

W przyszłym roku planuje się wprowadzenie obowiązkowej służby wojskowej dla zwolenników obowiązkowej służby wojskowej.

piątek, 16 września 2016

Jak zostać (młodym) Miłoszem

Sławek Płatek pisze o pokoleniowości młodej literatury (można se przeczytać TUTEJ). Stawia dwie tezy. Z jedną się zgadzam, z drugą chiba nie. Po kolei.

Pisze Sławek, że jakieś coś na kształt pokolenia się krystalizuje. I tu się zgadzamy. Niestety. Dlaczego niestety, to o tym będzie niżej.

Teza o Smoleńsku jako przeżyciu pokoleniowym jest ciekawa, ale chyba jednak nie da się tego Smoleńska uznać za coś konstytuującego pokolenie literackie Przede wszystkim dlatego, że nie ma jakiegoś większego odbicia w literaturę. Owszem, strona założona przez Wencla była, ale szybko umarła śmiercią naturalną. Nie da się w nieskończoność pisać o jednem tylko Smoleńsku.

Ale coś w tej tezie jednak jest. Bo jakaś wspólna trauma roczniki 80. i starsze 90. chyba jednak łączy. A specyficzny katastrofizm, poczucie, że coś się zbliża i to coś raczej nie będzie już doświadczane za pośrednictwem ekranów pojawia się się w ostatnich latach ciągle tu i ówdzie. Od Taco Hemingwaya po Dawida Mateusza (więcy trochę będzie w recenzji, co już żem ją napisał, ale się pokaże w październiku w SL). Trochę jest tak, że ten niesamowity spokój w wersach Pawła Korobczuka Trzydziestka. Fajnie było, teraz też parszywie się żyje…/W kraju wojna, a ty zakopany w wierszach po szyję (całość TUTEJ) i niepokój u Mateusza to jest awers i rewers tej samej katastroficznej monety. Każdy z roczników 80. i 90. może zostać dziś Miłoszem. Co prawda młodym, ale zawsze. Lepiej być młodym i żywym Miłoszem niż niemłodym i nieżywym.

Ten katastrofizm się bierze, na moje oko, w jakiejś sporej części stąd, że się nam rozpadł świat lat 90., świat naszego dzieciństwa, wczesnego (lub nie) nastolęctwa. Najntisy były jednak fajne i proste. Raz że wszystko się jeszcze formowało, formy nie były zastygłę i ustalone i margines wolności był większy, a i waga, jaką miały sztuki i idee - większe. Ale nie o to. Wszyscy od prawa do lewa mieli wspólny układ odniesienia i były rzeczy niekwestionowane. Fajnie jest na zachodzie i my tam idziemy. I jak dojdziemy, będzie fajnie.

I tak było przez całe najntisy. Nawet jeśli ten zachód pierdoliliśmy, to formy tego pierdolenia też mieliśmy zachodnie.I teraz jest ten fajny moment, kiedy dotarliśmy. I  to trochę tak, jakbyśmy jechali do wujka nad morze, weszli wreszcie do jego cudnego domku przy plaży i zorientowali się, że wujek w fotelu jest nieżywy i cokolwiek nieświeży. A jeszcze się okazuje, że ten wujek to jakiś taki szurnięty trochę był. Do jego piwnicy zajrzeliśmy. I teraz już, wiemy, że, owszem, w kawałku We are the world, co go znaliśmy z dzieciństwa chodziło o to, żeby nakarmić głodne dzieci. Tyle tylko że wiemy też, że ten głód wziął się z wyniszczenia rolnictwa w Afryce przez konkurencję z dotowanym rolnictwem Ameryki i Europy. My, ludzie zachodu ratowaliśmy od głodu tysiące dzieci, głodząc jednocześnie na śmierć miliony (czytajcie Caparrosa, czytajcie, do jasnej cholery).

Przyszliśmy do Europy, która była trupem od dawna, która miała na siebie jeden pomysł: być wyspą dobrobytu w oceanie nędzy. Ten pomysł, okazuje się właśnie, nie może działać wiecznie. Coś pierdolnie. Nie wiemy jeszcze, co dokładnie, jaka będzie skala tego pierdolnięcia, poza tym, że ogromna, ale wiemy, że coś się zbliża. Wiemy, że naiwny, sympatyczny i do bólu fałszywy świat lat 90. się już nie wróci. Wiemy, że właśnie się do reszty rozpadł, a to, co idzie, patrząc po to, co robią ludzie naokoło, będzie raczej niemiłe niż miłe. Możemy sobie miłoszować. Obawiam się, że jeśli jeszcze będą jakieś podręczniki literatury, to katastrofizm będzie hasłem, które na stroniczkach o tej dekadzie mądry edytor bolduje.

niedziela, 4 września 2016

Narodowe czytanie Gombrowicza. Polska, 2018

Jak ocena Kancelaria Prezydenta RP, narodowe czytanie Trans-Atlantyku zakończyło się pełnym sukcesem. W ponad 40 miejscowościach odbyły się inscenizacje bitew, w których Gombrowicz wziąłby udział, gdyby nie wyjechał do Argentyny. Jak podkreśla Jan Żaryn, z dokumentów znajdujących się w IPN wynika, że najprawdopodobniej zostałby zmiażdżony przez gąsienicę czołgu pod Mławą. W tym właśnie mieście odbyły się główne uroczystości obchodów, piknik historyczny . Jego kulminacją był konkurs na najlepsze dziecięce przebranie za zmiażdżonego Gombrowicza. Biskup Gądecki wygłosił piękną homilię o tym, jak Gombrowicz bembergowaniem bembergiem w berg przeciwstawiał się ideologii gender. W Łodzi powstał gigantyczny mural przedstawiający Gombrowicza wyklętego, którym by został, nieujawniając się po wojnie i kontynuując walkę. Na muralu Gombrowicz jedną ręką strzela do ubeków, drugą zapisuje pamiętne strofy o bembergowaniu prawem wilka.
Jak zapowiada Kancelaria Prezydenta, w 2019 planuje się narodowe czytanie Rafała Wojaczka.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wyższa Szkoła Kowbojstwa im. Keitha Jarreta i Billy'ego Kidda.

Piszę wam to po to, żebyście wiedzieli, że trzeba ścigać własne marzenia, serca słuchać, a nie. Zawsze chciałem zostać prestidigitatorem, ale rodzice woleli, żebym uczył się na kowboja. Bo to, mówili, pewny zawód później i większy szacunek i w ogóle co to za praca - prestidigitator. No i w końcu dla świętego spokoju poszedłem do tej całej Wyższej Szkoły Kowbojstwa im. Keitha Jarreta i Billy'ego Kidda.

No i to była porażka normalnie. Przedmiotów od chuja, a co jeden to bardziej udany. Jak nie konwersatorium z indianoznawstwa, to ćwiczenia z bijatyki saloonowej, wykłady z zaganiania i dziwkoznawstwo, które prowadził taki stary, nazywaliśmy go Dziadyga. Długi John to przez dziwkoznawstwo siódmy rok już powtarzał.

Ale już w ogóle to najbardziej porażkowe były praktyki na szlaku oregońskim, kurwa, no nie polecam. Krowy, krowy, preria, krowy, a jeszcze wieczorem wszyscy piją whisky i leją się po pyskach, a ty musisz uzupełniać dzienniczek praktyk, robić konspekty i w ogóle.

Ale już najgorsze z najgorszych to było jak nas napadli Indianie. Jedziemy normalnie, a tu zaczynają strzelać ze szczytu kanionu, zza skał, zza kaktusów, stąd, stamtąd, zsiamtąd, zowamtąd. Już się cieszę, że wreszcie jakaś odmiana, a nie ciągle krowy, ale nie, kurwa, stary Pernell, opiekun praktyk musiał, no musiał po prostu się trzymać regulaminu i drze ryja do tych Indiańców: ,,Ej, ale do niego to nie strzelajcie, on jest na praktykach" i na mnie pokazuje. No i wszyscy przestają strzelać i się na mnie gapią jak na debila. Indianie, kowboje, nawet, kurwa, krowy. No i wychyla się zza bizoniej dupy ten ich wódz i się drze: ,,Młody, a z kim miałeś dziwkoznawstwo?" ,,No z Dziadygą" mówię, chociaż  siara jak nie wiem, środek, kurwa prerii, strzelanina, a ten mnie o sesję letnią pyta. ,,Ej, Kroczy Nad Wodą Z Siatką Z Lidla, on miał dziwkoznawstwo z Dziadygą!" woła wódz do jakiegoś typa w pióropuszu, a stary Pernell dodaje ,,A kto nie miał!". Na to się wychyla jakiś szaman taki zza kaktusa i drze się do Pernella ,,A pracę semestralną to z czego pisałeś?" A Iwan, student kowbojoznawstwa z Irkucka na wymianie z Erazmusa woła ,,Ej, a słyszeliście, jak Dziadyga opowiadał jak ściągał na egzaminie ze strzelanin?". No i wtedy poszło. Się znalazła krata żubrów, kiełbachy i dawaj, wszyscy napierdalają, jak to kiedyś było na kowbojstwie, jakie akcje w akademikach odchodziły, jak to mieli przypał na takim to a srakim egzaminie, jak ich z tego pytali, jak ich nie pytali, jak listy gończe kserowali, kurwa, baśnie z mchu i paproci, druga w nocy dochodzi, krowy ryczą, bo głodne, ja spać nie mogę, bo ci drą ryja po pijaku, ruda tańczy jak szalona śpiewają, a ja przecież jeszcze dzienniczek praktyk muszę uzupełnić, no ja jebie. I jeszcze o czwartej rano, jak już trzy czwarte leży naprute, jak krowy leżą, jak konie leżą, nawet, kurwa kaktusy leżą, to musiał mi nad głową usiąść Pernell z tym ich wodzem i nadawać, jak to młodzi byli, jak na kowbojoznawstwo poszli, jak to mieli się ze złymi w samo południe szczelać, a Bóg i prawo mieli iść za nimi, jak to po kapeluszach miało się dawać wszystkich odróżnić, że dobrzy białe, źli czarne, jak to miały być braterstwa krwi i fajki pokoju a tu jeden wielki pal męki, źli na uliczki w samo południe nie wychodzą, białe kapelusze noszą, w nos się śmieją, a całe to kowbojenie to się okazuje gonienie kurzu i kurzu jedzenie i z kurzem pod powieką zasypianie i w kurz się obracanie. 
- Żizń, żizń, suka pasljednaja - westchnął  Iwan, student kowbojoznawstwa z Irkucka na wymianie z Erazmusa. 
- Hakuna matata - przetłumaczył wodzowi szaman. 

piątek, 19 sierpnia 2016

Ilu twoich znajomych przejdzie test Voighta-Kampffa?

A co, jeśli tak jest, że tylko oni są tak naprawdę empatyczni? Jesli tylko oni oglądają wiadomości i naprawdę widzą w tych pikselach ludzi, naprawdę są się w stanie z nimi utożsamić? Co, jeśli tylko oni nie widzą w tej plamie na ekranie plamy na ekranie, tylko Patryczka sąsiadów, któremu pustaki z typowego gierkowskiego domku-kostki zmiażdżyły nóżkę i nikt nie ma pomysłu, jak go spod tego domku wyciągnąć? Co, jeśli  tylko oni widzą tę plażę w telewizji i umieją sobie wyobrazić, że to jest plaża w Mielnie, gdzie w zeszłym roku rozstawiali parawany, a teraz leżą pod folią ciała? Co, jeśli tylko oni umieją wyobrazić sobie ten kuter, którym płynęli na morską wakacyjną przejażdżkę z dziećmi oblepiony ludźmi i przewracający się gdzieś parę kilometrów od bezpiecznego brzegu koło Ystad? Co, jeśli tylko oni potrafią tak naprawdę wypobrazić sobie to spuszczanie na wodę kupionego w Tesco w lepszych czasach trzyosobowego pontonu na basen i kierowanie go z pięcioosobową rodziną dziobem w stronę Szwecji? Co, jeśli to ostatni ludzie, którzy wyobrażają sobie, że to ich dzieci teraz właśnie szukają ich nocą, na granicy albo na już bezpiecznym brzegu, że wałęsają się bez opieki, głodne, że są sprzedawane do burdeli, giną w innych nieznanych okolicznościach z tysiącami pozostałych dzieci z sąsiedztwa, Brajanków, Dżesik, Julek?

I muszą ten wynikający z takiego utożsamienia wstrząs jakoś przepracować, bo ta świadomość jest nie do wytrzymania. Jej zniesienie przekracza możliwości człowieka. Przyjęcie prawdy, która jest nieludzka wymaga pozbycia się człowieczeństwa albo przytłumienia go w jakimś stopniu, albo przynajmniej odmówienia człowieczeństwa tym pikselom, tym plamom na ekranie.

Więc nazywają te piksele falą, która zalewa, więc mówią o nich jak o zarazie, jak o zwierzętach, gdzieś tam w głębi duszy mając świadomość, że przyznanie się przed sobą, że samemu się jest po drugiej stronie ekranu tylko wskutek zbiegu okoliczności może zabić. Jedyną alternatywą jest niedająca się opisać rozpacz.

Co, jeśli rasiści to ostatni naprawdę empatyczni ludzie?

niedziela, 14 sierpnia 2016

Hipisi wyklęci

Przeżyłem już fazę na Jana Pawła II, modę na Powstanie Warszawskie, szał na Żołnierzy Wyklętych. Wiem już, że rynkiem gadżetów patriotycznych i usług zawładnie ten, kto przewidzi, wokół czego skupi się następna fala wzmożenia patriotyczno-religijno-ojczyźnianego.
Przeanalizowałem całą historię powojnia pod kątem zapomnianych bohaterów, tzn. pod kątem tego, kto miał najgorzej. Wyszło mi, że jest jedna grupa, która miała tak przerąbane, że jak przyszedł stan wojenny, to specjalnie tego nie odczuła, gdyż, jak pisze Tarzan Michalewski, oni stan wojenny mieli zawsze. Bicie, więzienie, zamykanie w psychuszkach, szykany milicji, zomo i gitowców - wszystko to sprawia, że następną grupą, której martyrologia będzie monetaryzowana w popkulturze będą hipisi.
Tak będzie, drogie dziatki. Już możecie się przygotowywać na te fale gniewnych młodzianów z naszywkami ,,ŚMIERĆ WROGOM HIPIZMU" na kurtkach.  Na koszulki z właściwymi dla estetyki nas interesującej przedstawieniami: wyraziste barwy, zacięte, gniewne twarze np. Ryśka Ridla czy Jimiego Hendrixa i do tego jakieś hasło, koniecznie rymowane, np. NA ŻYŁACH NOSILI BLIZNY KU CHWALE OJCZYZNY. Bądźcie gotowi na rekonstrukcje historyczne  ataków gitowców na hipisów obozujących w Częstochowie na pielgrzymce albo zamykania hipów za włóczęgostwo na 48. I, oczywiście, na niekończące się dyskusje rekonstruktorów na temat czy w 1978 roku były już takie koraliki czy owakie oraz czy pacyfa skórzana na szyi jest kanoniczna na początek lat 80. czy ni chu chu, bo wegetarianizm i ahimsa.
 A szefem IPN-u zostanie Kamil Sipowicz. I w szkołach będą akademie ku czci ofiar kompotu, a dzieci będą się bawić w bycie pałowanymi przez zomo. Pion Edukacyjny zorganizuje ruchomą wystawę poświęconą nieszkodliwości narkotyków miękkich. Będą bale i murale. Będzie fajnie, poczekajcie. 

sobota, 6 sierpnia 2016

O wyższości literatury nad sportem

Mam takie warsztaty czytania wierszy. I zdolna młodzież w wieku różnym na nich jest. I cieszę się, że to jest młodzież, która się zajmuje literaturą. Wyobrażam sobie, co by było, gdyby się zajmowała np. piłką nożną. O, wiem. gdyby zajmowała się piłką, zebrałbym ją i powiedział tak. 

,,Cieszę się, że tu jesteście. Sport to piękna droga, to, prawda, teges, droga do gwiazd. Wiadomo, że przez ciernie, ale wiecie, rozumiecie, pokonywanie słabości i tak dalej, i tak dalej. O, cieszę się, że połowa ma koszulki z Messim, a połowa z Ronaldo. Ale, wiecie, rozumiecie, Messich i Ronaldów jest dwóch. 

A w samej tylko Polsce piłkarzy jest parę tysięcy. A polska liga wcale nie jest jakoś tam szczególnie ważna, chociaż są ludzie, którzy się w jej sprawie zabijają. 

I wiecie, wiążąc pierwszy raz korki, musicie być przygotowani na ten moment, który raczej przyjdzie niż nie przyjdzie. Kiedy wiecie, że po etapie zapowiadającego się młodzika i zdolnego jurora  przyszedł czas gry w seniorach i razem z nim ta chwila po latach seniorowania, w której zdajecie sobie sprawę, że powyżej tej ligi, do której kosztem kontuzji wielu i wielu litrów potu się dostaliście, nie zagracie. Że teraz, z tego trzecioligowego klubu, no, z ławki rezerwowych w drugiej lidze, nie zajdziecie już do Primera Division. Lepsze jutro miało być wczoraj. Z powodu warunków odwołano. 

I to będzie ten moment, gdy, żeby uniknąć tego duszącego przerażenia wynikającego z patrzenia w przód, zaczniecie patrzeć wstecz, żeby sprawdzić, czy nadaremno łękotki wam latają, a w kolanach chrupie przy kucaniu. A tam z tyłu obraz niewyraźny. Czy okiwany przez was napastnik Orląt Radzyń Podlaski to był sukces uzasadniający to całe życie? Czy strzeliłby wtedy bramkę, czy, minąwszy was, wysłał piłkę hen, w kartoflisko za płotem stadionu? Nigdy, nigdy się nie dowiecie. I nawet jeśli nie graliście w pomocy czy w obronie, nawet jeśli graliście w ataku i przed oczami migają wam piękne bramki i zdumione miny pokonanych bramkarzy Lewartu Lubartów, Izolatora Boguchwała czy Wólczanki Wólka Pełkińska, to pamiętajcie, że teraz, po latach, tylko wam migają. 

Dlatego proszę was, póki jeszcze możecie, idźcie do domu".

Tak bym powiedział właśnie. Na szczęście dzieci zajmują się literaturą. Na szczęście. 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zadania literatury na następne półwiecze

Kiedy byłem mały, to szczęśliwie nie było grup rekonstrukcyjnych. Były za to opowieści babci. I część, owszem, była komiczna, jak Rosjanie rozstrzeliwujący słoiki z niemożności ich otwarcia (i, przyznaję, jest to opcja warta rozważenia, jak się który zassie szczególnie mocno). Ale większość raczej komiczna nie była, zwłaszcza gdy przewijam je sobie w mózgu juz z dorosłej perspektywy.
Jedną z najbardziej wrytych w pamięć była opowieść o marszu śmierci z Oświęcimia. Gdy front się zbliżał, Niemcy zaczęli gnać więźniów na zachód. W styczniu, na mrozie, tuż za progiem domu babci, która, idąc do szkoły, mijała zamarznięte trupy w rowach, a jak zasypiała, to słyszała strzały, którymi dobijani byli ci, którzy nie mieli już siły iść.
W tej sytuacji niewiele dało się zrobić. Ludzie kładli na progach chleb. Kładli, chociaż za chwilę sami mieli zostać uchodźcami, bo, jak mówiłem, szedł front, a ludzie mieli wtedy świadomość, że to nie jest duża impreza rekonstrukcji historycznej, tylko że tam się mordują. Ten chleb mi się wrył w pamięć, bo w tym odruchu było coś pięknego i podstawowego zarazem.

No i tak bym właśnie widział te zadania literatury. I w ogóle sztuki. I w ogóle wszystkiego. Żeby, cokolwiek nie idzie, ludziom takie odruchy jednak zostały.

czwartek, 28 lipca 2016

A co ty dziś zrobiłeś dla światowego pokoju?

Jakoś tak ostatnio zgadaliśmy się z Franciszkiem, że każdego dnia trzeba zrobić coś dla pokoju na świecie. I tak na przykład ostatnio zapytałem młodych ukraińskich poetów i pisarzy o ich najdziwniejsze lub najważniesze podróże w życiu. Wyniki TUTEJ


niedziela, 3 lipca 2016

Dziennik wyprawy do Warmii

Joannie Lewandowskiej

I tak stało się roku Pańskiego 2016, że, opuściwszy znajome, spokojne wody Przyrwy i Zyzogi puściliśmy się na wody niezbadane i nietknięte stopą żadnego galicyjskiego cadyka. Ani w ogóle kogokolwiek innego, kto po wodzie chodzi. Częściowo konno

 częściowo przez rzeki.

Dotarliśmy w końcu na Warmię. Ludność tamtejsza trudni się rybołówstwem i nauczycielstwem, jest przyjaźnie usposobiona i w ogóle. To, co przeczytacie w żywocie Brunona z Kwerfurtu to gruba przesada. 

Zrazu zgodnie z wielowiekową tradycją wzięliśmy się za poszukiwanie skarbów. Niestety, znaleźliśmy jedynie miejsce, gdzie, jak można sądzić z tajemnych znaków, templariusze zamurowali, nie wiedzieć po co, pawia. A na cholerę nam zamurowany paw? 


Udało się nam znaleźć za to mózg. Ludność miejscowa, jak widać, polecała, to jak było nie brać. Zwłaszcza że tanio. A skoro mózg już został znaleziony, można się było wziąć za głoszenie.



A głosiliśmy to, co głosić trzeba zawsze. Że diabeł, owszem, działa. Na krótką metę może mu się coś nawet udać, może sprawić, że ludzie będą toczyć pianę i mówić Czesława Miłosza po aramejsku. Albo może ich przekonać, że uznawanie tonących dzieci za coś dobrego i sposób na obronę cywilizacji to coś nie tylko nie ohydnego, ale i chwalebnego nawet. Owszem, takie rzeczy mogą mu wychodzić i takie robi z przytupem, jak to posiadacz kopyt, co nie? 

Ale są i rzeczy większe. Są cały czas i w każdej sekundzie gesty bezinteresownego, zupełnie bezsensownego dobra. Od poświęcenia ostatecznego po zupełnie proste, ludzkie odruchy. I one się nie biorą znikąd. Za każdym z takich gestów stoi siła tak wielka, że trudno się o niej nawet myśli bez lekkiego drżenia. I że, tak ostatecznie, to z niej pochodzą rzeczy naprawdę trwałe, jak  chwila czyjejś ulgi czy podtrzymana przez moment nadzieja. Myśl o tym to może i nie jest jakaś najlepsza broń przeciwko rozpaczy, ale to jedyna, jaka jest. 

No i tageśmy głosili, a co, a jak. Powymądrzalim się, powymądrzalim, a tu praktyka czekała tuż, tuż za rogiem Bugu. Jedziemy sobie po ekspresówce, a tu nagle hyc i okazuje się, że wleczemy za sobą malowniczy niezwykle pióropusz dymu. Nie dymu z rury wydechowej normalnego, o nie. Byliśmy Hutą Katowice na kołach, mobilnym koncertem kapeli z lat osiemdziesiątych, kometą, którą Halley gorzko opłakiwał, sprzedając.
Ewakuacja, szukanie, trójkąta, gaśnicy i inne rozrywki takich okazji to był jednak tylko wstęp do rozrywek właściwych. Bo się okazało, że jak się dym rozwiał, to się dobrzy ludzie pojawili. Wodę przynieśli. Dzieci w maliny wpuścili. A gdy już, dzieci wyprawiwszy do chałpy, spokojnie na lawetę czekałem, mając zamiar poczytania wreszcie nowego numeru Frazy, to czytać nie mogłem, bo się co i rusz ktoś zatrzymał i pytał, czy nie trza mi pomocy jakiej, chociaż kto mnie zna wie, żem urodziwą dziewoją, zgodnie ze stereotypami takie reakcje wywołującą, nie jest. 

I o tymem właśnie dumał, lawetą przez Nowy i Stary Nart jadęcy. O tym, że spalona turbina to nieduża cena jak za tyle dobra naraz. I o tej czopce piniendzy, co ją trza bedzie panu od lawety zapłacić. 

Ale w chałupie czekał mejl od Remigiusza Mazura-Hanaja, że w konkursie na pieśń dziadowską nową wygrałem czopkę piniendzy. Dokładnie tyle, ile pan od lawety przed chwilą był ode mnie wziął. Dokładniuśko. I tak to właśnie działa. 

 


środa, 22 czerwca 2016

Bogactwo, sława, dziadostwo

Podczas gdy sianokosy mają się ku końcowi, kraj nasz wstrzymuje oddech, śledząc pasjonujące zmagania. Chodzi oczywiście o III Konkurs na Pieśń Dziadowską Nową.

Tak więc ten, teges. Jak normalnie nie wysyłam nic na żadne konkursy na wiersze, to żem nie mógł się oprzeć. I co? I pisze do mnie dziś Szymek, że jest ta oto lista.


 I nie mówię, umim się cieszyć.

Niedługo będę miał papiery na dziadostwo (Nowe).

piątek, 17 czerwca 2016

Baśń traktorowa

Był raz Wojtek, co traktorem orał. I coś mu nie pasowało, coś nie bardzo mu dobrze szło to oranie, pług jakiś nie taki, nie tak ustawione. Coś by trzeba zrobić, cięgna poprawić. Zsiada więc Wojtek, ale silnika nie gasi, nad pługiem się pochyla. A ten wał, co przenosi ruch na wałek mocy się kręci. I nagle czuje Wojtek, jak go coś za kołnierz łapie, jakby łapą jakąś wielką i ku traktorowi ciągnie. Wie już, że kurtka mu się na wal nawinęła, ale zdjąć jej nie zdanża, bo już ucho ma przy metalu, już go całego moc silnika na wał nawija, już go w tryby wkręca i niesie dalej, dalej, hen popod podłogą ku silnikowi. Rozgląda się chłopak, bo nigdy przecież w traktorze nie był. Wreszcie wpada do jakiejś wielkiej komnaty przeogromnej. - Musi to komora spalania - pomyślał, bo ściany okopcone miała. Przyżegnał się, splunął przez ramię i widzi, widzi, a tu na środku komory karzełek na stołku siedzi. - Ktoś ty? - pyta karzełka. A karzełek się uśmiecha i tak mu powiada. - Jam jest Duch Silnika. Dobrym traktorzystom pomagam, a złym psoty czynię. Ale ty dobry jesteś chłopak - głaszcze się karzełek po brodzie. - Na wysokich obrotach nie piłowałeś, powolutku robiłeś. Rozrusznika nie zajeżdżałeś, oleju dolewałeś. Daruję ci i wypuszczę na powierzchnię. A nawet i więcej, bo ty dobry chłopak jesteś, cesarzównę księżycową zobaczysz. A teraz idź już, czas na ciebie - mówi karzełek i unosi Wojtka siła jakaś, w rurę u góry komnaty pcha i oto wylatuje nasz chwat przez komin na świat Boży. A tam widzi z góry, znad komina, sponad traktora, jak karetka miga na polu jego i jak za traktorem się uwijają w czerwonych ubraniach ratownicy. - Jak krasnale jakie - myśli Wojtek patrząc z wysoka.

A budzi się na łóżku, rurki z niego rosną jak z ziemniaka w komorze pędy białe, zamiast barku ma skrzydło gipsowe, białe, jak łabędzie. Piszczy wszystko, miga jak lampki na choince. ozmywa sie to wszystko w kolorowym wirze i zapada ciemność.

Znów budzi go parskanie znajome. Oczy otwiera i wie już, że nie śni. Na ramię patrzy i widzi, że mylił się wcześniej, nie skrzydło gipsowe ma u ramienia, a prawdziwe, łabędzie zamiast ręki mu wyrasta. Za oknem parska i prycha traktor jego wierny. Wstaje Wojtek z łóżka, do okna podchodzi i widzi grzbiet znajomy, garb kierownicy tyloma dotknięciami wyślizgany. Okno otwiera, po kablu od internetu schodzi bezgłośnie. Traktor schodki podstawia, siodełko nachyla. Nie namyśla się Wojtek, wskakuje i zaraz z kopyta ruszają. Jadą, jadą, jadą przez pola ciemne, przez drogi znajome. Wreszcie do tego miejsca mokrego dojeżdżają, gdzie woda zawsze stoi na drodze. Zagląda Wojtek z siodełka, a tam miesiączek się odbija, a w miesiączku cesarzówna księżycowa się przegląda, na drutach coś dzierga. Parska cicho traktor i cesarzówna głowę podnosi. - Chodź - do Wojtka mówi. - Koszulkę z pokrzywy ci wydziergałam, postać prawdziwą ci przywróci, chodź. Zsiada chłopak z traktora, do wody wchodzi, przed cesarzówną księżycową staje. Koszulkę pokrzywową z rąk jej bierze, na siebie zakłada. I kurczy się nagle, szyja mu się wydłuża, nos spiczasty staje. Czasu mija mało-wiele, a przed cesarzówną księżycową łabędź najprawdziwszy skrzydłami trzepoce, dziób w skardze niemej rozwiera.
- Postać prawdziwą ci przywróciłam, junaku - cesarzówna mu mówi. - Tylko łabędziem można być naprawdę - po szyi go głaszcze, bułkę w mleku rozmoczoną daje.

środa, 15 czerwca 2016

Pierwszy parytet w historii Kolbuszowej (nadejszła wiekopomna chwiła)

Jan Baron przybył, poczytał, porozmawiał, trawę pokosił, na żarnach pomełł. Ja oczywiście, durny, nie przewidziałem, że oba czytania wypadają wtedy, kiedy jest mecz otwarcia Euro i wszyscy fani poezji grają na wuwuzelach. Ale udało się, ludzie przyszli. Jednym słowem umiarkowane bo umiarkowane, ale coś na kształt zwycięstwa mimo wszystko.

W Kolbuszowej na spotkanie przyszli uczestnicy warsztatów Sekcja wiersza. Przed nami jeszcze tylko jedno spotkanie przed wakacjami, więc robię małe podsumowanie.

Gdy to wszystko się w grudniu zaczynało, przewidywałem rychłą klapę. Nie przypuszczałem, że znajdą się ludzie chcący raz na dwa tygodnie pogadać o jednym współczesnym polskim wierszu. Okazało się, że są. A jeszcze później okazało się, że co dwa tygodnie to dla nich za rzadko i wolą co tydzień.

To jest ważne. Cieszę się też z innej rzeczy. Na początku założyłem sobie, że będę mniej więcej zachowywał parytet. Czyli raz babkę, raz chłopa czytamy. Żeby ludzie z warsztatów mieli świadomość, że tak babki, jak i chłopy mają coś do powiedzenia i mogą się z tym przebijać. W tę niedzielę policzyłem. Jak na razie czytaliśmy siedem babek i pięciu chłopów. Za tydzień jeszcze jeden chłop i z planowanym wynikiem 7:6 kończymy mecz z lekką przewagą babeczek. Proszę odnotować w annałach, że pierwsze zastosowanie parytetu w Kolbuszowy się udało.

Te miesiące przypomniały mi też o rzeczach podstawowych. A takie mianowicie, że zajmowanie się poezją jest strasznie ważne. Bo poza tym że warto dla samej poezji, dla wartości estetycznych, to są jeszcze inne sprawy.

1. Poezja uczy nas rozumieć i odczytywać emocje innych ludzi i swoje własne.
2. Kontakt z poezją jest naturalną potrzebą człowieka.

Tyle tylko że człowiek zostawiony przez szkołę z poczuciem, że poezja (zwłaszcza współczesna) to coś trudnego niefajnego i nie dla mnie zaspokoi ją Popkiem. Tak że ten, teges. Rodzicu, jeśli ktoś Ci nie uświadomił jeszcze, że jedyną alternatywą dla frazy jesień idzie Panie, a ja nie mam domu  jest pizda nad głową, kręć dupą swoją, to ja Ci uświadamiam. 



czwartek, 2 czerwca 2016

Wielka trasa Jana Barona po duchowych i intelektualnych centrach Podkarpacia

Klamka zapadła. Łajka przypięta pasami odlicza po rosyjsku od dziesięciu do zera, zupełnie odwrotnie niż Kaszpirowski. Jan Baron, autor Korekty i Układu scalonego przyjeżdża z ziemi śląskiej do tych pagórków leśnych i łąk zielonych.

W piątek 10 czerwca o 18 czyta w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Kolbuszowej.

W piątek 10 czerwca o 20.30 spotykamy się z kolei w Królestwie Bez Kresu, herberciarni w Rzeszowie. Po spotkaniu Jana zagra kapela Wczorajszy, w której mam zaszczyt i przyjemność obsługiwać bas u boku dobrych i miłych ludzi: Anny Kwas, Konrada Stefiuka i Szymka Węglowskiego.

Wstęp na obie imprezy wolny.


poniedziałek, 30 maja 2016

Kiedy przyjdą podpalić

Chodzimy po byłej wsi Caryńskie. Kasia opowiada dzieciom, dlaczego wieś jest była i trzeba ją sobie wyobrażać. Łucja bardzo przeżywa to, że ludziom, jak ich wyganiali, jak ładowali na wozy i wywozili do bydlęcych wagonów, to zabrali też owce. Bo Łucja sama ma owcę i bardzo ją kocha. Myśli, myśli, myśli.



- To ja bym wzięła owieczkę na rączki i poszła sobie do wagoniku.











Serce mi pękło i nie może się złożyć.

wtorek, 24 maja 2016

Wyprawa do Tarnobrzega, czyli życie seksualne dzikich

 Żeby nie było, że tylko Joanna Lewandowska może sobie wrzucać na blo zdjęcia z miejsc, gdzie była. Żeby nie było, że ja jestem takim ćwokiem, co to najdalej z własnej wsi się rusza do miasta po babkę do klepania kosy i trampki. Tak, ja również podróżuję. NIe są to podróże dalekie i wiadomo, że najbardziej prestiżowo byłoby pojechać do Toskanii i żreć bażanty nadziewane gównym przepiórczym, ale tak w tajemnicy Wam powiem, że tą całą Toskanią mogą zachwycać się tylko ci, którzy nie byli w Posuchach (gm. Raniżów, powiat kolbuszowski). Ale cóż, są gusta i guściki.
Otóż nie dalej jak w zeszłym miesiącu byłem hen, w odległym Tarnobrzegu. Dwajścia kilometrów ponad stąd.

Tarnobrzeg, podobnie jak i inne miejscowości w Centralnym Okręgu Przemysłowym, w pewnym momencie swej radosnej historii z normalnego lasowiackiego miasteczka stał się miastem z przemysłem i innymi bajerami, który to przemysł szybko się zwinął. Wszystko to działo się na tyle błyskawicznie, że ślady wszystkich etapów ze sobą się przeplatają, sąsiadują i w ogóle.  I to jest takie fajne, bo ta część, co to została po wiejskiej przeszłości to jest właśnie podmiejsko-wiejska. Że wypasione chałupy lekarzy czy innych tam doktórów sąsiadują z obejściami, po których chodzą kury. Ale nikt się tej wiejskości jakoś nie wypiera, wręcz przeciwnie. Widać, że ludzie chcą do tej wiejskości pierwotnej nawiązywać. A to świątka w ogródku ustawią, a to Matkę Boską nad drzwiami przywieszą, a to dechami dom oszalują, żeby przynajmniej z wierzchu na drewniany wyglądał.


 I to jest miłe. Ale najfajniejsze jest to, że, jakkolwiek Tarnobrzeg zaczął się rewitalizować i robić się ę, ą, eurokostkę przez bibułkę, to jeszcze nie zdążył. I że są tam jeszcze miejsca z normalną szyldozą, że Księgarnia Akademicka z Tanią Odzieżą w jednym stoją domu albo chwilówkę można wziąć wchodząc do knajpy, co, nie ukrywajmy, ma sens.

I im dłużej o tym myślę, tym cieplej mi się na serduszku robi na myśl o szyldozie. Zszyldowane i przaśne miejsca paździerzą i trocinami wysłane to są jednak, w sensie antropologicznym, miejsca. W odróżnieniu od niemiejsc, tych wszystkich odczłowieczonych przestrzeni. Za szyldami i banerami o tym, że usługi budowlane, wykończeniówka i tanio stoi człowiek, za spójną koncepcją stacji benzynowej albo zrewitalizowaneog rynku stoi moloch jakiś zawsze.


Miejsca pod szyldami są bezpieczne. Szyld z gołą babą reklamującą klocki hamulcowe to oznaka bliskoći cżłowieka. Może niezbyt rozgarniętego, może niezbyt sympatycznego, ale człowieka zawsze. Cóż może ci zrobić handlujący częściami chytry Mirek? W najgorszym razie wstawi Ci używany szpej z allegro, a policzy jak za nowy. Póki rzecz nie dotyczy hamulców, nie ma tragedii. Ale moloch stojący za zaprojektowaną i zestandaryzowaną sieciową kawiarnią czy bankiem tak cię wyrucha, że nie będziesz wiedział, gdzie góra, a gdzie dół.

Spieszmy się kochać niezrewitalizowane paździerze. Tak szybko... No własnie wcale nie szybko. I dobrze.

środa, 11 maja 2016

Czy warto mówić prawdę i dlaczego nie bardzo

Czasem człowiek tak odruchowo prawdę powie. To już gorzej jakby się w łeb grabiami na ziemi leżącymi na ziemi szczelył. Bo z grabiamy to przynajmniej śmieszne jest.

A było to tak.

Spotkałem się z młodzieżą. Opowiedzieć młodzieży o tłumaczeniu wierszy z ukraińskiego na polski poetów współczesnych poszedłem, bo wyszedłem z jakże słusznego założenia, że opowiadanie młodzieży tejże o pisaniu wierszy wyczerpuje wszelkie znamiona znęcania się.

I padały pytania. I dziewczę jedno zadało pytanie następujące.

- Czy nie ma pan czasem wątpliwości co do sensu tego, co pan robi?

A ja, zupełnie odruchowo, powiedziałem prawdę (durny, durny, durny):

- Cały czas.

Chciałbym, żeby to była kokieteria albo zamiłowanie do zabawnych paradoksów.

Ale nie.

A przekład wiersza Oksany Hadżj z nowego Salonu Literackiego jest TUTEJ

wtorek, 10 maja 2016

GRH ,,Rzeczy Przyjemne" zaprasza. Tanio i smacznie.

Niniejszym powołuję do życia Grupę Rekonstrukcji Historycznej ,,Rzeczy Przyjemne". W skrócie GRH RP. Czekam na zgłoszenia. Mówię już w skrócie, jak by to miało działać.

No więc wyobraźmy sobie. Jest święto jakieś. Odłonięcie pomnika, bo ja wiem, husarza na Kasztance albo innego tam kogoś ważnego. Jest już po przemówieniach notabli, już po pokropku, jest po dawce afektowanej, patetycznej poezji o tym, że nic nie jest tak super jak ziemia ojczysta i nawet jakby człowiek miał do wyboru: truskawki ze śmietaną i cukrem albo wielką michę ziemi ojczystej, to nie zawaha się chwili jego serce, bo inaczej będzie w poniewierce.
I wtedy długo zapowiadany gwóźdź programu. Występ GRH RP. Wszyscy czekają, a tu jak przychodzi co do czego, to grupa siada za długim stołem i żre bażanty. Bo akurat rekonstruuje ucztę u Wierzynka. I żre w tym upale bite cztery godziny, do wypęku. A bidne harcerze na warcie honorowej tylko ślinę przełykają. A bidne notable się pod marynarami gotują i w marynaty zamieniają. A my nic, twardo rekonstruujemy picie win sprowadzanych z Węgier chłodniuśkich, w zroszonych delikatną mgiełką gąsiorach podawanych, drób palcyma jemy, w serwetki dyskretnie wycieramy. Niechaj Polska zna, jakich synów (i córki) ma!

Bo GRH RP rekonstruowałaby, zgodnie z nazwą Rzeczy Przyjemne z naszej historii. Nie tylko rzeczoną ucztę u Wierzynka, ale i obiady czwartkowe, i odpoczynek Kochanowskiego pod lipą, i romanse władców poszczególnych, wicie wianków, wesela, a nawet może i co radośniejsze stypy. Na zgłoszenia czekam pod moim tradycyjnym berdyczowskim adresem. Tylko poważne oferty.

czwartek, 5 maja 2016

Dobry Polak to matrtwy Polak. A więc wojna.

Pojechaliśmy z kuniem kawałek w pole. Kawałek, bo się dalej trochę boimy. Tam jest dużo strasznych stworów w rodzaju saren albo kładów. Ale wczesna wiosna jeszcze. Jeszcze się oswoimy. 
Słuchaliśmy Dylana i myśleliśmy. Koń o swoim, ja o swoim, każdy z osobna o swoich sprawach, bo miłość miłością, bliskość bliskością, ale nawet z rodzonym własnym koniem trzeba mieć jakieś marginesy poza wspólną przestrzenią, dla siebie tylko.
I tak myślałem o sytuacji. A sytuacja jest niełatwa, trudna nawet. Czytał ja ostatnio trochę patritycznej poezji dziecięcej i młodzieżowej. Ogólnie rzecz biorąc jest tak, że jak się dzieciom każe napisać wiersze patriotyczne, to piszą o trupach. Że fajnie jest umrzeć dla ojczyzny. Oczywiście najlepiej jak człowieka zabije jakiś wróg niedobry, ale w ostateczności z braku laku może być też wypadek komunikacyjny (Smoleńsk, Smoleńsk). A dzisiejsza młodzież jest niedobra, bo by tak umierać nie chciała. A ta dawna, co już umarła, to chciała i nie miała nic naprzeciwko.
I mówię ja: niedobrze, koniku, niedobrze. To jest normalna i regularna cywilizacja śmierci, co to dziateczkom swoim nic poza śmiercią nie ma do zaproponowania. Żadnej wartości poza ustaniem ważnych funkcji życiowych organizmu w przeżywaniu urodzenia się w dorzeczu Wisły i Odry nie widzi. Jednym słowem: dobry Polak to martwy Polak.
Tak więc wojna. Wszystkie sprawy schodzą na plan dalszy, bo cywilizacja, która jest tak radykalnie przeciwko życiu nie tylko poczętemu, ale nawet i urodzonemu nie pozostawia większego wyboru, jak tępić ją wszystkimi kończynami. Bezapelacyjnie i do samego końca.
Przy czym może nie być łatwo. Nie dał mi Pan bowiem zbyt wielu możliwości prowadzenia działań zaczepno-obronnych, a z tych, co mi dał, to niejaka zdolność do rymowania wydaje się potencjalnie najgroźniejsza. Ale i z nią mogę wiele nie nawojować.
Wczoraj była matura. Można było zinterpretować Herberta. Prawie nikt tego nie zrobił. Jak słuchałem wypowiedzi młodzieży w Trójce, to się za życia w grobie przewracałem. Że poezja jest ciężka. Że niełatwa. Że Herbert (i tu cytat) pisał trudnym językiem. HERBERT. No ludzie, proszę was. Herbet. Pisał. Trudnym. Językiem. Taki wniosek wynosi dziecko z edukacji szkolnej. Założę się o flaszkę, że 3/4 maturzystów nie przeczytało nawet wiersze do interpretacji, bo by nie wygadywała takich kocopołów. A nie przeczytała, bo szkola skutecznie zabiła w nich jakiekolwiek zainteresowanie poezją.
A ono jest dla człowieka naturalne. To jest w zasadzie najważniejsza lekcja, jaką wyniosłem z wtykania nosa w poezję ludową. Posługiwanie się tekstem poetyckim, kontakt  z nim jest naturalną potrzebą użytkownika języka. Tak jak nie wiem, jedzenie, oddychanie czy robienie kupy. Wyobrażacie sobie, że szkołą np. oducza ludzi robić kupę? Ja już tak.
A więc wojna.

czwartek, 31 marca 2016

Od sentymentalizmu to się proszę odpierdolić, kurwa jego mać

Nadział mi się ostatnio mózg na pytanie o to, czy czytanie czegośtam jest ok czy jest już obciachowe, bo sentymentalne. Ano nie wiem, czy czytanie czegokolwiek tam, gdzie nie czyta prawie nikt może być obciachowe (i zaraz sobie odpowiadam, że jednak owszem, może, że są rzeczy tak okropne, że już lepiej być Podolanką w stanie natury wychowaną niż siedzieć z nosem w tych książkach, ale zostawmy to). Załóżmy, że nie może. Zajął mi się wobec tego mózg przymiotnikiem sentymentalny. Tym, jak rozszerzył swoje znaczenie i tym, jak zmieniły się jego konotacje - od neutraknego w gruncie rzeczy terminu do synonimu obciachowości. I o tym, jak oba te procesy poszły w parze. 

Wszystko jest oczywiście elementem większych zmian w kulturze, tego, jak ta kultura się zrobiła emocjonalnie zdystansowana. W dobie wszechobecnego sarkazmu i ironicznego dystansu od wszystkiego emocjonalne zaangażowanie i mówienie o emocjach jest bardzo niekomilfo, żenua i w ogóle. 

W lyteraturze to już w ogóle. W książce relacje między bihaterami nie mogą być tematem samym w sobie, panie dziejaszku. Trza je opakować w coć innego, musi książka udawać, że o uczuciach i emocjach nie jest, bo ją mądre ludzie do piekła między harlekiny strącą, gdzie, jak wiadomo, szatan smutny śmietelnie czyta, jedząc bułki ze smalcem, paluchów nie wyciera i rogi zagina. 

I tak u Joanny Bator w ,,Ciemno, prawie noc" najlepszą częścią księgi jest to, co się dzieje między sioistrami. To jak starsza chroni młodszą, to, jak młodsza, wpatrzona w nią, musi nauczyć się żyć jako osobna istota. No ale na tym nie szło poprzestać, prawda? Trzeba było wrzucić siostry w universum, w którym każdy ma Mroczną Tajemnicę. Trzeba zrobić z opowieści Powieść Która Udaje Powieść Gatunkową Żeby Dać Znać, Że Ją Tylko Udaje. I tak zyskujemy utwór, w którym w pewnym momencie zyskujemy pewność, że nawet jeśli bohaterka kupuje fajki u kioskarza, to kioskarz na pewno został w przeszłości porwany przez UFO, zgwałcony przez kosmitów, a poza tym jest zaginionym praprawnukiem Martina Bormanna, również zaginionego. 

Ale sztandarowym przykładem unikania obciachowego sentymentalizmu jest na moje oko Żulczyk. Żulczyk jest świetny w pokazywaniu międzyludzkich relacji. To, jak rozwija się więź między bohaterami ,,Radia Armageddon", jak plecie się wątła więź między bohaterem ,,Ślepnąc od świateł" a Paziną czy historia bohaterów ,,Zrób mi jakąś krzywdę" to są rzeczy naprawdę fajne. No ale przecież nie można pisać powieści o przyjaźni czy miłości (najmiłosierniejszy Trygławie, jak to brzmi! Już samo brzmienie tych fraz wywołuje ciarki wstydu). Trzeba więc podlać wszystko Naomi Klein (która broni się przecież świetnie sama, serio), trzeba udrapować książkę tak, żeby wyglądała jak studium miasta (Tyrmandzie, przestań kręcić się w grobie, ok?), trzeba wetknąć detektywa Rutkowskiego i starczy dystans dwudziestoparoletniego bohatera od młodych antyglobalistów. Czy powieść naprawdę musi aspirować do statusu wypowiedzi o współczesnym świecie w sytuacji gdy jest fajną wypowiedzią o sprawach międzyludzkich? Ano, musi. Widmo obciachu krąży nad Europą.  

Kukiz, jak jeszcze nie był Kukizem w dokumencie o Jarocinie przytoczył anegdotkę o tym, jak jurorował w festiwalu jarocińskim. O tym, jak kapela przysłała im kasetę. Na kasecie śpiewał wokalista, jak przytłaczają go wielkie, stalowe konstrukcje. A kapela była z zadupia zabitego dechami (a w latach osiemdziesiątych wiocha zabita dechami wyglądała tak, że o, ho, ho). I kapelę Kukiz odrzucił. A jak wokalista pytał czemu, ach czemu, Kukiz odparł: ,,Bo ty kłamiesz, pajacu". 

I to jest chiba mój problem z ironiczną (pop)kulturą dzisiejszą. A więc od sentymentalizmu to się proszę odpierdolić. Motyla noga, kurcze pióro.

poniedziałek, 28 marca 2016

Co Ty dziś zrobiłeś dla Sprawy?

A co Ty dzisiaj zrobiłeś/aś dla Sprawy? Bo ja to akurat dziś niewiele. Mieliśmy nagrywać audycję, ale nie nagrywamy, więc w zasadzie poza wożeniem dzieci na koniu i transkrybowaniem tekstów gwarowych dzisiaj nie zrobiłem nic wymierzonego w światowy system. Ale czasem mi się zdarza np. pisanie tekstów o ukraińskiej literaturze. I jeden jest TUTEJ. O Smołoskypie, takim wydawnictwie-instytucji.

Fajny tekst o literackiej Ukrainie (nie mój, Klaudii Raczek) jest też w nowej Szafie. TUTEJ.

Dla Sprawy możesz, drogi Czytelniku, przeczytać oba.

czwartek, 24 marca 2016

Z cyklu: kierunki emigracji wewnętrznej - antropologia kultury

Trudno jest zrobić coś, żeby można było patrzeć na to, co się dzieje bez smutku. Ale można się od tego  jakoś dystansować. Jako mieszkaniec terenów wiejskich, gdzie dostęp do narkotyków wciąż pozostaje na zatrważająco niskim poziomie, muszę sięgać po metody prababek. Na przykład po patrzenie na wszystko z perspektywy antropologa. 

Wtedy rzeczy smutne stają się może nie mniej smutne, ale jak się w nich widzi zagadki, to przynajmniej się robią ciekawsze. I tak na przykład długo nie mogłem rozgryźć, jak to wszystko jest możliwe, skoro w szkołach przed maturą (a i wcześniej) czyta się mnóstwo literatury o Holokauście. Teoretycznie niemożliwe wydawało się, żeby w dyskursie publicznym zaczął na normalnych, równych prawach funkcjonować rasizm. A tu proszę, bęc. Bez żenady i krępacji. 

Ale w końcu mi się odblokowały klapki odpowiednie i wszystko wskoczyło na swoje miejsce. W omawianej w szkole literaturze Zagłada to jest coś, co przychodzi z zewnątrz już gotowe i ukształtowane. Nie widzimy jej początków, a dopiero koniec. Widzimy w niej coś, owszem, strasznego, ale obcego i zewnętrznego. A dlaczego tak się dzieje? A bo Mniemce to straszne skurewsyny. 

Jeśli dziecko zetknie się z jakąś analizą początku ludobójstwa, to raczej jeśli trafi na studia związane w jakikolwiek sposób z językiem czy kulturą. Tam dopiero zobaczy stałość pewnych mechanizmów i to, że to się zawsze zaczyna od operacji w sferze symbolicznej, od dehumanizacji wroga, od zbudowania do niego dystansu, wywołaniu w ludziach poczucia zagrożenia jakąś grupą, wzmacniania negatywnych stereotypów obcych, budowania krystalicznego wizerunku swoich. A to wszystko przecież są sprawy drobne i nikt od tego jeszcze nie umarł, prawda?

Ja to bym w szkołach analizował Der Sturmera. Albo to radio, co w Rwandzie przygotowało grunt pod rzeź.  Tylko wyraźnie zaznaczając, że to nie jest instruktaż. Na wszelki wypadek.  Nie musiałbym teraz analizować pani premierki ani Gościa Niedzielnego. A to duża oszczędność czasu i energii, to też nie w kij dmuchał.

poniedziałek, 14 marca 2016

Spartakus fanatic hool's

Mamy we wsi klub sportowy. Spartakus Kolbuszowa Górna. Klub nie ma sekcji piłkarskiej, bo już jest drużyna w Kolbuszowej i w Kolbuszowej Dolnej. Jakby była jeszcze na Górnej, to już by się szło wścic. Dlatego też Spartakus ma sekcję tenisa stołowego i szachów. Z tej okazji wiem, że są mecze szachowe i że są drużynowe, jak najbardziej. 

I śniło mi się dziś, że zostałem kibicem Spartakusa. Że jeżdżę za Spartakusem, gdziekolwiek rozgrywa na wyjeździe mecz szachowy. Że siadam w tych wszystkich domach kultury i bibliotekach, w których te mecze się rozgrywają, macham szalikiem i wykonuję perły ze skarbnicy kibicowskich śpiewników. Na przykład pieśń Sędzia, ty cwelu, sprzedamy cię do burdelu, wywołując tym samym ciarki wstydu tak u trenerów, jak i u rodziców małoletnich zawodników. I śniło mi się w tym śnie, że zakładam nieoficjalną stronę klubu, gdzie wypisuję elaboraty o tym, jak zła współpraca władz klubu i kibiców prowadzi do napięć i tłumienia oddolnej kibicowskiej energii. I że nie może tak być, bo klub tworzą kibice, a nie władze. I że Polski Związek Szachowy, Polski Związek Szachowy, jebać, jebać Polski Związek Szachowy.


I śniło mi się, że odpalam w tych wszystkich bibliotekach i domach kultury race. A potem, jak mnie portier wyrzuci, piszę elaboraty do periodyku To my, kibice o tym, jak na Podkarpaciu szykanują kibiców za piro, chociaż w każdym normalnym kraju pirotechnika jest częścią opraw. I że policyjne prowokacje. I ze TVN i Wyborcza. 

Jednym słowem, śniło mi się, że całe moje życie poza oczywiście wychowywaniem dzieci, robieniem żonie kawy i wypasem zwierząt na własny użytek ma jakiś konkretny, uchwytny dla otoczenia i rozumiały sens.

czwartek, 10 marca 2016

Sarenka

Pan Stefan wymknął się cicho, jak co wieczór, na ganek swojego domu, żeby, nie narażając się żonie, zakurzyć. Bo to zasłony w domu w mig przechodzą tym smrodem, a i lekarz mu zabraniał ostatnio. Ale kurzyć trzeba, wiadomio.
Zapalił i już-już miał ponownie przytknąć ustnik do warg, żeby zaciągnąć się wreszcie dymem pozbawionym gorzkiego posmaku przypalonego tytoniu i zapałki, który musiał poczuć, odpalając cygara, kiedy ją zobaczył. Na trawniku jego domu stała sarenka i jak gdyby nic skubała trawę. Nie było w tym nic dziwnego, las nie był daleko, a ogrodzenie było stare i miało dużo luk. Pan Stefan patrzył jak zaczarowany. Zwierzę jak na razie nie dostrzegło jego obecności i mógł podziwiać je z odległości paru zaledwie metrów.
- Byle jej teraz nie spłoszyć - myślał pan Stefan, trzymając zapalony papieros dziesięć centymetrów od ust i wpatrując się w zwinne, lekkie zwierzątko. Ale jak tu jej nie spłoszyć, kiedy palić się chce? Musi pan Stefan ucałować ustnik, ale tak, żeby sarenka tego ruchu ku ustom nie dostrzegła. Musi się ruszać jak coś, czego sarenka się nie ulęknie. Ale czego się nie ulęka? Ruchu jakiego? Ruchu trawy rosnącej nie ulęknie sarenka się. Więc musi się pan Stefan ruszać jak trawa rosnąca. I w tym tempie ręka jego ku ustom rusza. Jak trawa, jak trawa jest ręka pana Stefana. Jak trawa jest pan Stefan. Widzi, jak setna milimetra po setnej milimetra ręka jego ku ustom rośnie. Czuje, jak rośnie cały, jak w podeszwy łaskoczą go korzonki, szukające wyjścia poza kapcie i zagłębiające się w ziemię. Czuje, jak wypełniają go po włosów korzonki soki, jak krążą po jego ciele, szeroko rozwartymi przetchlinkami powietrze wdycha, aż chloropolasty w nim buzują. Widzi, jak podchodzi do niego sarenka i listeczek po listeczku, gałązka po gałązce zaczyna oskubywać.
Wreszcie z całego pana Stefana tylko papieros zostaje. Ujmuje go sarenka zgrabnie w raciczkę, zaciąga się spokojnie i długo.

wtorek, 8 marca 2016

Fraza zostaje na lodzie

A pisał niedawno Sławek Płatek o tym, że źle się dzieje, bo polityka kulturalna zideologizowana będzie. I tu się przydaje jednak to, że zawsze jak już sobie przy ładowaniu opału albo wyrzucaniu gnoju wymyślę jakiś tekst, to i tak nie zdążam (czyt. zdanżam) go zapisać, bo cośtam cośtam. Bo miałem napisać, że wcale nie, że w sumie dobrze, bo w ponowoczesności jeśli ktoś jeszcze wierzy w siłę i moc sztuki i literatury, to tylko zamordyści. I w zasadzie niewiele lepszych rzeczy może się nam przydarzyć niż taki lajtowy, ponowoczesny zamordyzm. Taki co to do łagru nie wyśle, co najwyżej dotacji nie da albo usty złotemi ministra cierpkie słowo powie. Ale i przy tym, paluchem grożąc, przecież taki zamordyzm na słowa poetów i innych nierobów tym samym palcem wskazuje, oczy ludu nań zwraca. Satrapa, byle nie bił w szczepionkę, byłby jak dar z nieba. 
No ale oczywiście młody jeszcze jestem i głupi. Nie przewidziałem, że jak już te pstryczki w nos będą rozdawać, to nie tylko ewidentnie obcym, ale i tym, którzy po prostu robią swoje. I tak nic dziwnego, że na liście dofinansowanych czasopism nie ma Krytyki Politycznej, to było jasne, bo przecież nic nie zagraża tak Wielkiemu Imperium Lechitów jak KryPa wydająca w kilkusetsztukowych nakładach książki. No ale co komu do ladacznicy nędzy zawiniła taka choćby Fraza? Rzeszowski tołstyj żurnał na ćwierćwiecze wychodzenia dostał obcięcie dotacji do zera. Jakby co, to mam parę opon. Mogę palić. 

niedziela, 28 lutego 2016

Zwierzogród

Raz na jakiś czas trzeba się ukulturalnić. Byliśmy zatem z dziećmi na Zwierzogrodzie. Zwierzogród jest o tym, że władza rozbudza drzemiące w społeczeństwie zwierzątek uprzedzenia rasowe. Dzięki eskalacji rasizmu możliwe jest ograniczenie praw jednostek w Zwierzogrodzie i wprowadzenie rządów policyjnych na które podzielone społeczeństwo bojące się stygmatyzowanych mniejszości chętnie się godzi.
Dobrze, że to tylko bajka, nie?

czwartek, 25 lutego 2016

Młodość

Z kolegą Franciszkiem, prywatnie moim synem, chodzimy na karate. Szlachetna sztuka, za pomocą której okinawski chłop zwalczał ucisk pańszczyźniany ma ten plus, że zapewnia mi wiedzę o tym, czym żyje młodzież. Po treningach mimowolnie słucham dyskusyj naszych klubowych kolegów (średnia wieku ok. 10 lat).

Dzięki temu wiem, jak teraz wygląda cięta riposta. A wygląda tak. ,,- Zenek, ale wiesz, że jak chcesz schudnąć dzięki karate, to jak będziesz pił Mountain Dew po treningu, to nic z tego? Wiesz, ile to ma cukru? - Taki jesteś mądry? A wiesz, ile to jest dwa do drugiej potęgi dodać cztery do piątej potęgi?".

Po tej miażdżącej ripoście wywiązała się dyskusja na temat tego, że dobrze, iż w Mountain Dew nie ma przynajmniej kofeiny. Ale tu szatnia nasza podzieliła się na dwa obozy. Jedni uważali, że mówi się ,,kofeina". Drudzy, że ,,kokaina". Spór przybrał temperaturę wrzenia. Jedni mówili, że w kawie jest kofeina. Drudzy - że kokaina. Nie wiem, jak się skończył, bośmy spakowali manatki, zrobili kulturalnie seppuku, powiedzieli na pożegnanie ,,Hokkaido" i poszliśmy. Ale ubogacony duchowo w sposób szczególny jestem.

O, szczęśliwa młodości, gdy człowiek wierzy jeszcze w sportowy styl życia, w zdrowe odżywianie, harcerskie ideały.

O, szczęśliwa młodości, gdy człowiek wierzy w kawę z kokainą.

niedziela, 21 lutego 2016

Zróbcie hałas dla Jarosławy Łytwyn

Jest taka sprawa. Niedawno przetłumaczyłem kawałeczek prozy Jarosławy Łytwyn. Można go sobie przeczytać o, TUTEJ Polecam, bo fajny. I jest taka sprawa. Bo Jarosława to ciekawa postać w ogóle. Urodziła się na Kamczatce, pisanie po ukraińśku to dla niej kwestia świadomego wyboru. A trzeba Wam wiedzieć, że być prozaikiem ukraińskojęzycznym a rosyjskojęzycznym to wybó między rynkiem kilkudziesięciomilonowym a kilkusetmilionowym, tak więc to jest wybór odważny. W ogóle  dzięki niej myślę sobie o sytuacji ukraińskiej literatury, w której decyzja ,,zostanę poetą" poprzedza następną decyzję: wyboru języka. Każdy ukraiński poeta lub prozaik pisze po ukraińsku, na zasadzie świadomego wyboru między dwiema możliwościami. I Jarosława zwróciła mi uwagę na to, że przecież polscy emigranci już stoją przed takim samym wyborem. No wiecie, ludzie na Wyspach na przykład. Znaczy się, polszczyzna też już staje się kwestią wyboru. Też musi powoli zaczynać walczyć o siebie. 
Tak więc, widzicie, nie dość, że fajnie pisze, to jeszcze ma olej w głowie. I pytała mnie ostatnio, czy był jakiś odzew na jej tekst, bo jest z kultury, w której życie literackie jest jeszcze w stanie lepszym niż przetrwalnikowy. I na razie poza pytaniem Joanny Lewandowskiej, czy tłumaczę tylko wyjątkowo ładne autorki (to nie jest kwestia wyboru, tak się jakoś dzieje samo), odzewu niet. 
Tak więc prośba gorąca. Zróbcie hałas dla Jarosławy. Ja jej wszystko przełożę i przekażę. Czekam na komcie, maile, telegramy. 


czwartek, 18 lutego 2016

Do Sz.P. Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego list otwarty

Szanowny Panie Ministrze, 

będę pisał krótko, bo roboty i u mnie, i u Pana kupa, a sprawa konkretna: jest interes do zrobienia.

Ale zacznijmy od jajka: nie jest tak, że jak się narobi filmów o tym, że w czasie wojny lud był dzielny i zabijał więcej ludzi niż inne ludy, to lud się zrobi od tego lubiany, klękną przed nim narody, turyści przybędą i kajać się poczną. Nie. Niech Pan popatrzy na Rosjan. Naginęły ich miliony na frontach i obozach, Berlin zdobyli, bez nich w ciemnej dupie byłaby Europa. Filmów o tym narobili monumentalnych co nie miara, a seriali drugie tyle, ze świetną ,,Karną kompanią" (,,Штрафбат") włącznie. I co? I jajco. Nikt ich nie lubi. 

A na ten przykład Amerykanie. W każdym zadupiu wszyscy mówią po ichniemu. Ich kultura zdominowała cały świat. A wszystko to dzięki nieustannemu pluciu na Amerykę przez samych Amerykanów. Cała istotna dla świata sztuka amerykańska była krytyczna. Poczynając od beatników przez hipisów po Marylina Mansona i Michaela Moore'a wszyscy walili w Amerykę jak w bęben. I co? I nic. Angielski w XX wieku stał się językiem międzynarodowym, a kod kultury amerykańskiej kodem uniwersalnym. 

Każde przedsięwzięcie krytyczne przynosiło Ameryce niezwykłe korzyści. Antywesterny o tym, że Amerykanie to buce z krwią indiańską na rękach pobiły na łeb popularnością westerny. Nawet o bohaterstwie dzielnych amerykańskich wojaków w Wietnamie świat wie nie z debilnych agitek z Johnem Waynem, ale z antywojennego Plutonu i takiegoż Czasu Apokalipsy. No ale ok, zostawmy Wietnam, bo tam, wiadomo, przegrali. A co z wygraną drugą wojną? Dziełem kanonicznym jest pacyfistyczny, przedstawiający amerykańską armię w jak najczarniejszych barwach Paragraf 22. 
Panie premierze, sprawa jest jasna. Potrzebujemy sztuki antypolskiej. Podważającej wartości, którymi Naród żyje, kwestionującej wszystko, co dla Niego cenne. 

Tylko skąd taką wziąć?  - tutaj Pan zapewne spyta. I tu przechodzimy do interesów. 
Moja trzecia książka nazywa się Święto nieodległości. Jej wydawca nie protestowałby przeciwko przyjęciu paru tysięcy na dopięcie budżetu jej wydania. Możemy dobić targu. Panie premierze, ojczyzna nas wzywa.

czwartek, 11 lutego 2016

Dziwny przypadek Stiepana Stiepanowicza

Działo się to przed dwudziestu laty, w małym miasteczku, w guberni M-skiej. Żył tu wśród nas sekretarz kolegialny nazwiskiem P-ow, Stiepan Stiepanowicz. I co z tym Stiepanem Stiepanowiczem? - zapytacie. Ano, nic. Taki sobie, ot, człowieczek. Żonę miał, dzieci dwójkę. Ale w zgodzie żyli, ani żadnych awantur słychać nie było, ani nic, co kazałoby podejrzewać, że w rodzinie P-owa dzieje się coś złego. Ale nie był też Stiepan Stiepanowicz typem mężczyzny, którym żona w domu pomiata, czyniąc z niego zabawne kuriozum, bohatera dykteryjek opowiadanych przy kartach i przy herbacie, w kuchniach i szynkach. Nic z tych rzeczy.   
No to pewnie - powiecie - miał Stiepan Stiepanowicz jakąś drugą naturę. W karty przegrywał pensję i majątek po nocach. Trojką po stepie pędził do kochanki w sąsiednim powiecie, by tuż przed świtem wrócić, spienione konie wyprząc i cichaczem do sypialni się w koszuli nocnej i szlafmycy jak gdyby nic się nie stało, wśliznąć. I tu byście się pomylili. Noc w noc Stiepan Stiepanowicz spał jak zabity. 
No to - tu zniecierpliwiony czytelnik wtrąci - szarpało coś duszą Stiepana. Tajemnica jakaś. Dziecko nieślubne lata temu w Petersburgu porzucone. Dziewczyna za młodu oszukana i zostawiona. Trup gdzieś z czasów służby na Kaukazie przywiduje mu się co dzień. Ale gdzie tam. W Petersburgu Stiepan Stiepanowicz był wzorowym studentem, a na Kaukazie nie był, pod Moskwą służył. 
A może przynajmniej - chwyci się czytelnik ostatniej nadziei - skrywał Stiepan Stiepanowicz przeczucie jakieś grozy? Drżenie metafizyczne, bojaźń straszna jak czarna pleśń serce mu toczyły? Nie, zwykłe chandry, jak u wszystkich, owszem, tak, ale żeby coś więcej? O nie, nie trzeźwy, choć nie aż do otępiałości umysłu Stiepan Stiepanowicz. 
No to co z tym Stiepanem? - zapytacie. Ano, nic. 
Był więc przyczyną strapienia całego miasteczka. - Stiepan Stiepanowicz - wzdychał asesor kolegialny Pawłow na wiście u radcy Jerofimowicza. - Stiepan Stiepanowicz  - odpowiadali takim samym westchnieniem wszyscy obecni znad kart. - Stiepan Stiepanowicz - wzdychali na swoich zebraniach gimnazjaliści-narodnowolcy i nieliczni u nas skopcy. Nawet Iwanusza, durny nosiwoda, jak mu się rzekło ,,Stiepan Stiepanowicz", wzdychał: ,,Stiepan Stiepanowicz". 

Aż pewnego dnia wszyscyśmy do niego poszli. Całe miasteczko. Otworzył nam, wielce zdumiony. - Ludzie, co wy? - zapytał. 
- Stiepanie Stiepanowiczu - zaczął Jewdokin, horodniczy, który jako urzędowa osoba miał mówić w naszym imieniu. 
- Stiopa - zaczął łagodniej i familiarniej Awas, Gruzin, który służył ze Stiepanem Stiepanowiczem w jednym pułku. 
- Pan ni chuja nie pasuje do naszej rosyjskiej powieści - rzekł horodniczy. 
- Ni chujeczka - dodał Awas.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Ogłoszenia parafialne - boję się iść do biblioteki

To w zasadzie wiadomość dla ludzi z Kolbuszowej i najbliższych okolic. Jeśli masz to nieszczęście i mieszkasz na jakichś peryferyjnych zadupiach oddalonych od centrum cywilizowanego świata, zamykającego się w widłach Przyrwy i Zyzogi, możesz dalej nie czytać.

Więc: jutro o 16.30 w bibliotece w Kolbuszowy będzie Sekcja wiersza. Ma to w założeniu polegać na tym, że przychodzą ludzie chcący poczytać wiersze, przynoszą jakieś fajne wiersze i wspólnie paczymy, co w nich jest takiego dobrego. Prawdopodobnie jednak coś źle poszło z komunikacją w nieskończonym łańcuchu bytów, bo jak poszedłem na wywiadówkę do dziecka typu najstarszego w szkole, to tam było info, że to spotkanie dla dzieci piszących wiersze. W związku z powyższym jestem przerażony jak dawno nie byłem. Ostatnio tak się bałem, jak śniło mi się, że zapalił mi się traktor i próbuję go gasić gaśnicą samochodową, a jest (ten traktor) przerobiony na gaz.

Ale w razie wu: jutro, 16.30, biblioteka. Przyniosę fajny wiersz (bez obaw, nie mój) i będę coś o nim umiał opowiedzieć.

czwartek, 28 stycznia 2016

Pan Leszczyński

Pan Leszczyński miał ponad cztery dioptrie (a dokładnie, jeśli ktoś chce wiedzieć, -3,75 w prawy oku i -3,5 w lewym). Da się z tym żyć, tylko trzeba nosić okulary. Ale są miejsca, w których okularów nosić się nie da. Na przykład Sąd Ostateczny. Albo basen. To drugie miejsce było dla pana Leszczyńśkiego szczególnie kłopotliwe. Na basenie, owszem, widział ludzi, ale w formie cielistych plam bez twarzy. I wszystko było w porządku, dopóki nie spotykało się kogoś znajomego. A że pan Leszczyński mieszkał w małym miasteczku, zawsze kogoś znajomego spotykał. Dzień dobry, oczywiście, nie mówił, bo nikogo nie poznawał. 

- A czego ty dzień dobry nie mówisz, jak kogoś na basenie spotykasz? - pytali go ludzie. I pan Leszczyński wyjaśniał, że dioptrie, że plamy i tak dalej. Ale ludzie wiedzieli lepiej. 
Leszczyński nie mówi dzień dobry, bo jest okropnym bucem - mówili

I kiedy spotykał kogoś na ulicy, to, oczywiście, dzień dobry, mówił. I o pogodzie pogadał. I o zdrowie zapytał. Ale gdy odchodził, słyszał za plecami toczone szeptem rozmowy, w których wyostrzony przez niedomagania wzroku słuch pana Leszczyńśkiego łowił słowo buc. W końcu doszło do tego, że gdy kogoś spotykał, nawet jeśli rozmowa przebiegała w miłej atmosferze, pan Leszczyński i tak podejrzewał, że rozmówca uważa go za niemówiącego ludziom na basenie dzień dobry buca. 
Mając dość tej atmosfery, postanowił odpocząć. Wyjechał na dwa tygodnie nad morze. Pierwszego dnia od razu poszedł na plażę popływać. Z początku było trudno, bo, nie widząc, gdzie płynie, ciągle na kogoś wpadał. Ale po paru patrz, gdzie płyniesz, bucu udało mu się przybrać w miarę bezkolizyjny kurs. Minusem było to, że nie miał pojęcia, gdzie płynie, ale przynajmniej z nikim się nie zderzał. 
Płynął i płynął i płynął. I płynął, i płynął. Zaczął się już niepokoić, bo woda zrobiła się chłodna. Na szczęście wymacał pod nogami dno. Z ulgą wyszedł na plażę i zaczął szukać swojego ręcznika. 
Ale zamiast ręcznika i klapek zastał na plaży tłum powiewający chorągiewkami, fotoreporterów, dzieci w strojach ludowych z chlebem i solą i wielki dwujęzyczny transparent:

När du seglar du dum får/WITAMY PIERWSZY POLSKI PRZEPLYNAC BALTYK!!!

Oszołomiony pan Leszczyński został obrzucony kwiatami, wycmokany przez miejską radę i zaprowadzony do telewizyjnego studia. Jak wyglądają takie programy, wiadomo. Wzruszająca muzyka. Brawa publiczności. Rozemocjonowany prowadzący włącza łzawy filmik na początek. Pan Leszczyński z niemałym wzruszeniem rozpoznał panoramę swojego miasteczka. Linia drzew, blaszane dachy kościoła, ryneczek - wszystko jak żywe. Głos z offu tłumaczył, że to oddalone od morza miejsce, gdzie narodził się człowiek, który pokonał Bałtyk, kolebka jego i tak dalej, i tak dalej. Pokazali dom pana Leszczyńskiego, szkołę, basen. Zrobili też i sondę uliczną. Ekran wypełniła cokolwiek spięta twarz pani Malinowskiej.
- Leszczyński? Leszczyński? Leszczyński? - myśli kobieta. A, znam! - rozjaśnia się jej oblicze. - Straszny buc. Ludziom dzień dobry nie mówi.