środa, 29 maja 2013

Równowaga



Haniołek: Wszystko jest trochę ładne i trochę brzydkie.

Jo: Wszystko?

Haniołek: Tak.

Jo: I nie ma rzeczy całkiem ładnych ani całkiem brzydkich?

Haniołek: Dla mnie nie. Ładne ma coś brzydkiego, żeby nie zadzierało nosa, a brzydkie ma coś ładnego, żeby nie miało takiego smutku.


poniedziałek, 27 maja 2013

Kutno, czyli nieznośna absurdalność bytu.

Ano, wiele wskazuje na to, że Księga wyjścia awaryjnego wygrała ogólnopolski konkurs na debiutancką książkę poetycką w ramach festiwalu Złoty Środek Poezji w Kutnie. Tzn. jest info na stronie organizatora. Fajno. Szykuje się też dobra recenzja w sopockim Toposie Tyż fajno. Wszystkie rzeczy dobre wokół książeczki dzieją się czas jakiś po zejściu jej z półek Empików. Obecnie Księga jest dostępna praktycznie tylko u wydawcy, w Jagiellonce, BUW-ie i bibliotece w Kolbuszowej. 
No i w zasadzie tyż fajno, jak wiemy, niedostępność dobra zwiększa na nie popyt. Jeśli Radek Wiśniewski pozostałe egzemplarze np. zakopie razem z Bursztynową Komnatą, Księga wyjścia awaryjnego ma szanse stać się książką poszukiwaną żywą lub martwą i w ogóle. A gdyby zniknąć i pojedyncze egzemplarze z domów czytelników, to już w ogóle miałaby szanse stać się książką, o której dużo ludzi mówi, ale nikt jej nie czytał, jednym słowem - klasykiem. 
I tu się pojawia problem. Są bowiem czytelnicy, których nie namierzę. Chodź tu człowieku np. po Bydgoszczy i szukaj niewiasty, która Księgę zatrzymała po lekturze w pociągu Gdańsk-Katowice, bo stwierdziła, że w nią wierzy. Nie da rady. 
W sumie miło, że własna książka robi niespodzianki i żyje jakimś odrębnym od mojego życiem. Jak z dziećmi, panie, jak z dziećmi. 

czwartek, 23 maja 2013

Wpis obalający kapitalizm

Nie ma większego wroga dla komunisty od drugiego komunisty. Nie ma większego wroga dla anarchisty, jak anarchokapitalista. Historia hejtu anarchistyczno-anarchokapitalistycznego jest prastara. Postanowiłem go zakończyć jednym wpisem.

Anarchokapitalizm opiera się na założeniu, że to, co prywatne i oparte na kapitalistycznych zasadach, będzie działać optymalnie. Czyli prywatna i płatna służba zdrowia i prywatna i płatna edukacja sprawią, że będziemy zdrowi, mądrzy, a w dodatku bogaci, bo pracodawca, zamiast płacić na NFZ, da nam te pieniądze do ręki wspaniałomyślnie.

Znalazłem żywy dowód, że nie. Czytam ja dziecku książeczki. Najpierw książeczkę pt. Traktor, rzeszowskiego wydawnictwa Jafi sp. zoo. Na drugiej stronie natykam się na dwuwiersz.

Nakrętkę Radek poszukał
kluczem dokręcił, postukał

Nakrętkę poszukał? Czy Radek jest Czechem? Jeśli tak, to nie czytam tego dziecku przed 22. Ale okiej, każdemu może się zdarzyć. Bierzemy książeczkę pt Koparka, tegoż wydawnictwa. I nadziewam się na czterowiersz:

Radek nią steruje zgrabnie,
za przyczepkę nic nie spadnie,
ubezpiecza Kamil jego,
by nie stało się nic złego.

Noszkurde. Kapitalista ewidentnie poskąpił na redakcję, bo poza autorem i ilustratorem nie ma nikogo w stopce, no i język kuleje dość ewidentnie. Na tyle, że zatrudnienie na umowę o dzieło za głupie kilkaset złotych studenta/ki polonistyki czy innego humana, w każdym razie kogoś piśmiennego powinno załatwić sprawę. przy nakładzie rzędu kilku tysięcy egzemplarzy nie wpłynęłoby to na cenę książeczki, a zaoszczędziłoby dzieciom niewinnym kontaktu z babolami.
Zresztą z zatrudnianiem studentów jest jeszcze jeden myk. Dajemy ogłoszenie, że szukamy tłumacza. zgłasza się do nas 15 studentów. Każdemu dajemy 15 stron do przetłumaczenia ,,na próbę''. Po zebraniu ,,próbek'' każdemu dziękujemy i każemy spadać na drzewo. Teraz jedna osoba składa to do kupy i za frajer mamy zrobiony przekład 225 stron tekstu. Takie tłumaczenia łatwo poznać, jeśli są słabo zredagowane, bo widać, że wszystkie kawałki są z innej parafii, np. jeden idiom jest tłumaczony tak, a za kilkanaście stron siak.

I tak wyglądałaby mniej więcej prywatna, płatna edukacja podstawowa, no.

A komuniści byli, jacy byli, owszem, 70 milionów ludzi zabili, ale jak reżimowa Nasza Księgarnia wypuszczała Andersena z ilustracjami Szancera, to nie było chuja we wsi. Tak, tak, Gerwazeńku.

środa, 22 maja 2013

Lasowiaczek live

Nagranie pałęta się już po internetach, ale propagandy nie można zaniedbywać. Propagandy Hadry, ale też propagandy skansenowej publiki, która śpiewa i reaguje i Kocirby, która zagrała pankrokowy w swej energii koncert, a na filmiku obgaduje (od 1:28 :), możliwe, że nas, ale możliwe też, że Jarek z Dorotą zajmują się rozwikłowywaniem zagadki wielkiej, cierpiącej duszy wszechświata.

Dziękóweczka wszystkim.



video

wtorek, 21 maja 2013

Dymytro Zahuł: ***Za nieprzeniknioną zasłoną



Dumam ja dziś nad językiem. Bo niby to, wicie, rozumicie, narzędzie do porozumiewania się, ale jakieś takie kulawe. W zasadzie w każdym kontekście bardziej skomplikowanym niż potrzeba poinformowania sprzedawcy, że chcemy pół kilo źmioków jest potencjalną barierą. W zasadzie cała sztuka, od muzyki przez muzykę po sztuki walki są próbą obejścia języka. Na różne sposoby i w różnych celach:)
A w skali ponadjednostkowej to już w ogóle porażka. Bariera językowa urasta do bariery nieprzekraczalnej – rzućmy okiem, ile wiadomości, muzyki, filmów, etc. przenika do nas z cyrylicznej części świata? Niedużo. W sumie na Ukrainę, Białoruś czy Litwę cały czas patrzymy jak na byłe kolonie jakieś. Jeśli pojawiają się jakieś niusy z tamtej strony granicy, to tylko w kontekście jakichś kuriozów, jak zabijanie bezdomnych psów przed Euro czy tarantule w Białorusi, albo w kontekście Polaków – a to, ze Polaków gnębią, a to, że nie gnębią, a to, że jeszcze cośtam. Zupełnie jakby na wschód od Bugu (i Sanu, hihi), nie toczyło się normalne życie, nie rozwijała sztuka, muzyka, literatura, etc. Amba fatima.
Wiersz Dymytra Zahuła tak dzisiaj czytam, jako tekst o języku właśnie. O czymś, co podmiot liryczny więzi, ale, paradoksalnie, przez ten właśnie język podmiot próbuje się wyzwolić.


***

Za nieprzeniknioną zasłoną
żyją ludzie, tacy, jak ja
A tu obca, nieznajoma
smutna noc i dzień
smutna jest dusza moja.

Walczę z tą kurtyną
już setki tysięcy lat
Myślą niemą, nieruchomą
Nie mogę się przebić
na tamten, drugostronny świat

Czy ktoś dłońmi mocnymi, silnymi
zerwie zasłonę z cesarstwa dnia?
Kto da mi spotkać się z innymi, wolnymi,
z takimi wolnymi,
jak kiedyś, przed wiekami, byłem i ja?

Dymytro Zahuł – przedstawiciel ukraińskiego symbolizmu, tłumacz na ukraiński m.in. pierwszej części Fausta, twórca ukraińskiego podręcznika poetyki. Jak pisze Ławrynenko, chciał wolnej, niezależnej, ukraińskiej literatury, która byłaby swoista, a nie stanowiła kopię rosyjskiej literatury radzieckiej, dlatego w latach trzydziestych został aresztowany i zesłany na północ, gdzie przepadł po nim ślad.

niedziela, 19 maja 2013

Hadra zza kulis.

 Zacznę od offtopu: graty dla Kocirby za pierwsze miejsce dzisiaj.

A teraz o wczoraj:



Wisieliśmy na drzewach. Wiedziałem, że prędzej czy później do tego dojdzie. 


Monika była, zdjęcia robiła. Jak zwykle gites, jak powyższe. Całość tutej


No ale miało być o zakulisowych tajnikach. No to są. W całym tym zamieszaniu miłym i w ogóle za kulisami spokojnie czekał mój rower. Bo jakoś trzeba wrócić, a, jakkolwiek, Kocirbohadrowej publiki o nic niecnego nie podejrzewam, to jednak rower to sprawa ważna. 

wtorek, 14 maja 2013

Kozak Jamajka

Andruchowycz. Chyba najsłynniejszy w Polsce, zaraz po Szewczence, ukraiński poeta i fenomenalne wykonanie wiersza o Kozaku na Jamajce -



Przekład pi razy oko:


o ileż bracie mój, koniu, cudów na świecie szerokim?
patrzyłoby się, póki kruki oczu nie wykolą, a i to mało.
tu – bahama mama, tam – Haiti plażowe widoki
a jeszcze wieże Freetown widzę, gdy wyjdę przed swój bungalow.

i tak mi źle, koniku, wyblakły mi szarawary
po kiego czorta łysego, dla jakich podziemnych faun
w bitwie nas zdradzili morskich żniw korsarze
a tak z atamanem wzięlibyśmy to przecudowne Freetown

a tam trzynaście kościołów i wojna wieczna z amorem
i jeszcze trzynaście skarbców, gdzie srebro, złoto w komorach
Dziewczęta giętkie jak liany bezgłośnie rosną za murem
i chce im się wciąż kochać, ubranym w czernie wieczoru

pijemy teraz siwuchę, we dwóch, z piratem Dickiem
mówię mu, kajaj się, mówię, przeproś, przeproś, paskudo,
jak tyś z Europy przypłynął, toś ty już nie jest człowiekiem,
po co żeś się sprzedał za trzydzieści zgniłych escudo?

a Dick to bestia cwana, ma oswojona papugę
klepie mnie po plecach, ręce podnosi do góry
jam jeszcze zielony, rycerzu, dzielny kozacze z ługu
to be or not to be – mówi i bąka pod nosem i'm sorry

niewolnicę, mówi, mam o skórze niby kakao
kup ją, orłoskrzydły, bo źle ci bez gospodyni
gród cały spłodzisz, szepce, uśmiecha się do mnie chytrawo
gród na niej cały wyrośnie – tytoń, ananasy i dynie
napłodzisz, bracie, kozactwa, przywiedziesz ich do kosza
tylko że jarzma nie zniesie szyja ma, ni dusza.

i już go wcale nie słyszę, na plugawą suplikę pluję
koniku mój powierniku, apostole mój, chomiku
pójdę pod gwiazdą wieczorną
cukrową fujarkę wytnę
siądę nad oceanem
i już mnie nie ma

Najbogatrzy Polak

Zwykle na skrzynkę spamową dostaję przepisy na to, jak schudnąć. Tym razem spamerzy okazali się twórczy i zabawni:. Dostałem mejla o treści:

,,Chcesz stać się jednym z najbogatrzych Polaków"?

Mam zagwozdkę. Nie wierzę, żeby firma, która robi ze skromnych hodowców owiec Polaków najbogatszych (a nawet najbogatrzych) nie mogła sobie pozwolić na przeglądarkę z autokorektą. Przypadek? Nie sądzę. Idzie o coś więcej. Kto wysyła spam? Boty. Ktoś zaprogramował bota tak, żeby udawał człowieka w sieci. Ktoś nauczył bota być nie dość, że nachalnym, to jeszcze i głupim. Następnym etapem będzie bunt robotów, żeby nie było, że nie ostrzegałem.

niedziela, 12 maja 2013

Kocioł na piecu

No mówię, że kocioł na piecu. Przeglądaj internety dalej.

Dzisiejszy kocioł na piecu przypomniał mi historię pieca wyprodukowanego w 1971 roku przez Bydgoską Fabrykę Akordeonów. Pożyczyliśmy go w 2001 z kumplem, żeby zagrać koncert gdzieśtam. Ale od kogo? Nieważne. Piec był wielki i ważył dużo za dużo. Nie dało się go nieść, pchać ani ciągnąć. Zrobiliśmy ściepę na taksówkę. Taksiarz rzucił okiem na naszą zdobycz, jak ją pakowaliśmy do bagażnika. ,,Co chłopaki, piecyk''? ,,No'' - odpowiedzieliśmy i spojrzeliśmy po sobie. Stary, a kumaty, pomyśleliśmy, bo taksiarz był stary, był po trzydziestce na pewno, ludzie w tym wieku nie podejrzewają nawet istnienia wzmacniaczy gitarowych, tak się nam wydawało. Więc szacun dla taksiarza.  Jedziemy, jedziemy, dojechaliśmy, wyciągamy pod zainteresowanym żywo okiem taksiarza piecydło wielkie. Taksiarz patrzy, patrzy, wreszcie nie wytrzymuje i zadaje fundamentalne pytanie:

- A dzie tu się wodę podłancza?


czwartek, 9 maja 2013

Swojskie jadło, aż bokiem wyjdzie

Mam alergię na słowo ,,jadło''. Jak je słyszę, czuję posmak ściemy i zapaszek picu. I słusznie, zwykle bowiem za hasłem ,,swojskie/chłopskie/zbójnickie/staropolskie/ jadło kryje się golonka z piwem pasteryzowanym, czyli coś, co chłop/zbójnik/staopolak widział rzadko (golonka) a nawet by nie tknął (pasteryzowane piwo, z kija jeszcze, fuj).
Gdybym wiedział to, co wiem parę lat temu, miałbym lepszy pomysł na marnowanie życia niż przedłużające się studia.
Karczma z prawdziwym chłopskim jadłem.
Kasze. Kasze. Kasze. Żadnych ziemniaków, karpiele, buraki, rzepa. Kasze. Żadnego smalcu. Mięsa mało i drogie. W poście - postny żur i kasza maszczona olejem.

Jaka piękna by to była katastrofa!

środa, 8 maja 2013

Wołgi niebieskie mi dej, czyli jak nie czytam Usenki

Chciałbym napisać, że czytam ,,Oczami radzieckiej zabawki'' Usenki. Ale nie. Ni mo czasu, cza czytać mądre mądrości o językach regionalnych, więc podczytuję tylko. Na razie udzieliła mi się Usenkowa ostalgia, chłop ładnie pisze o dzieciństwie w bloku wschodnim. Od dwóch dni mam w głowie trochę tego wyidealizowanego przez Usenkę świata. Gdy więc usłyszałem dzisiaj w sklepie, jak jedna pani kasjerka zagdnięta o fajki przez panią klientkę  krzyczy do drugiej pani kasjerki  ,,Ej, masz niebieskie Wołgi''? myślałem, że się przesłyszałem, że mój mózg o konsystencji zjełczałego sera pleśniowego (ostatnio przynajmniej) generuje mi klimaty a'la Goodbye Lenin, żeby mi się milej na duszy zrobiło. Ale nie, bo pani kasjerka powtarza ,,Niebieskie Wołgi! Karton cały!" A druga odpowiada ,,Masz te Wołgi!". Znaczy to fajki rzeczywiste jednak. O, te:





Czyli to nie mi się mózg zrusyfikował jednak. To kapitalistyczne, imperialistyczne szlugi się paniom zrusyfikowały. Trochę ulga. 

poniedziałek, 6 maja 2013

Wschód jest na wschodzie.

Ziemowit Szczerek powiedział jakiś czas temu, że kulturowy wschód mieszkańcy wschodu zawsze sytuują na wschód od siebie. Czyli - Polacy nie mają wątpliwości, ze wschód zaczyna się w Ukrainie, zachodni Ukraińcy, że na Ukrainie wschodniej, etc.
Mam podobnie - jeszcze pięć lat temu nie miałem wątpliwości, że wschód jest tutaj. Tym bardziej, że pierwszy raz przyjechałem z Księżyców pod Wrocławiem.A teraz - ni hu hu, jaki wschód, panie? U nas? Eee. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jak rozmawiam z kimś ze znajomych, których wywiało do dużych miast  i narzekam, że mnie ręka boli, bo całe popołudnie strzygłem owce, to po drugiej stronie mejla albo telefonu może to brzmieć dziwnie.
Teraz wschód zaczyna się dla mnie za Sanem. przejeżdżam San i srru - wschód spada w postaciach różnych. Tym razem rekord wschodniości pobiła kapliczka z okolic Sieniawy, z napisem w trzech alfabetach naraz. Nie o to chodzi, że był ten sam napis w trzech różnych wersjach, nie. Szło o to, że pod koniec XIX wieku ludzie tak nie mogli się zdecydować, po jakiemu mówią, że połączyli w jednym napisie alfabet starocerkiewny, ukraiński, a dla pewności ostatni wyraz wyryli łacinką. Może galicyjskość to wyższy stopień wchodniości?


środa, 1 maja 2013

Graliśmy w Rzeszowie, czyli jak było?

Więc to jest tak, że się jedzie. I ważne jest to, że są ludzie i jest wspólny cel, i że ten cel jest zupełnie bezsensowny, a to znaczy - czysty. Bo jedzie się tylko po to, żeby przez tych parę chwil było ładniej, żeby świat się przeżywało przez chwilę w jakimś porządku i we wspólnocie jakiejś. I są ludzie i ich emocje odczuwane jak swoje, zazębione światy i takie tam. I przez jakiś czas wiadomo, co trzeba zrobić z życiem, z kawałkiem jego, ano grać trzeba.

A jak wracamy, to na drogę na Górny wybiega paw. Prawdziwy. Samiec pawia, ciągnący ten swój ogon po asfalcie, w biegu na drugą stronę. I robi się zupełnie nierealnie, dokładnie tak, jak być powinno.