piątek, 22 grudnia 2017

Czy Maja Staśko jest nieoliberałką?





Czy Maja Staśko jest nieoliberałką? 

Clickbaitowy tytuł mamy za sobą. Teraz asekuracyjny początek i kolejny punkt jazdy obowiązkowej będzie za nami. Więc: poezja i krytyka zaangażowana są ważne i świetnie, że są w polskim dyskursie. Zwrócenie uwagi na etyczny aspekt literatury było potrzebne. Niezbędbe. Cudnie, że jest.
I teraz jest to ale, które musi nastąpić. Ale. Język, którym posługuje się Maja Staśko jest obosieczny.
Po pierwsze: mówiecnie o pracownikach literatury z jednej strony zwraca uwagę na sytuację ludzi zaangażowanych w powstawanie książek, o których się nie mówi, nie myśli i które się w tym okołoksiążkowym dyskursie pomija - redaktorów, tłumaczy etc. Z drugiej strony kryje się w tym pułapka, bo jeśli poeta/poetka jest pracownikiem, to wytwarza produkt. No przecież nie cud, bo wiersz nie jest cudem. A jeśli wytwarza produkt, to on podlega prawom rynkowym. Jeśli nikt produktu nie kupuje, to dlaczego pracownik literatury ma oczekiwać jakiegokolwiek wsparcia? Dlaczego się po prostu nie przekwalifikuje, nie przeprowadzi, nie dostosuje produktu do potrzeb rynku? 
Tak że wiecie, jak się człowiek za bardzo skupi na myśleniu o tym, że wiersz nie jest cudem, to może wpaść od drugiej strony w tę samą pułapkę, co zawsze. 
Po drugie: w koncepcji nieistnienia sztyki niezaangażowanej, w myśleniu o sztuce nieangażującej się politycznie jako o sztuce angażującej się przez sam ten gest rezygnacji z zangażowania po stronie dyskursu dominującego (czyli niefajnego w 99 na 100 przypadków) luki nie ma. 
Ale jest mi z tym myśleniem niefajnie jednak, bo mam wrażenie, że w tej koncepcji literatura jest zredukowana do wyboru ideologicznego leżącego gdzieś tam w tekście albo i poza nim. Nieważne jest to, że rzuciła cię dziewczyna, umarł ci chomik albo ładnie ci krzaki kwitną pod blokiem - tekst o tym, co się dzzieje z tobą i w tobie jest neoliberalny albo antyneoliberalny, w zalezności od tego, kto dzierży dyskurs w łapce i komu szpili w nią nie wbijasz tekstem o chomiku, dziewczynie, krzakach. 
Życie składa się z relacji władzy i własności, ale nie tylko. To, co jest poza tymi relacjami znika w tym sposobie myślenia o literaturze i trochę mnie to martwi. 

No, i tyle. 

piątek, 17 listopada 2017

Czytamy Korobczuka w Rzeszowie

Tak to wygląda: w czwartek 23 listopada w Przestrzeni Książki Ukraińskiej w Rzeszowie o 18 czytamy moje przekłady wierszy Korobczuka. Oczywiście żeby promować zbiórkę Ale i w ukrytym celu naprawiania świata. A w każdym razie poprawiania. A w każdym razie stosunków międzynarodowych. A w każdym razie humoru sobie i ludziom.

czwartek, 2 listopada 2017

Przetłumaczyłem piękną książkę

Kochani, przetłumaczyłem piękną książkę. Nocami, na oparach energii i zdrowego rozsądku, wiedząc tyle tylko, że książka, przy której pracuję, jest wybitna. Napisał ją Павло Коробчук, poeta rodem z Wołynia, a obecne z Kijowa. Chce ją wydać Tłocznia Wydawnicza ACH JO, jednocześnie z książką laureata tegorocznego Silesiusa za debiut Kamil Kwidziński.
Spytacie, gdzie tkwi problem? Ano, tam, gdzie się domyślacie. Tłocznia prowadzi zbiórkę, bo żaden z nas nie jest dubajskim szejkiem ani innym tam Bucholcem, w żadnej książce nie ma też nic o husarii Mieszka I, co sprawia, że ojczyzna nasza, jakkolwiek długa jak transsyberyjska kolej i jak Sahara szeroka raczej nas nie wesprze. Kto nas wesprze? Ano, TY. Jak?
1) Możesz kupić jedną z tych książek. Albo obie. Albo zamówić sobie spotkanie z autorem/autorami. Zależy, ile pieniędzy chcesz utopić w polskiej literaturze.
2) Możesz szernąć tego posta. Wśród Twoich znajomych na pewno jest jakiś dubajski szejk, który odżałuje 25 ziko na książkę z wierszami.
3) Jeśli jesteś mediałorkerem albo li tyż masz blog o książkach albo fanpag - napisz o naszej akcji.
4) Jeśli masz zaprzyjaźnioną bibliotekę/dom kultury/knajpę/miejscówę za transformatorem, gdzie się pali fajki, napisz do nas, możemy zorganizować wydarzenie promujące te książki i zbiórki na nie.
Jeszcze nigdy tak wielu nie mogło zrobić tak wiele dla tak nielicznych!
Liczę na Was jak licznik Geigera w Czarnobylu.

wtorek, 17 października 2017

Premiera Kalenberka w Nuuk południa, Wagadugu północy

W ramach symulowania życia tej strony ogłaszam, że premiera taka oficjalna Kalenberka, odbędzie się 21 października na festiwalu Fundacji Duży Format w Warszawie. O 15.30. Będę, poczytam wiersze.

Tymczasem w świecie od wyjścia książki wydarzyło się rzeczy parę. Wszyzstko idzie w złą stronę, z wyjątiem recenzji Kalenberka. Już to jest jakimś powodem, że zajrzeć TUTEJ gdzie Jakub Sajkowski pisze, co myśli o ty książeczce czy TAMOK, gdzie Karol Maliszewski ciągnie mnie za język i pisze dobre rzeczy o Kalenbereku.

Z żadnym z tych panów nie piłem wódki. Teraz trochę żałuję.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Tomek na tropach domu Jasieńskiego

Klimontów, Klimontów. Już 200 kilometrów od Klimontowa są znaki, że świętokrzyski szlak literacki przebiega tędy a tędy i w Klimontowie jest dom Brunona Jasieńskiego. Swoją drogą, drogie Podkarpacie, ogarnij sobie taki szlak. Wreszcie bym nie muisał tłumaczyć ludziom, że jak się jedzie od Kolbuszowej, to się mija kościół na Góny i przed stacją obsługi samochodów się skręca w prawo w takie krzaki i ja tam mieszkam. Nie, byłby normalny znak szlaku do mojej chałupy. A ode mnie pociągnęłoby się przez pola i Ściżki w lesie do domu Piotrka Jemioły. 
No ale wróćmy do Klimontowa. Milion razy się te znaki mijało, w końcu się skręciło. No ale tak, w samym Klimontowie w tej ulicy, co ją pokazywał znak, to jest na końcu jeden kościół późnorenesansowy (cudo!) i drugi późnobarokowy (superowy!), a domu Jasieńskiego ani słychu ani widu. Wreszcie spotykamy takiego chłopa z dzieckiem w wózku, I on, okazuje się, wie wszystko. Dom Jasieńskiego nie jest oznaczony żadną tablicą. W domu Jasieńskiego teraz jest bank, a dawniej to jeszcze i sierociniec. Pan to wszystko wie, bo w tym banku, znaczy domu Jasieńskiego, pracuje, bo tak ogólnie to ludzie nie wiedzą raczej. Miejscowa podstawówka ma innego patrona, Jasieński patronował liceum, ale zdekomunizowali i dali św. Urszulę Ledóchowską. 

Z tego zaaferowania zapomniałem dzieciom przeczytać But w butonierce pod domem Jasieńśkiego, przypomniałem sobie dopiero pod synagogą. Usiedliśmy na jej schodach, pod napisem pokaż cycki, dam ci cherbate i przeczytaliśmy. 

I pomyślałem, że w  idealnym świecie to w Klimontowie byłyby znaki i tablice, a na każdym rogu lokalsi handlowaliby koszulkami z Butem i gipsowymi Brunonami Jasieńskimi, a każda miejscowa cukiernia miałaby jakiś deser o nazwie trupy w kawiorze czy coś. 

Ale w zasadzie to jednak czytanie Jasieńskiego na schodach zabitej deskami synagogi (ładna bardzo, swoją drogą), pod apelem o wymianie cycków na cherbate ma swój urok, którego żaden tiszert mi nie równoważyłby był.  

czwartek, 10 sierpnia 2017

Co można zrobić za 400 koła? (W Kolbuszowy)

Bo wiecie, mieliśmy w Kolbuszowy klub piłkarski, któren był się zwinął. Na marginesie dyskusji o tym, jak to i dlaczego, Kolbuszowski Magiel rzucił w ramach abstrakcyjnej dygresji pytaniem, dlacezgo by 400 koła ziko na zapobieganie alkoholizmowi nie przeznaczyć na kurtulę, zamiast (głównie) na piłkę. 
Abstrahując od problemu podstawowego, czyli tego, że kurtula to same pijoki i narkomany, w odóżnieniu od zdrowego środowiska zajmującego się piłką nożną, to samo pobawienie się cyframi jest fajne, zwłaszcza że ludziska u nas są przekonani, że taki koncert, książka czy inne tam prrzzedstawienie to się powinno samosfinansować, bo wolny rynek, a poza tym jak to, takie fanaberie za nasze. Te same ludziska utrzymują po kilka drużyn piłkarskich w gminie, podczas gdy na meczach frekwencja bywa jak w bibliotece. 

Co można w kurturze zrobić za 400 koła? Znajem i atwieczajem: 

1. Raz w tygodniu robić niebiletowane spotkanie z gwiazdą - pisarzem/rką, poetą/tką, reporterem/rką etc. ogólnopolskiego formatu. Prze cały rok. 
2. Wydać kilkadziesiąt do stu książek (wliczając koszty godziwej grafiki, a nawet dystrybucji i promocji na niedużą skalę). 
3. Raz w tygodniu organizować koncert wykonawcy ogólnopolskiego formatu (jazz, blues, folk, poezja śpiewana, black metal, generalnie wszystko poza disco polo i Beatą Kozidrak jest po tych piniądzach osiągalne). 
4. Nagrać pół kilo płyt. 
5. Przeprowadzić badania czegokolwiek w sposób tak kompleksowy, że Kolberg by łezkę otarł, gdyby był żywy. 
6. Zatrudnić pół plutonu animatorów/instruktorów prowadzących zajęcia na stałe w wiejskich ośrodkach typu biblioteki czy inne centra kurtuly wsi. A jak tylko dochodzących, to całą kompanię. Bo, jak już dawno udowodnili radzieccy naukowcy, obity sajdingiem dom ludowy nie jest w stanie poprowadzić zajęć. W dorzeczu Przyzrwy i Zyzogi to odkrycie się dopiero upowszechnia, ale kto wie, kto wie.


I tak dalej, i tak dalej. Jabadybadybadybadybadybadam. 

środa, 9 sierpnia 2017

Homoseksualni banderowcy zalewają Europę muzułmańskimi imigrantami za pomocą agentury Sorosa na przystanku Woodstock

Za mojej pamięci najpierw miało być tak, że mieliśmy wejść do Unii i cukier miał kosztować dwajścia złoty i mieliśmy umrzeć z głodu. Ale jednak nie umarliśmy i mieli geje chodzić w paradach i od tego wszyscy mieli zostać gejami. No ale chodzili i jednak nie zostaliśmy, więc Komorowski miał zalegalizować ideologię gender i wszystkim miały wyrosnąć cipki na czołach. No ale jednak nie wyrosły i mieli banderowcy zrobić majdan a potem przyjść i nas zjeść, a zacząć od Przemyśla. No ale jednak nie przyszli i nas nie zjedli i mieli islamscy islamiści zislamizować wszystko i wszystkich. No ale jednak nie przyszli i teraz chyba Niemcy nas będą mieli wykupić i pożreć, ale jeszcze nie wiadomo. 

Mam 33. Przeżyłęm więcej spodziewanych zagład Narodu Polskiego niż końców świata, a żyłem w dobie herezji millenarystycznych. Siedzę, żrę arbuzy i czekam, jaka będzie następna.