sobota, 7 lutego 2015

Jak upada cywilizacja. Jeżycjada.


            Wszystko się kończy. Wielkie narracje, seriale, kawa, cywilizacja zachodu. Ale mało który koniec boli tak bardzo jak koniec Jeżycjady. 
             Nie nie, Jeżycjada się nie skończyła. Przynajmniej nie zewnętrznie, jeśli (dej jej Panie Boże) Musierowicz fizycznie da radę, dociągnie tę fabułę do momentu, w którym prapraprawnuk Ignacego Grzegorza pokocha cyborga zbudowanego na bazie koparki Białoruś i prapraprawnuczki siostry koleżanki brata sąsiadki Nutrii. Idzie o coś ważniejszego, o schyłek pewnej zawartej w Jeżycjadzie wizji świata. O załamaniu jeżycjadowej antropologii i soteriologii pisałem już TUTEJ Teraz jest jeszcze gorzej. Nie mam nawet -logii na opisanie tego, co się w nowym tomie zaczęło chylić ku upadkowi. 
            Niby drobna rzecz - Borejkowie wyprowadzają się na wieś. Z książkami, filodendronem i kubkiem z krasnalkiem. W zasadzie to na chwilę, tzn. na wakacje, ale w czasie tychże wakacyj na wsi dochodzą do wniosku, że dupa z tym miastem i fajnie byłoby resztę życia przetarzać się w oborniku z Markiem Aurelim pod pachą. Zresztą niewykluczone, że im się kamienica rozpadnie, bo sąsiednie już pękają od tej budowy kosmodromu w Poznaniu. 
            Niepokojące nie jest wywiedzenie Borejków z ziemi miejskiej, z domu niewoli samo w sobie. Niepokojące jest to, że we Wnuczce do orzechów znajdujemy tak silną opozycję natura:kultura. Jak zwykle w wypadku realizacji tej opozycji w literaturze wygrywa natura. I ok. Ale Jeżycjada zawsze była afirmacją kultury właśnie. Konflikty jeżycjadowe rozgrywały się zawsze jednak wewnątrz świata kultury, jeśli przyjąć na chwilę, że dresy czy inne gity też się do niego zaliczają. No ale ale - w chaosie, w entropii powszechnej zawsze znajdował się jakiś punkt oparcia, świat kultury zawsze się z tarapatów mógł wyciągnąć sam, jak baron Munchausen za włosy z bagna. Kultura była samouleczalna, mogło nastąpić samozbawienie. We Wnuczce - już nie. Jakąkolwiek moc leczenia ma już tylko natura, symboliczna jest scena, w której Ignacy łazi po lesie i czuje jedność z przyrodą. Zauważmy, w tym tomie symboliczne jest to mierzenie się Ignacego z naturą, ta jego klęska w tym starciu. 
              Musierowicz nie tylko wycofuje Borejków z reduty przy Roosewelta, ona w dodatku odbiera ich fortecy z książek moc jakiejkolwiek przemiany rzeczywistości. Ta forteca może już tylko ich chronić przed Poznaniem-bestią, miastem, które ostatecznie okazuje się tworem szatana, przez niego stworzonym i jemu w końcu metr po metrze oddawanym. I forteca ta zachowuje te resztki dawnej mocy, moc ochronną tylko wyłącznie dzięki temu, że jest otoczona ogrodem - syntezą natury i kultury. 
              Nie ma ratunku - mówi nam Musierowicz. Pozostaje nam tylko mit arkadyjski, tak prawdziwy, jak opisywana we Wnuczce do orzechów wieś. Powiadam, Jeżycjada staje się z tomu na tom coraz bardziej mroczna. 

środa, 4 lutego 2015

Скрябін - Лист до Друга



Tymczasem z Ukrainy wieści, tradycyjnie, złe. Ale tym razem cywilne - Andrij Kuzmenko, lider kultowego zespołu Skriabin, zginął w wypadku samochodowy. Albo, jak głoszą spiskowe teorie, ktoś upozorował wypadek. Jakkolwiek było, wrzucam numer z kawałkiem chałupiczego przekładu.


















Sania, stary, piszę ci parę słów

Dawno nie miałem żadnych od ciebie wieści

Sto lat minęło od czasu kiedyśmy we dwóch

Marzyli, żeby zebrać razem starych kumpli jeszcze



Kuchnia w bloku, rozmowy do rana

Nigdy nie kończyło się piwo i szprotki

Lufcik domknięty kulką z celofanu

Z rozmokłym rublem w garści do domu powroty



Refren:



Dawaj, wrócimy do swojego miasta,

z którego żeśmy tak uciec chcieli

Dawaj, załóżmy znów podarte dżinsy,

w których do szkoły nas nie wpuścili

Dawaj, posłuchajmy znów starych kaset,

które nas żyć i kochać uczyły

Po imieniu znów zawołajmy kumpli,

co wtedy o wiele za szybko żyli.


niedziela, 1 lutego 2015

Jak pozbyć się kibiców. Poradnik.


Z Gorzowa, jak to z rejz mających na celu czytanie wierszy, przywożę głównie ładne historie. Tutaj historia knajpy, w której z Teresą Radziewicz czytaliśwa:


Dawno, dawno temu była sobie w Gorzowie knajpa. Kupił knajpę nowy właściciel. Chciał z niej zrobić miejsce, gdzie można dobrze zjeść, pogadać, pobyć razem etc. Sęk w tym, że knajpa była ulubionym miejscem kibiców. Ci zaś lubią oznajmiać całemu światu swoją miłość dozgonną do drużyny, którą zazwyczaj 99,9% ludności świata tego ma jak najgłębiej w dupie, a czynią to z pieśnią na ustach. Wywołuje to nieuchronny konflikt z ludźmi, dla których wielogłosowe wykonanie utworu ,,Sędzia, ty cwelu, sprzedamy cię do burdelu" nie jest szczytem marzeń o obcowaniu ze sztuką wokalną. Konflikt tragiczny pogłębiało to, że nowy właściciel był Arabem, a kibice lubią należeć do tej szczególnej kategorii ludzi, którzy są przekonani, że miliony Arabów nic nie robią, tylko marzą o tym, żeby przyjechać do Polski, żeby stać w naszych kolejkach do urzędów pracy i gminnych ośrodków pomocy społecznej.
Pytanie: jak się pozbyć kibiców stanęło przed bohaterem tej historii jak wielbłąd przed uchem igielnym. Powieszenie karteczki ,,Osoby w dresach i czapeczkach obsługujemy jutro" mogłoby być nieskuteczne, bo nie wszyscy zczają subtelną aluzję. Wynajęcie ochroniarzy i wprowadzenie selekcji też odpadało, bo kto normalny chodzi do knajp z selekcją?
Dumał nasz bohater i dumał. Szukał odpowiedzi u Awicenny i Awerroesa, szukał w hadisach i kasydach. I kiedy tak odmawiał w lokalnym kółku różańcowym 99 imion Allaha i doszedł do Al-Musawwir, czyli Kształtujący Wszystko, natchnęło go.
W całej knajpie pozawieszał artystyczne grafiki. Z głośników zaczęła płynąć łagodna muzyka (np. Kate Bush), a w lokalu zaczęli zjawiać się lokalni i nielokalni artyści. Od tej pory kibice wchodzili i ogarniało ich poczucie, że świat nie jest już tym, czym zwykł być, rzucali zadumane ,,Co to, kurwa, jest?" I wychodzili.

I jak mi jeszcze ktoś powie, że pióro nie jest silniejsze od miecza, a co najmniej od kastetu, to kosa w płuco.

środa, 28 stycznia 2015

Porucznik Kajok i raport do Centrali

Porucznik Kajok przetarł oczy i znów pochylił się nad pustą kartką. Mijał już miesiąc odkąd prowadził tajne śledztwo w sprawie fałszowania podpisów na listach obecności pracowników szkoły w Żegotach. Jak na razie nie udało mu się ustalić nic ponad to, co wiedział już wcześniej. Sprawca miał czytelne charaktery pisma. Działał bezbłędnie, nie zostawiał śladów. Nawet nauczyciele nie wiedzieli, które podpisy są ich, a które nie ich. Kajok miał wrażenie, że coś ukrywają. Kluczyli. Czy znali tożsamość sprawcy i ją ukrywali? Czy robili to dobrowolnie czy nie? Przekupywał ich czy szantażował?
A może wszyscy byli fałszerzami? Każdy fałszował swój podpis, podpisując się swoim charakterem pisma za siebie. Nie do wykrycia. Brak śladów, brak świadków, brak motywu. Było trudniej niż Kajok myślał na początku. Musiał to tylko jakoś tak ubrać w raporcie dla Komendy Głównej, żeby mieli wrażenie, że już jest prawie u celu, ale żeby w razie czego nie byli w stanie go na niczym złapać. Nie było łatwo. Na razie miał tylko początek: ,,W miesiącu styczniu". 
Oczywiście to, że działał pod przykrywką organisty nie pomagało mu. Specyfika śledztwa wymagała bowiem ciągłego kręcenia się przy szkole. Zdarzało się już, że rodzice na jego widok szybko brali dzieci za ręce i szybko się oddalali. Nie wróżyło to dobrze dalszym kolejom prowadzonych czynności zmierzających do ustalenia. W czasie całego Kajokowego podszkołąbycia porucznik przebrany za organistę branego za pedofila wzbudził sympatię tylko jednego człowieka - chłopaka w szerokich spodniach, który też się często pod szkołą kręcił. Pewnego dnia podszedł i bez słowa podał Kajokowi rękę. Kiedy odszedł, zaskoczony tym nagłym gestem porucznik ujrzał na swojej dłoni znaczek. Ufo unosiło się na nim nad purpurową łąką. Ani nominału, ani orzełka, ani niczego. - Czego to ta poczta teraz nie wymyśli - pokręcił głową. Za jego czasów nawet znaczki wyglądały lepiej. 
Gdy skończył raport, znaczek rzucił mu się w oczy na zabałaganionym biurku. Porucznik spojrzał na zegarek. Zbliżała się pora mszy. Musiał się zbierać. Zakleił kopertę, polizał znaczek, schował list do kieszeni płaszcza i wybiegł z domu. Droga nie przebiegała tak jak zwykle. Już na schodach musiał zgonić wylegującego się pod grzejnikiem wielkiego płonącego lwa. Do kościoła szedł brodząc po kolana w pomarańczowym kisielu (kiślu?- pomyślał Kajok), ale jakoś udało mu się dotrzeć. Po falujących, szczerzących zęby schodach wbiegł na chór i zajął swoje miejsce za manuałami organów. Już miał brać się do grania wyuczonej przed tą misją melodii psalmu, którą opędzał wszystkie części mszy, gdy zauważył, że kilka klawiszy świeci. Na próbę dotknął ich naraz i wtedy organy zabrzmiały harmonijnie. Ale od razu zaświeciły następne. I następne. I następne. Palce porucznika biegały po klawiaturze, ścigając światła. A z piszczałek organów zaczęła dobiegać żywa, znana Kajokowi skądś melodia. Zabrzęczały dzwonki przy wyjściu z zakrystii. Długi szereg ministrantów zaczął wchodzić, na końcu pojawił się proboszcz. Jego twarz zwrócona od razu w stronę chóru zdradzał zdziwienie i - tego Kajok nie był pewien - jakiś lęk? Nie miał czasu na roztrząsanie tego problemu. Zbliżył usta do mikrofonu i w takt organowego akompaniamentu zaczął śpiewać - Golden brown, texture like sun... Proboszcz stał za ołtarzem i bladł, patrząc na Kajoka za organami. - You never frown with golden brown - nisko zakończył zwrotkę Kajok i przeszedł brawurowo do przygrywki klawiszy. - Golden brown, finer temptress, through the ages she's heading west... - płynęła druga zwrotka. Kiedy Kajok doszedł do solówki, patrzyła na niego już cała nawa. Kiedy wykorzystując niezwykłe właściwości akustyczne świątyni osiągał efekty możliwe, wydawałoby się, jedynie dzięki kamerze pogłosowej na codzie utworu, proboszcz był bliski omdlenia. Na szczęście światła przestały biegać po klawiaturze. Zmieszany ksiądz uniósł dłoń w górę, odchrząknął i wreszcie mógł uspokoić się czymś stałym, formułą niezmienną i nieodzowną: -Proszę zamknąć drzwi, bo świątynia jest ogrzewana. 

wtorek, 27 stycznia 2015

Paddington, sługus Babilonu

Oko, skończyliśmy czytać z dziećmi Paddingtona. I to miał być taki do śmiechu wpis taki. wiecie, śmichy-chichy z tego, że Paddington jest nasycony klasizmem. Bo to wiecie, imigrant z Peru przygarnięty litościwie przez brytyjską klasę średnią i wprowadzony do świata, w którym pieniądze przesądzają o wszystkim. Dwa razy (w restauracji i w sklepie) Paddingtona z opresji ratują milionerzy - im wybacza się więcej. Paddingtonowi darowane jest łamanie norm współżycia społecznego nie dlatego, że ktoś bierze pod uwagę dzielącą go od reszty społeczeństwa barierę kulturową, tylko dlatego, że kelnerzy i ekspedienci prężą się przed ludźmi mającymi od metra pieniędzy. Nielegalny imigrant, jakim jest Paddington, ma w tym świecie mniej praw niż milionerzy  i to jest jeden z fundamentów świata tej książki.
I miały być heheszki z tego wszystkiego, ale to jest raczej smutne, bo Paddington opisujący klasowe społeczeństwo, w którym kapitał jest poza kontrola, opisuje nasza rzeczywistość. Kto nie wierzy, niechaj sprawdzi.
Po 25 latach wypracowaliśmy całkiem, jak na nasza okolicę, niezłą maszynerię do kontrolowania sektora publicznego. Serio, jeśli masz jakieś pytanie, masz prawo do informacji publicznej,. Urzędnik, wójt czy inny tam prezydent musi Ci odpowiedzieć w ciągu dwóch tygodni lub wyjaśnić, dlaczego odpowiedzieć nie może. Twój sąsiad jeździł po pijaku? Możesz napisać wniosek i przeczytać od deski do deski akta sprawy w sądzie - z danymi osobowymi świadków i nazwiskiem sędziego włącznie. Możesz przyjść na posiedzenie rady czy komisji i słuchać, robić notatki i zdjęcia. A spróbuj tylko np. zapytać jednego z największych pracodawców w okolicy, kiedy zapłaci ludziom zaległe pensje. Albo właściciela najbliższego marketu o to, ilu jego pracowników robi na śmieciówkach, choćby po to, żeby wiedzieć, ile prawdy jest w uśmiechu kobiety, która kasuje Ci co rano bułki na taśmie. Ale w obu przypadkach to jest jego/jej dobra wola, czy Ci powie, czy każe spierdalać na drzewo. I do jednego, i do drugiego ma pełne prawo. Firma jest własnością prywatną, a własność, jak jesteśmy uczeni od 25 lat, jest święta.
Jak działa granica między prywatnym a publicznym w praktyce? Ano, spytaj, drogi czytelniku, rektora Twojej obecnej lub byłej uczelni, ile zarabiają sprzątaczki pracujące na terenie uczelni. Jako pracownik publiczny rektor odpowiedzieć Ci usty złotemi swoich urzędników musi. A odpowiedź będzie brzmiała najczęściej: nie wiem. Rektor nie wie, bo uczelnia sprzątaczek może nie zatrudniać, może wynajmować tylko firmę Szwagrex zajmującą sie ochroną mienia i sprzątaniem. A to, ile sprzątaczki dostają to wie tylko pan Zenon, właściciel Szwagrexu. A pan Zenon już powiedzieć nie musi i żadna siła w kosmosie go zmusić nie może. Bo pan Zenon jest na tyle ogarnięty, że wie, że jak już się dowiedzą sztudenty, że kobitki, które sprzątają po godzinach te wszystkie collegia i aule zarabiają za miesiąc równowartość dobrych ciuchów na studencką imprezę, to zrobią dym.
Albo i nie zrobią. W końcu dzisiejsze sztudenty chodziły na lekcje przedsiębiorczości i od dziecka słuchały w telewizji ekspertów z Centrum imienia Zwisa, więc wiedzą, że gdyby sprzątaczkom było źle na świecie, założyłyby firmy.
Zaprawdę, wszystkie antyutopie XX wieku zakładały totalitaryzm państwowy, a jeden tylko Heller wymyślając firmę M&M przewidział, że totalizm przyszłości będzie w rękach prywatnych.


środa, 21 stycznia 2015

Niewiarygodna i wstrząsająca historia



Już Józef Piłsudski pisał, że zawsze gdy bierzesz kogoś na stopa, opatrzność daje Ci jakoś znać, że zrobiłeś dobrze. No i jadę ja sobie wczoraj, jadę ciemnym dniem przez Kosowy, a tu jakaś postać macha w zatoczce autobusowej. . W ostatniej chwili się zatrzymuję, bo postać ubrana na czarno na tle czarnego przystanku wypełnionego czarnym o tej porze powietrzem. I, jakkolwiek 99% autostopowiczów, których biorę to babcie pamiętające wokalizację jerów, tutaj okazuje się, że to dziewczę młode niezauważone przez busa stoi i macha. Uwaga, to jeszcze nie jest ten znak od opatrzności. On dopiero nadejdzie.
Następuje tradycyjna w takich sytuacjach wymiana historii życiowych. Moje wszystkie już znacie, więc opowiem historię dziewczęcia, która wywarła na mnie niezatarte wrażenie.

Więc tak. Warszawa, któryś z peryferyjnych dworców autobusowych w rodzaju Warszawy Północno-Północno-Południowej. Dziewczę (nazwijmy ją Wasylisa, nie znam nikogo o tym imieniu, a szkoda, żeby imię się takie fajne i marnowało)spóźnia się na ostatni autobus. Następny jest za godzin wiele. A tu mrok, wiatr w porywach dochodzący. Żule łakomie się gapiące, bezdomne psy parchate, wiatr gna uflogane wymięte gazety jak te krzaczki na westernach. I wtedy do Wasylisy podchodzi dres. Obczaja, jaka jest sytuacja i mówi, że on ją weźmie do domu, nakarmi i u niego może przeczekać, w cieple i względnym porządku. Wasylisa patrzy na dresa, który wygląda jak dres, patrzy jak dres i mówi jak dres i kręci głową. Dres mówi wtedy, żeby się nie bała, że u niego jest rodzina, nie będą sami etc. Wasylisa w końcu się zgadza. I idą. Nurkują w plątaninie osiedlowych uliczek Warszawy Północno-Północno-Południowej, zygzakują między psią kupą, tłuczonym szkłem i innymi dresami. Wreszcie wchodzą do klatki. Na klatce jak to na klatce, napisy, syf, brud, półmrok. Pną się do góry po schodach. Wasylisa ma ostatnią dobrą okazję do ucieczki, bo dres idzie pierwszy. Ale nie decyduje się na ucieczkę przez obcy teren. Wreszcie dochodzą do mieszkania. Dres otwiera drzwi, puszcza ją przodem. A tam w środku czeka babcia dresa, karmi Wasylisę do oporu, dają jej ciepłej herbaty, gawędzą cały wieczór, w końcu dres ją odprowadza na autobus i Wasylisa bezpiecznie wraca do domu.


Szokujące, ale prawdziwe.

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak przeżyć zimę - poradnik



Jest takie miłe uczucie  antycypacji kontaktu z ulubioną płytą albo książką, kiedy mamy książkę/płytę/rzeźbę w plecaku albo gdzieśtam i oczyma albo uszyma duszy już-już witamy się z gąską. A gąska ta jest tak gąskowata, jak nigdy. Odbiór muzyki, który sobie w przyszłość nieodległą projektujemy porusza naszą duszą jak pięcioskibowy pług zapięty do nowiuśkiego ursusa. Oczywiście, jak już z dziełem rzeczywiście obcujemy, to rzeczywisty odbiór okazuje się gorszy od wyobrazonego. W takiej sytuacji trzeba pozostać przy wyobrażonym. Jest sporo muzyki, która jest po prostu zbyt dobra, żeby jej słuchać. Wystarczy tylko pomyśleć, że jej posłuchać można, a od razu robi się znośniej a lepiej.

No dobra, któś powie, ale w takim razie w ogóle lepiej mieć w ogóle ze wszystkim kontakt tylko wyobrażony. Zwinąć się gdzieś w kłębek i przewijać w mózgu muzykę, której słuchać nie można.

I do tego właśnie punktu zmierzał nasz poradnik.


Nie dziękujcie.