piątek, 23 czerwca 2017

Jak złamałem podstawowe zasady etyki zawodowej

Zawsze uważałem, że poeta robi w dziale gospodarki usługi dla ludności. Że z poety ma być jakiś pożytek, że tak jak górnik ma robić góry, a piekarz piece, poeta  ma robić coś, co się przydaje. I uważam, że korona z łeba nikomu nie zleci, jeśli napisze czasami rymowankę na imieniny, hymn szkoły czy nie wiem, co tam jeszcze. Tak jak laureat konkursu szopenowskiego może zagrać ciotce Sto lat na okarynie i od tego nie pęknie.

Ale na prośbę o wierszyk na kartkę na osiemnastkę zareagowałem ostatnio okropnie. Bo jednak cynizm i zgorzknienie to nie jest coś, czym należy się dzielić i chwalić. Jesli jest się w tym stanie, należy od siebie ludzi izolować, a młodych już zwłaszcza. To, czego nabieramy z wiekiem to nie jest bowiem ani mądrość, ani doświadczenie. To gówno.

No więc napisałem na kartkę osiemnastkową wierszyk taki. Niestety, nie przyjał się i nie spodobał, więc jest do wykorzystania, bo, jak pamiętam, gdy byłem w tym wieku, były dziewczęta, które by się nie obraziły, dostając kartkę z wierszykiem.

Można brać, imię można zmienić.


Malwina, Malwina. Imię piękne jak Kutno.
Dorosłość to syf. Upij się na smutno. 
Osiemnaście masz latek, a w sercu miłość. 
Najlepsze za tobą. Najlepsze już było. 
Dziś wchodzisz w nowy wiek, stulecie rozczarowań. 
Miałaś wewnętrzne dziecko. Możesz je pochować. 
Osiemnaste urodziny ma się tylko raz w życiu. 
Szybko wyłącz telefon i popłacz w ukryciu.


Tylko wypijcie moje zdrowie na tej osiemnastce.

sobota, 17 czerwca 2017

Grała w nas gra (jesteśmy nie w tym otworze i nie da się zawrócić)



Wyszła antologia Grała w nas gra. Do przeczytania TUTEJ W środku wiersze roczników osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zebrał do kupy Rafał Różewicz. 

O ile dobrze rozumiem, prowadząc 2miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych, Rafał Różewicz szukał w nas pokoleniowości, miejsc wspólnych jakichś. I przyglądałem się temu z sympatią, bo odkąd patrzę na proces historycznoliteracki, powiedzmy, od środka, chciałem, żeby ktoś go uporządkował, ponazywał. A z drugiej strony przyglądałem się z dystansem, bo, właśnie, odkąd na ten proces patrzę, mam wrażenie polifonii, w której nie da się znaleźć wspólnych mianowników. 

Antologia Grała w nas gra powstawała ruski rok chyba i dumał ja już, co tak długo może trwać, a to, okazuje się, trwało wyciąganie wspólnego mianownika. Bo Grała w nas gra jest ważna nie tyle jako książka z wierszami, ale jako zjawisko pokazujące pewną wspólnotę doświadczeń, jest pierwszą, na moje oko, udaną próbą nazwania tego pokolenia. 

Wspólnym mianownikiem wyciągniętym i pokazanym w tej książce jest rozczarowanie. Bo tak na dobrą sprawę to właśnie ono jest czymś, co spaja wiersze pisane różnymi językami poetyckimi i z różnych pozycji. Rozczarowanie jest naszym przeżyciem pokoleniowym i  Grała w nas gra nazywa wreszcie ten stan. 

Przy czym mówienie o rocznikach 80. i 90. jako o przełomowych dalej wydaje mi się tyleż chwytliwe, co nieprecyzyjne. Przełom nie był ważny, wybory i całe to wszystko działo się gdzieś w telewizorze, życie było gdzie indziej. Natomiast ukształtowały nas czasy po przełomie, ich popkultura. A ten był, paradoksalnie, optymistyczny. Był kryzys, była bida z nędzą, bezrobocie i tak dalej, ale my byliśmy pokoleniem przygotowanym na sukces. Wygrzebaliśmy się z środkowoeuropejskiego socjalizmu i wiadomo było, że w końcu dotrzemy do Zachodu i będzie dobrze. A w każdym razie jakoś to będzie, co do tego wszyscy dorośli prawie się pi razy oko zgadzali - w latach dziewięćdziesiątych poza jakimiś komicznymi prawicowymi partyjkami wierzyli w to wszyscy. Chodziliśmy na angielski, bo z angielskim to ho, ho, wiadomo. Jako pierwsza generacja poszliśmy masowo na studia, bo po studiach to, ho, ho, jeszcze bardziej wiadomo. Widzieliśmy, że, generalnie, nasi dziadkowie i rodzice skorzystali z awansu społecznego w PRL, nasi starsi bracia i koledzy z roczników 60. i 70. łapali dobre fuchy, wyjeżdżali, przyjeżdżali, przywozili prawie nie bite zachodnie samochody. Nie było powodów, żeby przypuszczać, że nam nie będzie lepiej. 

Wiadomka, lata 90. to czasy dresiarni i skinów też. Ale nikt nie przypuszczał, że gdy będziemy już dorośli i z kredytami regularny, normalny dres będzie wiceministrem sprawiedliwości, a rasowo czysta Europa będzie ideałem oficjalnie wyznawanym przez rząd. To, co było jakimś patologicznym folklorem najntisów, jest mejsntrimem. 

No właśnie, dochodzimy w ten sposób do współczesności. Studia, jak wiadomo, dały nam mnóstwo wiedzy i (bardzo często) samoświadomość, ale nie stabilizację. Kto się nie załapał na podział tortu w latach 90., ten jest w czarnej dupie. Świat stał dla nas otworem, ale to nie jest ten otwór, o którym myśleliśmy. 

Wiadomka, nie da się porównać sytuacji wsi popegeerowskiej w pierwszej połowie lat 90. do miasteczka studenckiego z drugiej dekady XXI wieku. Ale różnica leży w patrzeniu na przyszłość i wyobrażaniu sobie przyszłości. Wychowywaliśmy się w kryzysie, przygotowywaliśmy się na życie w zachodnim społeczeństwie dobrobytu, żyjemy w zachodnim społeczeństwie dobrobytu, przygotowujemy się do kryzysu i katastrofy, której nie umiemy sobie nawet wyobrazić. 

To my w ostatnich zdaniach wzięło mi się z Grała w nas gra. Dzięki, Rafał. Dzięki współtowarzysze podróży. 


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Kazimierz Żydek

To było trzynaście lat temu. Ja to pamiętam tak, ale Marcin może to pamiętać inaczej, każdy może zresztą. Ale było coś mniej więcej takiego: kawałek pociągiem na gapę, potem przez górę, w śniegu po kolana, żeby było krócej. Potem w sklepie wzięli nas za facetów od ściągania długów i nie chcieli powiedzieć, gdzie mieszka, w końcu powiedzieli, po długich tłumaczeniach. I wreszcie na końcu świata zawalonego śniegiem na siedem amenów mieszkał Kazimierz Żydek. Opowiedział nam o marszałkowaniu przed wojną na weselach w izbach, gdzie krowy żyły z ludźmi, mimo 83 lat uczył tańczyć oberka, zapoznał ze słowem telemok.  To spotkanie zmieniło moje życie. To był pierwszy obóz dialektologiczny, a pan Kazek był pierwszym informatorem, którego nagrywałem.

Kiedy więc spotkałem dziś kapelę Trzcinicoki, która jest z rodzinnych stron pana Żydka, zapytałem, co  niego. I tak się dowiedziałem, że umarł jesienią. Że zażyczył sobie przed śmiercią, by na jego pogrzebie grano polki i oberki. I że kapela grała.

poniedziałek, 29 maja 2017

O co walczymy

Będzie patetycznie, o sensie pracy w muzeumie i bycia tłumaczem trochę też. Jakiś czas temu oprowadzałem w szlachetnej mowie braci Kliczko sympatyczną rodzinę z Dnipra. No i Rusłan wrzucił dziś w internety obszerną relację z wyprawy do Polski. Pisze, że Kolbuszowa to miasteczko nie lizane pod turystów (och, stary, żebyś ty widział Kolbę przed rewitalizacją rynku, oko by Ci zbielało), tylko prawdziwa polska prowincja (a to ważne, bo w obcym kraju ciekawią go ludzie i to, jak żyją). No ale o skansenie miało być. No to pisze też facet, że w skansenie odkrył wiejską historię Polski. I to, że wiele elementów jest wspólnych, a to ważne, bo w Ukrainie pokutuje jednak stereotyp Polaka-pana i szlachciury. Tymczasem jak się poskrobie tę pazłotkę szlachecką, to spod niej wyziera taka sama bida chłopska, taka sama chłopska duma, taki sam bunt, takie same tradycje też nieraz, jak w ludowej kulturze Ukrainy.
No i to jest w zasadzie sens tego wszystkiego. Za skuteczną politykę historyczną przyznaję sobie medal z lasowiackiego zimioka.

poniedziałek, 15 maja 2017

Z cyklu: nieistniejące ulice Kolbuszowej: ulica Izraela Bakona

Jako że sztejtełe Kolbuszowa wzięło się za walkę z komunizmem martwym od 30 lat zaledwie, zmienia sobie nazwy ulic. Myślę w takich chwilach o moich ulubionych ulicach, czyli ulicach nieistniejących. Jest bowiem jakiś równoległy świat, w którym istnieje w tym sztetlu ulica Izraela Bakona, kantora. Urodził się w Chrzanowie, ale coś łączyło go z Kolbuszową. Był to związek na tyle silny, że nawet gdy został już szanowanym kantorem w Berlinie, przyjeżdżał co roku do Kolbuszowej i śpiewał w naszej synagodze. Po Nocy Kryształowej uciekł do Polski i to właśnie Kolbuszową wybrał na miejsce schronienia. To z kolbuszowianami podzielił los po ataku na Polskę, to w kolbuszowskim getcie żył i to z kolbuszowianami trafił wraz z żoną i małym synkiem do komory gazowej w Bełżcu. A tak śpiewał.








sobota, 13 maja 2017

Biedni rzymokatolicy patrzą na akcję Wisła

Kiedy byłem młodym, pacholęciem, częstom sięgał to grubego tomu oprawnego w czarną skórę. Wertując jego cienkie kartki wiedziałem, że doznam pocieszenia. Że pytania o świat znajdą w jego słowach odpowiedzi. Że wersety tam zawarte wskażą mi właściwą drogę przez meandry życia. Tak, tak, moi drodzy, Dobrze zgadliście. Chodzi o Paragraf 22. Nie inaczej jest i tym razem. Patrząc, co się tu odbierutowuje znów przekonałem się, że odpowiedź znajdę w tym samym tomie.


- Więc co mamy z nim zrobić? - zawołał w udręce pułkownik Cathcart. - Ludzie czekają przed namiotem.
- Dlaczego właściwie nie mielibyśmy dać mu medalu? - zaproponował pułkownik Korn.
- Za to, że powtórnie podchodził do bombardowania? Za co mamy mu dać ten medal?
- Za to, że powtórnie podchodził do bombardowania - odpowiedział pułkownik Korn uśmiechając się z zadowoleniem do swoich myśli. - Ostatecznie trzeba było niemałej odwagi, żeby nalatywać na cel powtórnie, kiedy w pobliżu nie było innych samolotów, odwracających uwagę artylerii przeciwlotniczej. A poza tym zniszczył przecież most. Wie pan, to może być rozwiązanie: chwalić się głośno czymś, czego powinniśmy się wstydzić. To jest sposób, który nigdy nie zawodzi.

poniedziałek, 8 maja 2017

Zapowiedzi wydawnicze kalenberskiego podziemia

Okiej. Właśnie rozmawiałem z redaktorem książki ,,Kalenberek". W książce będą wiersze. Wszystkie napisałem ręką prawą na papierze, jak zwierzę, jak jaskiniowiec jakiś. I ok, są takie chwile, kiedy myślę, że facet po trzydziestce nie powinien robić książek z wierszami, bo to jest niepoważne. Facet po trzydziestce powinien robić, bo ja wiem, no kasę na przykład. Ale potem sobie przypominam te wszystkie kategorie ludzi, których mimo wszystko społeczeństwo traktuje serio: facetów przebierających się za żołnierzy wyklętych i nie, mówców motywacyjnych, specjalistów od reklamy, zawodowych graczy w piłkę nożną, działaczy młodzieżówek partyjnych. I myślę sobie wtedy: a chuj tam, wydam tę książkę.